DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 49 -> Z Lamą Ole i Caty Hartung o książce Budda i śmierć

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Z Lamą Ole i Caty Hartung o książce Budda i śmierć

Praga 2010
_________


Śmierć nie należy do najprzyjemniejszych tematów. Dlaczego zdecydowałeś się napisać o niej książkę?

Lama Ole: Ponieważ posiadamy na ten temat szczególną wiedzę. Buddyzm tybetański dysponuje niezwykłą, psychologiczną wiedzą na temat procesu umierania i tego, co dzieje się po śmierci – kiedy umysł funkcjonuje bez materialnego ciała i odradza się ponownie jako człowiek lub jakaś inna istota. Wiemy, że jedno życie od drugiego dzieli do siedmiu tygodni i uważamy, że ludzie też powinni się o tym dowiedzieć, ponieważ daje im to wiele możliwości nauczenia się już teraz, jak najlepiej pokierować procesem umierania. Daje im to szansę na lepsze odrodzenie w przyszłości.

To jest jednak dość zaawansowana wiedza. Czy książka przeznaczona jest dla wszystkich, czy raczej dla buddystów?

Lama Ole: Myślę, że każdy będzie mógł z niej skorzystać. Jedni zaczerpną z niej informacje, inni może – zainspirowani – trafią do ośrodka buddyjskiego i nauczą się medytacji świadomego umierania – poła. W tym obszarze każdy rodzaj zrozumienia i wiedzy jest niezmiernie ważny, ponieważ w tej chwili przypomina on czarną dziurę. Ludzie albo odwołują się tu do wiary, albo starają się zapomnieć o temacie.

Czy książka ma jakąś szczególną strukturę?

Lama Ole: Tak, bardzo głęboką, ale Caty pamięta ją lepiej niż ja.
Caty Hartung: Pierwsza połowa napisana jest tak, że pomaga wszystkim i nie trzeba być buddystą, żeby z niej skorzystać. Książka składa się z dziewięciu rozdziałów. Zaczęliśmy od naukowych badań zajmujących się śmiercią i umieraniem. W drugim rozdziale znaleźć można ogólne informacje na temat buddyzmu. W trzecim piszemy o zewnętrznych okolicznościach śmierci, sytuacjach, w jakich ludzie się zwykle wtedy znajdują. W czwartym rozdziale zabieramy się za sam proces umierania, opisujemy go od wewnątrz, z perspektywy umierającego, a nie świadków. W piątym rozdziale przeczytać można o tym, jak pomóc umierającemu i jak stosować sześć paramit – sześć wyzwalających działań. Następnie mamy, jak dla mnie najważniejszy rozdział, w którym przeczytać można, w jaki sposób warto wykorzystać chwilę śmierci. Napisaliśmy tę książkę według tego klucza. Śmierć nie jest najgorszą chwilą życia. To ogromna okazja, szansa, na myśl o której powinniśmy się wręcz cieszyć. Dla buddysty to jeszcze jedna możliwość osiągnięcia oświecenia. Dlatego uwielbiam ten rozdział. To jest perspektywa, która wszystko zmienia.

Czy mogłabyś powiedzieć coś więcej o możliwościach, jakie otwierają się przed nami w chwili śmierci?

Caty: To jest rewolucyjne podejście, charakterystyczne dla książki Olego. W żadnej buddyjskiej książce nie znajdziemy tak wyraźnego optymizmu w odniesieniu do tego tematu. Przez całą książkę przewija się idea, że śmierć jest dla nas tak naprawdę szansą.
Lama Ole: Myślimy o podtytule „Wykorzystanie śmierci jako drogi”. Ten cały optymizm wynika z mojego doświadczenia. Kiedy mówię o Czystych Krainach, odwołuję się do tego, co sam przeżyłem.
Caty: Ole jest ekspertem w kwestiach związanych z umieraniem. Naucza praktyki poła. Śmierć to moment, w którym można tę medytację wykorzystać. W siódmym rozdziale mowa jest o bardo, o stanie pośrednim, którego doświadcza się pomiędzy śmiercią i kolejnymi narodzinami. Jeśli nie wykorzystaliśmy szansy, jaką niesie ze sobą moment śmierci, nie wszystko jest jeszcze stracone. Narysowaliśmy taką oś i nanieśliśmy na nią momenty, w których naprawdę można zastosować buddyjskie metody. W ósmym rozdziale opwiadamy o poła, o możliwościach jakie daje ta praktyka i o kursach świadomego umierania. W dziewiątym opisujemy, jak umierali nauczyciele Olego. Książkę wieńczy historia śmierci Hannah. Te dwa ostatnie rozdziały mogą się jeszcze po raz setny zamienić miejscami, damy wam znać, jak wybierzemy najbardziej poetyckie rozwiązanie.

Jak powinien czytać książkę ktoś, kto niewiele wie o buddyzmie?

Lama Ole: Myślę, że spokojnie, rozdział po rozdziale. Być może warto na początku przejrzeć całość, a potem wgryźć się w temat, ponieważ jest to przede wszystkim książka o tym, jak umierać.
Caty: Jeśli ktoś wie, że ma raka, może przejść szybko do czwartego rozdziału. Jeśli komuś umiera babcia, może zacząć od piątego. Nie trzeba czytać wszystkich 150 stron, czasami można pójść na skróty.

Ostatnimi laty różni tybetańscy lamowie wydali swoje książki na ten temat. Dostępny jest przekład Tybetańskiej Księgi Umarłych. Co szczególnego wnosi do tematu śmierci książka Lamy Ole i czym różni się od pozostałych?

Lama Ole: Po pierwsze są dwie Tybetańskie Księgi Umarłych. Ta najbardziej popularna jest tak naprawdę przeznaczona jedynie dla ludzi, którzy otrzymali inicjację szitru. To przekaz mocy na 42 łagodne aspekty buddy w sercu i 58 krytycznych w mózgu. Jeśli nie mamy tej rzadkiej inicjacji, w chwili śmierci nie zobaczymy tych wszystkich form opisanych w książce. Poczujemy jedynie powiew wiatru albo doświadczymy emocjonalnych lub intelektualnych wglądów i zrozumienia. To bardzo ważne, żeby ludzie nie oczekiwali, że zobaczą te formy bez inicjacji. Jednak może się to także udać dzięki temu, co łączy nas z lamą – dzięki zaufaniu, przyjaźni i oddaniu. Wtedy wszystkie pozytywne właściwości umysłu pojawią się jako nasz najlepszy przyjaciel.
Caty: Myślę, że różnica polega na tym, że książkę Olego można zrozumieć. Przeczytałam wszystkie dostępne na rynku pozycje i jest tam mnóstwo rzeczy, których normalni ludzie nie są w stanie pojąć. My używamy zachodniej terminologii, dzięki której wszystko jest jasne – kiedy zaczyna się dana faza, kiedy następna itd. Ole naprawdę napisał to tak, że każdy jest w stanie to ogarnąć. Natomiast żeby zrozumieć wszystkie te szczegółowe książki o bardo trzeba mieć ogromną wiedzę na temat buddyzmu. Dzięki Olemu ludzie Zachodu będą mogli coś wynieść z tych nauk.

Z tego co wiem, korzystaliście z licznych źródeł naukowych?

Lama Ole: Tak, bardzo ważny jest tu wkład Pima van Lommela i jego odkrycia, że świadomość potrafi funkcjonować bez ciała (Pim van Lommel, Wieczna Świadomość. Naukowa wizja „Życia po życiu” Artvitae, Warszawa 2010 – przyp. tłum.) Materialistyczni naukowcy zwykle mówią, że to mózg produkuje umysł. Odkryto jednak, że umysł potrafi funkcjonować bez mózgu. Na swojej stronie internetowej Pim van Lommel opisuje przypadki ludzi, którzy znajdowali się w stanie śmierci klinicznej i ich mózg nie działał. Kiedy zostali przywróceni do życia opowiadali, co działo się w pomieszczeniu w czasie, gdy byli martwi. Niektórzy widzieli to z innych pomieszczeń, większość natomiast z góry. Dlatego teraz badacze tematu umieszczają duże obrazki na różnych półkach, żeby sprawdzić, czy osoby doświadczające śmierci klinicznej je zobaczą. Naukowcy sprawdzają, czy pacjenci będą w stanie sami zobaczyć, co na nich jest, czy też będą tego świadomi tylko wtedy, gdy ktoś z obecnych będzie wiedział, co one przedstawiają.

Czy ktoś, kto nie ma zaufania do istnienia świadomości po śmierci, odniesie z waszej książki jakiś pożytek? Czy znajdzie w niej wskazówki, jak radzić sobie z procesem umierania, nawet jeśli nie zechce praktykować buddyzmu?

Lama Ole: Tak. Oczywiście wtedy przypominać to będzie kogoś, kto tylko przegląda menu w restauracji, ale nie zamawia niczego do zjedzenia.
Caty: Myślę, że opis procesu śmierci pomoże mu, gdy będzie umierał. Nie dysponujemy taką wiedzą w zachodnim kręgu kulturowym. Nikt nie opisuje, jak przestają działać zmysły, itd. Nawet jeśli ludzie nie mają do tego zaufania, to i tak informacje te pomogą wielu z nich rozluźnić się podczas procesu umierania.
Lama Ole: To pasuje do tego, co mówią naukowcy. Wspominają oni o różnych energiach przemieszczających się w ciele i o oddechu. Opisaliśmy to wszystko dokładnie.

Jakie jest więc główne przesłanie książki? Co chcielibyście, żeby czytelnik zapamiętał po lekturze?

Lama Ole: Że nie ma się czego bać – że śmierć to naturalny proces i że można traktować ją jako część swojego życia. Kultury, w których śmierć postrzegana jest jako naturalna kolej rzeczy czy też kontynuacja życia, są o wiele mniej neurotyczne niż nasza. Na końcu życia nie stoi tam żaden wielki znak zapytania. Ludzie żyjący w tych społeczeństwach mają intuicyjne poczucie, że chociaż życie kończy się śmiercią, po niej przychodzi kolejna egzystencja – że rozgrywa się to podobnie jak zmiany pór roku. Myślę że to bardzo uspokaja.

Jak to się stało, że jako lama zacząłeś zajmować się śmiercią i umieraniem? Od kogo nauczyłeś się buddyjskich metod radzenia sobie z tymi sprawami? Jakie są źródła nauk, które nam przekazujesz?

Lama Ole: To był pomysł Karmapy. W 1970 czy 1971 roku udzielał on wielkiego przekazu mocy ośmioramiennej Wyzwolicielki zwanej Dolma Naldziorma – Wyzwolicielka Joginów. To była taka szczególna forma, na którą medytowaliśmy przez ponad dwa dni. Mieliśmy też zapamiętać sny– moje były bardzo dobre. Następnego dnia Karmapa powiedział: „Powinniście się tego od niego nauczyć. Pojedźcie, porozmawiajcie i poznajcie się z nim”. Miał na myśli lamę o imieniu Ajang Tulku, miłego młodego człowieka. Lama miał czterech czy pięciu braci, którzy wykonywali tę samą pracę w południowym obozie dla uchodźców tybetańskich. Nie byli to szczególnie „kulturalni” Tybetańczycy – w 1963 roku uciekli z Tybetu z powodu Rewolucji Kulturalnej. Pierwszymi, którzy zbiegli z Tybetu byli Khampowie. Ochraniali lamów na chińskich granicach. To było w 1958 i 1959 roku. Jako pierwszy opuścił Tybet Kalu Rinpocze, którego Karmapa w 1953 roku wysłał do Bhutanu, żeby zorganizował wszystko przed przybyciem pozostałych uchodźców. Karmapa powiedział więc, żebyśmy porozmawiali z Ajangiem Tulku, ponieważ znał poła i udzielał jej ludziom. Uznaliśmy, że skoro Karmapa doradza nam, żebyśmy się nauczyli tej praktyki, to jest to dobry pomysł. Najpierw jednak musieliśmy wrócić do domu, żeby zarobić trochę pieniędzy. W nocy sprzątaliśmy w jednej szkole, a w drugiej uczyliśmy za dnia. Kiedyś w pracy zrobiłem sobie półgodzinną medytację i pomyślałem: „Powinniśmy otrzymać jakiś znak. Mamy już pieniądze. Powinniśmy dostać wskazówkę, dokąd jechać”. Wtedy nagle do klasy weszło kilkoro dzieci z wielką mapą Indii, na której była tylko jedna nazwa: Bangalore pisane przez M – Mangalore. Popatrzyłem na to wszystko i pomyślałem sobie: „Dokładnie o to chodziło”. Trochę wcześniej otrzymałem zaproszenie od Ajanga Tulku. Zaraz potem dostaliśmy jeszcze sporą paczkę z pigułkami Karmapy, małymi czarnymi kulkami. Przeszły przez granicę bez najmniejszego problemu. Powiedziałem więc: „Wszystko wskazuje na to, że powinniśmy jechać”. W rezultacie na początku stycznia byliśmy już w Indiach i uczyliśmy się od Ajanga Tulku. Znak powodzenia w praktyce miałem już za pierwszym razem. Kiedy usłyszałem pierwszy z dźwięków przewróciłem się na plecy i straciłem przytomność. Nie wierzyłem jednak, że to może się tak szybko udać. Poszedłem umyć sobie włosy, bo miałem na nich krew.

Pomyślałem: „Tak nie może być. Musi w tym tkwić jakiś błąd. To nie może stać się tak szybko”. Medytowaliśmy więc dalej, potem Hannah też otrzymała znak. Najpierw robiliśmy poła w obozie, jednak Hindusi nie chcieli, żeby ktokolwiek się tam kręcił. Bali się, że Chińczycy uznają uchodźców za kryminalistów i zażądają ich deportacji do Chin, co zwykle próbowali robić. Dlatego przenieśli 13 tybetańskich obozów aż do Bylakuppe i Mundgod, jakieś półtorej godziny drogi od Bombaju. Były tam dwa obozy, do których przenieśli już innych Tybetańczyków, bo Chińczycy domagali się deportacji rzekomych przestępców. Dla Tybetańczyków nasz pobyt tam był zbyt ryzykowny z powodu ludzkiego gadulstwa, a oni i tak mieli już dość problemów. Nie chcieliśmy im przysparzać kłopotów, więc robiliśmy poła w Kuszingarze – miejscowości o nazwie takiej samej jak ta, w której zmarł Budda. On odszedł na północnym wschodzie Indii, a my medytowaliśmy na środkowym południu, jednak nazwa miejsca była taka sama. Kiedy tam praktykowaliśmy, Hannah powiedziała nagle „ups” i straciła przytomność. Ja właśnie coś wtedy przepracowywałem – najwyraźniej popełniliśmy wówczas błąd w stosunku do jednego z naszych duńskich przyjaciół. Był w tym czasie w Katmandu w bardzo kiepskim szpitalu zwanym Santa Bawan. Każdy, kto trafił do tego miejsca, wyjeżdżał z niego nogami do przodu. Nasz przyjaciel miał poważną infekcję stopy, bo na coś nadepnął. Ponieważ miał długie włosy, nie dawano mu żadnych środków znieczulających. W Japonii robi się tak do tej pory – jeśli masz długie włosy, nie dostaniesz środków znieczulających, ponieważ Amerykanie tyle mówią o walce z narkomanią. Jednocześnie w USA podaje się ludziom dwa razy więcej legalnych narkotyków niż w Europie. Przed odwiedzinami u naszego Duńczyka, nie udało mi się kupić morfiny, ale zdobyłem trochę dobrego LSD. W szpitalu powiedziałem mu: „Jeśli będziesz bardzo cierpiał, weź to”. Wkrótce potem umarł i najwyraźniej stał się duchem. Nie sądzę, żeby stało się to z powodu LSD, jednak kiedy robiłem poła, przez cały czas pojawiał się przy mnie. W końcu udało mi się go wysłać do Czystej Krainy. Potem pojechaliśmy do Mundgod, do obozu północnego. Był on całkowicie odizolowany, musieliśmy się tam zakraść nad ranem pod nosem śpiących policjantów. Spędziliśmy w Mundgod około miesiąca. Szalała tam epidemia gruźlicy. Tybetańczycy przybyli tam z płucami górali, które pozyskują cztery na cztery cząsteczki tlenu z powietrza. Na południu potrzebowali jednak tylko jednej z tych czterech, nie mieli też żadnej odporności na gruźlicę. Nieużywane trzy czwarte ich płuc stawało się siedliskiem choroby i ginęli jak muchy. Hannah uczyła się wtedy tybetańskiego, tak więc dużo czasu spędzała również z Ajangiem Tulku, ja natomiast ciągle wysyłałem zmarłych do Czystej Krainy.

Przez cały miesiąc praktykowaliście poła?

Lama Ole: Tak, przez cały czas. Czasami Tybetańczycy zaskakiwali mnie swoim zaufaniem. Pamiętam jednego z nich, który cierpiał z powodu słoniowacizny. Wielu uchodźców na nią chorowało – ugryzie cię jakiś robal i nagle masz nogę jak słoń. Powiedziałem mu, żeby poszedł do szpitala – był tam taki mały duński szpital, finansowany przez Zachód, ponieważ w Europie wiedziano o sytuacji Tybetańczyków. Kiedy więc powiedziałem mu, żeby poszedł się leczyć, odparł: „Nie, pójdę nauczyć się poły. I tak umrę”. Ale przeżył. Spotkałem go później w szpitalu, po tym jak otrzymał znak powodzenia w praktyce. Gdy opuszczaliśmy obóz, zobaczyli nas hinduscy żołnierze, ale mogli jedynie poburczeć pod nosem. Następnie pojechaliśmy do Lobpyna Tseczu Rinpocze do Nepalu i poprosiliśmy go o przekaz jogi snu. Popatrzył na nas i odparł: „A zrobiliście nyndro? Zrobiliście połę?”. Odpowiedzieliśmy, że tak. Wtedy spojrzał na nas i nagle wszystko stało się snem. Potem przez trzy czy sześć tygodni medytowaliśmy w piwnicy. Jedyną żywą istotą, z którą się spotykaliśmy, był szczur wodny o bardzo długim nosie. Gdy wchodził, najpierw przez drzwi widzieliśmy jego długi nos. Dawaliśmy mu trochę sera, czy jakiegoś innego jedzenia, a on brał je i uciekał. Sprawdzał, co u nas słychać. Potem pojechaliśmy dalej i w którymś momencie zobaczyliśmy samochód Karmapy. Wskoczyliśmy do niego i usadowiliśmy się pod bagażami. Karmapa bardzo się z tego śmiał. Następnie wyruszyliśmy potajemnie do Bhutanu, gdzie spotkaliśmy się z jego królem. To było ciekawe. W drodze powrotnej znowu udało się nam zobaczyć Karmapę. Przez cały ten czas miałem w kieszeni kurtki list dla niego, o którym zupełnie zapomniałem. Kiedy żegnaliśmy się na moście Tista, Karmapa wskazał na mnie i powiedział: „List”. Powtórzył to jeszcze kilkakrotnie, dopóki mu w końcu nie oddałem wiadomości. To był bardzo intensywny, niesamowity czas.

Jesteś teraz dzierżawcą tej szczególnej metody zwanej poła czy też świadome umieranie. Czy mógłbyś w kilku słowach wyjaśnić, czym ona jest?

Lama Ole: Dopóki żyjemy, wykonywanie poła nie jest takie proste, ponieważ nasz umysł lgnie do ciała. Jeśli jednak błogosławieństwo jest wystarczająco mocne, a nauczyciel jest przekonany, że jest to wartościowa i dobra metoda, uczniowie są w stanie otworzyć swój energetyczny, centralny kanał w ciele. To bardzo ważne, bo jeśli przypadkiem nie znajdziemy się na linii strzału karabinu maszynowego albo nie uderzymy w coś jadąc z szybkością 300 km/h na motorze – gdy po człowieku niewiele zostaje – to nasz umysł opuszcza ciało jednym z naturalnych otworów, którymś z siedmiu w głowie, a w trudnych przypadkach którymś z dwóch dolnych. Z tego co słyszałem o śmierci Stalina, ewidentnie opuścił on ciało dołem, czego zresztą można się było spodziewać. Jeśli wychodzimy przez któryś z nich, zabieramy ze sobą swoją karmę, ciągniemy za sobą ciężką walizkę. Jeśli otworzymy jednak ponadosobisty kanał energetyczny, wychodzimy wyposażeni jedynie w kartę kredytową z nieograniczonymi środkami. Niczego ze sobą nie zabieramy. Cała karma – podświadome wrażenia, blokady i przeszkody – wszystko to zostaje za nami, z ciałem. Wszystkie te rzeczy pozostają w zwyczajnych kanałach energetycznych, a my wychodzimy bez bagażu.

Czy jest sens, żeby uczyli się tego niebuddyści?

Lama Ole: Tak, ale ci niebuddyści staną się buddystami, ponieważ trafią do czerwonego Buddy Nieograniczonego Światła.

Czy do kursu świadomego umierania trzeba się jakoś szczególnie przygotowywać?

Lama Ole: Im bardziej będziesz przygotowany i zainteresowany praktyką, tym łatwiej i przyjemniej uzyskasz jej rezultat. Doradzamy wszystkim powtórzenie sto tysięcy razy mantry OM AMI DEŁA HRI myśląc o czerwonym Buddzie nad głową. To zaangażowanie wiele ułatwia. Mam na przykład pewnego szczodrego i uprzejmego przyjaciela, któremu niedawno zmarł ktoś w rodzinie. Ta osoba w ogóle nie była buddystą. Po śmierci chowała się w różnych miejscach ciała – goniłem ją w medytacji po kościach i tak dalej. W końcu udało mi się doprowadzić ją do zamkniętego lotosu. Ludzie zwykle tam właśnie trafiają, jeśli za życia nie byli buddystami. Nie są w stanie zobaczyć czerwonego Buddy, więc udają się do miejsca, w którym istnieją najlepsze warunki do dalszego rozwoju. Następnie, kiedy już mogą wejść na poziom ponadosobistego doświadczania rzeczy, lotos otwiera się i widzą czerwonego Buddę, robiąc w ten sposób poważny krok naprzód. Wszyscy ci zmarli, których dane mi przekazujecie – a czasami podczas kursu dostaję nawet 500 nazwisk – udają się do zamkniętego lotosu.

Jeśli ktoś przeczyta tę książkę i nabierze zaufania, nawet jeśli osobiście cię nie spotkał, to czy coś mu to da, jeśli to są już jego ostatnie chwile, a w okolicy nie ma żadnych buddystów?

Lama Ole: Jeśli ją zrozumie, to otrzyma pomoc. Umysł podąża tam, gdzie go skierujemy. Jest jak przestrzeń, więc w zależności od tego, o jakim miejscu pomyślimy, natychmiast tam się znajdziemy. Dzięki tej książce zadziałać może zasada haka i pierścienia. Pierścieniem jest otwartość, a hakiem błogosławieństwo – pole mocy, z którym wchodzisz w kontakt. Ono pociągnie cię w górę. Im więcej wiesz, tym łatwiej i lepiej możesz z tym pracować.
Caty: Buddyści praktykują również trochę więcej, ponieważ rozumieją, że bycie przygotowanym zwiększa ich szanse.

Wspominasz też o doświadczeniach bliskiej śmierci (NDE). Czy mógłbyś powiedzieć o tym kilka słów?

Lama Ole: Kiedy ludzie mają doświadczenia bliskie śmierci widzą, że umysł nie jest produktem mózgu, lecz jedynie jest przez niego przetwarzany. Kiedyś miało miejsce pewne ważne wydarzenie, niestety jego świadkowie nie przechowali szczegółowego opisu. W Norwegii pewna kobieta jeździła na nartach i wpadła pod lód pokrywający rzekę. Spędziła tam jakieś 7-8 godzin, temperatura jej ciała spadła do 13 stopni. Potem ją uratowano i stopniowo przywrócono do życia. Wtedy zaczęła opowiadać lekarzom różne rzeczy. Jej mózg prawie wcale nie ucierpiał, zniszczeniu uległy jedynie nerwy łączące go z kostkami u nóg, wszystko inne było w porządku. Opowiadała o swoich wewnętrznych doświadczeniach. Opiekująca się nią lekarka dokładnie spisała jej słowa. Kiedy jednak pacjentka wyszła ze szpitala, lekarka uznała, że to wszystko majaczenie i wyrzuciła notatki do kosza. Wyrzuciła na śmietnik relację z pierwszej ręki.

Ty sam miałeś jednak również doświadczenia mocno związane ze śmiercią.

Lama Ole: Tak, i to bardzo interesujące. To było podczas mojego 88 skoku ze spadochronem. Nauczyłem się właśnie medytować w siedzącej pozycji w powietrzu i byłem tak szczęśliwy spadając na ziemię, że zapomniałem spojrzeć na wysokościomierz i naprawdę pogruchotałem sobie kości. Omal nie zginąłem. Moja prawa noga wyglądała jak dzieło sztuki wczesnego kubizmu, nie była w najlepszym stanie. Wtedy właśnie zmarł mój przyjaciel. Pewien człowiek najechał na niego samochodem wyładowanym metalowymi prętami, które przebiły jego głowę. Była to jednak śmierć mózgu, a nie śmierć serca. Znałem jego rodzinę i już przy śniadaniu ludzie ci zapytali mnie jako lamę o kwestię organów do przeszczepów. Dla nich to nie było nic nowego, wszyscy się na to zdecydowali. Powiedziałem więc: „OK, powiedzcie mi tylko, kiedy będą pobierać organy”. Potem Hannah i Caty przyszły do mnie o w pół do szóstej i powiedziały, że operacja będzie o szóstej. Kiedy zacząłem robić mu połę miałem dziwne uczcie, którego nie miałem jeszcze nigdy dotąd – nie mogłem przenieść jego świadomości.
Caty: Ole sam był wtedy na oddziale intensywnej terapii.
Lama Ole: Byłem jak wystrzelony w kosmos. Już miałem wysłać jego umysł, kiedy przytrafiło mi się bardzo ciekawe doświadczenie. Znalazłem się wewnątrz czegoś, co przypominało pomnik Bismarcka, powierzchnia wokół była jakby ręcznie wytynkowana. Wszystko miało przepiękny, burgundzki odcień czerwieni. Byłem tam z umysłem zmarłego przyjaciela, jego świadomością o formie piłki. Podskoczyłem i rozłupałem głowę posągu, która się jednak powtórnie zamknęła. Zrobiłem to kilkakrotnie, nigdy wcześniej nie doświadczyłem niczego podobnego. Wysyłanie zawsze było łatwe, natomiast teraz to wszystko było dosyć dziwne. Postanowiłem się rozluźnić i zobaczyć, co się wydarzy. Wtedy zadzwoniły Hannah i Caty, żeby mi powiedzieć, że przesunięto czas operacji na godzinę ósmą. To było bardzo ważne. Jeśli zabrałbym zmarłego do Czystej Krainy o szóstej, organy by się zmarnowały. Zabiłbym go w ten sposób, a narządy uległyby zniszczeniu. O ósmej czekał już na nie helikopter i wszystko było w porządku. Co ciekawe mój Budda Nieograniczonego Światła stał, a nie siedział. Wystrzeliliśmy prosto w burgundowo-czerwoną przestrzeń i zaprowadziłem przyjaciela do serca Buddy. Wtedy musiał nastąpić moment, kiedy nie byłem do końca przytomny, ponieważ doświadczenie błogości było niezwykle silne. Następnie zobaczyłem, że jestem po prawej stronie Buddy Opame i patrzę na jego profil. Bardzo przypominał Szamarpę. Pomyślałem: „Skoro jestem już w Czystej Krainie, to może się trochę porozglądam”. Zwiedziłem wszystko. Nawet tam mamy swoje skłonności, a moją główną cechą jest ochranianie. Dlatego właśnie sprzeciwiam się islamowi. Dlatego też zawsze ochraniam innych, staram się czynić ludzi silnymi, wspieram ich i wydobywam z nich cały potencjał. To moje zadanie. Moi rodzice byli tacy sami. Kiedy już sobie wszystko pooglądałem w Czystej Krainie, zrozumiałem, że muszę się zbierać z powrotem, bo w przeciwnym razie nie będą miał już do czego wracać.

Nasuwa się pytanie: po co wróciłeś? Z pewnością stała za tym jakaś szczególna motywacja?

Lama Ole: Oczywiście. Mam w tym życiu pracę do wykonania. Czułem, że jestem stąd, znalazłem się tam, ale muszę wrócić tu, żeby zrobić jeszcze kilka rzeczy. To było wyraźne uczucie. Pamiętam, że ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłem przed powrotem, były maleńkie organizmy jedzące zarazki. Potem wróciłem do ciała. To było najwspanialsze doświadczenie, jakie miałem w życiu. Nie jestem mięczakiem, nie jestem sentymentalny, ale przez następnych dziesięć dni, kiedy komuś o tym opowiadałem, łzy stawały mi w oczach. Mówię wam: nie macie pojęcia, jak tam jest pięknie. Byłem totalnie zauroczony. Rzeczywiście umarłem wtedy. Lekarze nigdy wcześniej nie mieli jeszcze takiego pacjenta. Wszyscy chorzy zwykle mówią: „Tu mnie boli, tam też mnie boli” itd. Ja natomiast mówiłem: „Jesteś wspaniały, tak dobrze to robisz. Jaka doskonała współpraca...”. Na okrągło ich chwaliłem. Po prostu cały czas byłem w Czystej Krainie.

Dlaczego więc ludzie boją się śmierci, skoro zapowiada się to tak obiecująco?

Lama Ole: To zależy. Nie sądzę, żeby dla Stalina była to szczególnie obiecująca opcja, dla Mao Tsetunga czy Hitlera również. Widzi się wtedy swój umysł. Jeśli mamy jakiś związek z ponadosobistym poziomem, a szczególnie gdy otworzyliśmy sobie drogę do góry przez szczyt głowy, trafiamy do Czystej Krainy bez ciężkiego bagażu.

Czym właściwie jest śmierć z buddyjskiej perspektywy?

Lama Ole: Przemianą. Twój umysł jest przytomnością i energią, przebywa przez pewien czas w ludzkim ciele lub w którymś z sześciu obszarów istnienia – sześciu głównych snów, które mogą nam się przytrafić. Kiedy dana sytuacja się rozpuszcza, na powierzchnię umysłu wypływają określone podświadome treści i wchodzimy w nowy stan – jakikolwiek by nie był.

To się przytrafia zarówno buddystom, jak i niebuddystom?

Lama Ole: Tak, to dotyczy wszystkich. Kwestia polega jedynie na tym, czy znamy cały ten proces i potrafimy z nim pracować, czy też nie. To jedyna różnica. Tak samo jak każdy ma twarz, bez względu na to czy patrzy w lustro, czy nie.

Buddyści generalnie nie boją się śmierci, dlaczego?

Lama Ole: Po pierwsze ludzie nie boją się rzeczy, które znają. Przeraża ich raczej nieznane. W buddyzmie mamy wiele nauk na temat śmierci. Różnią się trochę w zależności od tradycji, ponieważ Budda nauczał na różne sposoby. Na przykład południowy buddyzm nie mówi o tym zbyt wiele. Nauczyciele wspominają jedynie, że jeśli tu znikniemy, to pojawimy się znowu gdzieś indziej. W buddyzmie Diamentowej Drogi natomiast dysponujemy opisem całego podświadomego procesu związanego z umieraniem i odradzaniem się, poczynając od zanikania zmysłowych wrażeń na początku umierania, przez doświadczenia pojawiające się w czasie całych siedmiu tygodni stanu przejściowego, aż po czas, w którym nasze najsilniejsze mentalne tendencje dojrzewają, prowadząc nas ku kolejnej egzystencji.
Caty: To kultura zachodnia coraz bardziej boi się śmierci. Coraz bardziej oddalamy śmierć od życia. Kiedyś ludzie umierali w domu, przy rodzinie. Teraz idzie się do szpitala. Z prosektorium zwłoki wywozi się nocą, żeby nikt ich przypadkiem nie zobaczył. Śmierć staje się coraz straszniejsza i ma coraz mniej wspólnego z naszym życiem. Sytuacja ta rozwija się od kilkuset lat. Dzięki hospicjom być może śmierć stanie się czymś bardziej naturalnym.
Lama Ole: To wszystko staje się bardzo przekonujące, gdy się tego doświadcza.
Caty: Kiedy Tybetańczycy opowiadają o śmierci, są bardzo przekonujący. Kiedy ktoś umiera, my zwykle jesteśmy bardzo emocjonalni. Dla nich sprawa wygląda zupełnie inaczej. To ciekawe, że kiedy Karmapa mówi o zmarłych, nie ma w tym żadnych emocji.
Lama Ole: Kiedy ktoś ma inny pogląd, mówię tak: „Nie smuć się, jeśli ktoś umarł. Jeśli był dobrym człowiekiem, teraz będzie dużo szczęśliwszy niż wtedy, gdy przebywał w ciele. Jeśli był natomiast złym człowiekiem, to przynajmniej przestał sprawiać kłopot”. Myślę, że to bardzo praktyczne podejście.

Wielu ludzi uważa, że śmierć jest ostatecznym końcem. Utożsamiają umysł z mózgiem. Sądzą, że po śmierci nie ma już niczego. Co można im powiedzieć?

Lama Ole: Powiedz im, żeby weszli na stronę Pima van Lommela. Opisuje on wszystkie eksperymenty z ludźmi w stanie śmierci klinicznej, gdy mózg nie działał, a oni nadal doświadczali świata. Znam to też z własnego doświadczenia. Oboje z Hannah pamiętaliśmy, gdzie mieszkaliśmy w poprzednim życiu i co robiliśmy. To wszystko jest bardzo przekonujące. We wschodnim Tybecie odwiedziliśmy miejsce, w którym na pewno byliśmy wcześniej. A myśląc o swoim kolejnym życiu zastanawiam się nad Zachodem, pojawię się prawdopodobnie znowu w północnej Europie.

Możemy mieć więc wpływ na nasze przyszłe życie?

Lama Ole: Jestem o tym głęboko przekonany. Możemy na to wpłynąć poprzez nasze życzenia.

Jak może pomóc umierającemu ktoś, kto nie jest buddystą i nie zna buddyjskich metod?

Lama Ole: Ktoś mi właśnie tu szepcze do

Opracowanie: Honza Matuska, Bohumila Bowles, Grzegorz Kuśnierz

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Nieprzerwany przekaz autentycznych nauk - Wywiad z XVII Karmapą Taje Dordże | Buddyzm na Wschodzie i na Zachodzie - Wywiad z Szamarem Rinpoche | Widzę Czystą Krainę - Pytania zadane Lamie Ole | Czas na medytację - List Noworoczny Lamy Ole | Aktywność Trzech Czasów - Karmapa Mikjo Dordże (1507 - 1554) | Cytat - Guru Rinpocze | Jesteśmy dla siebie mistrzami - Wywiad z Hannah Nydahl | Cytat - Hannah Nydahl | Schronienie - Lama Ole Nydahl | Cytat - X Karmapa Czojing Dordże | Utrzymywanie przekazu to wasz obowiązek - Lama Ole Nydahl | Budda i śmierć - Lama Ole Nydahl | Z Lamą Ole i Caty Hartung o książce Budda i śmierć - Praga 2010 | Ścieżka oddania - Maggie Lehnert-Kossowski i Tomek Lehnert | Dosiadając niedźwiedzia - Z organizatorami podróży zimowych po Rosji | Katłanga - Mira Starobrzańska | Buddyzm w dziejach świata - Anna Szymańska | Popycha nas cierpienie, ciągnie nas współczucie - Rozmowa z Klausem Kaltenbrunnerem | Sanga - Denes Andras | Buddyzm i edukacja - Maike i Pit Weigelt | Co, gdzie, jak w KBL | Hong Kong - 18 dni błogosławieństwa - Michał Bobrowski | Biblioteka Kagyu w Łodzi | Gdańsk | Mango | Czym jest dla Ciebie ośrodek? - Ofelia Cybula |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: