DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 49 -> Dosiadając niedźwiedzia

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Dosiadając niedźwiedzia

Z organizatorami podróży zimowych po Rosji
_________

W nocnym pociągu między Ekaterinburgiem a Kazaniem rozmawia Grisza Serebrianny.


Kiedy po raz pierwszy zdecydowałeś się jechać na Winter Tour?

Dawid Bauke: W 2003 roku. Znałem Lamę Ole już 10 lat i chciałem z nim podróżować. Sprawdziłem zatem jego plan podróży, który obejmował Australię i Amerykę Południową, a ponieważ bardzo lubię słońce i plaże, udałem się do Lamy i spytałem: „Może mógłbym podróżować z Tobą po Australii?”. Lama i Caty zaśmiali się i powiedzieli: „Nie! Po Rosji!”. O Rosji myślałem, że jest tam zimno, biednie, brudno i niewygodnie. Nie ucieszyłem się zbytnio, ale wiedziałem, że jest zarówno Winter, jak i Summer Tour i nagle powiedziałem: „Ok, Summer Tour.” Oni roześmiali się: „Nie! Winter Tour! A gdy przetrwasz Winter Tour to w nagrodę pojedziesz do Australii lub Ameryki Południowej”. W ten sposób postanowiłem pierwszy raz podróżować po Rosji zimą. Nawet teraz, po tylu latach, nigdy nie udało mi się pojechać do Ameryki Południowej. Wybierałem Rosję, bo kocham ten kraj.

Pamiętasz swój pierwszy dzień w Rosji?

Dawid: Zakochałem się w Marinie, naszej przewodniczce, którą poznałem już podczas pierwszych dni podróży.

Jak to się stało, że zacząłeś organizować te wyprawy?

Dawid: W tym czasie zajmował się tym Stefan Watzlawek z Lipska, który jednocześnie studiował medycynę. Wiadomo, że nie da się robić dobrze dwóch rzeczy na raz. Chciał zakończyć tę aktywność. Na początku podróży zostaliśmy bliskimi przyjaciółmi, oczywiście nie tak bliskimi jak z Mariną, jednakże bardzo szybko zawiązała się przyjaźń pomiędzy całą naszą trójką… Zapytaliśmy o zdanie Lamę Ole. Doradził mi, bym skupił się na pracy dla mojego ośrodka. Ale jeszcze tego samego dnia razem z Caty zmienili zdanie. Doradzili mi wtedy, aby nie myśleć w kategoriach „to czy tamto”, ale raczej „zarówno to, jak też tamto”.

Najciekawsze wydarzenie z pierwszej podróży?

Dawid: Najciekawszym wrażeniem była obserwacja własnego umysłu i rozpoznanie tego, jak bardzo szczęście zależy od zewnętrznych czynników: kiedy na przykład nie możesz się wykąpać przez trzy dni, albo kiedy jest za gorąco lub za zimno, kiedy nie masz prywatności, nie dosypiasz przez kilka tygodni, kiedy jedzenie nie jest takie, jakiego byś oczekiwał. Właśnie wtedy mogłem zaobserwować, jak bardzo mój umysł się zmieniał. Fajnie było to zobaczyć.

Czy można się tego nauczyć bez Lamy?

Dawid: Wydaje mi się, że jest to możliwe. Jednak w polu mocy Lamy, z sangą, doświadczasz tego silniej. Podczas podróży w 2006 jechał z nami Sven Plamper, brat Andre Plamper’a i bardzo spodobało mi się to, co powiedział: „W zależności od tego, ilu ludzi uczestniczy w Winter Tour, masz wokół siebie sto luster, które zawsze są z tobą, nieprzerwanie obserwujesz siebie w tych lustrach”. Jest to prawda, która funkcjonuje jak popularny żart. Kiedy ktoś wpada w neurozę albo pomieszanie bez konkretnego powodu wszyscy wokół zaczynają się uśmiechać i powtarzają: „Lustro, lustro, lustro”. To piękny sposób, by zobaczyć, jak sanga pomaga nam w rozwoju.

Co mówisz Niemcom, których zapraszasz na Winter Tour?

Dawid: Nie musimy dużo mówić. Po kilku latach w dharmie ludzie sami są ciekawi dzięki temu, co usłyszeli od innych. Jednocześnie wielu z nich zaprasza Lama Ole, który powtarza: „Jeśli chcecie ze mną podróżować, zacznijcie od Winter Tour po Rosji”. Lama robi reklamę, a my tylko zamieszczamy zdjęcia (www.lovingrussia.org), np. sceny, w których nadzy sza-leńcy wskakują do Bajkału.

Co daje Winter Tour z Lamą Ole?

Dawid: Powiedzmy, że podczas Winter Tour w 2007 roku można było dokładnie zobaczyć, że nie przyjmowaliśmy schronienia wyłącznie w buddzie, lamie i dharmie, ale szczególnie w sandze. Podczas tej wyprawy w roku 2007 obecna była tylko sanga. Lama nie był fizycznie obecny. To jest to, co bardzo lubię – spotkanie przyjaciół z całego świata. Na przykład w tym roku mieliśmy ludzi z dwunastu krajów, ostatnim razem – z siedemnastu. Powstają przyjaźnie ponad oceanami. Czasami niektórzy ludzie się nawet pobierają po takim Winter Tour! W tamtym roku zostałem zaproszony na ślub Niemca z Czeszką. Jest wiele historii miłosnych związanych z podróżą po Rosji, jednocześnie można pozbyć się wielu koncepcji na temat miłości, związków partnerskich oraz „damsko-męskiej równowagi”.

Marina, czy możesz nam opowiedzieć o swojej pierwszej podróży po Rosji?

Marina Viller: To było bardzo dawno temu, w 1997 roku. Niczego wtedy nie organizowałam i nie było z nami tylu ludzi – mieściliśmy się w jednym wagonie, a sama podróż trwała dłużej – prawie cały miesiąc. Zakochałam się we wszystkim, co wokół się wydarzało. Tolek był organizatorem, był za wszystko odpowiedzialny, a ja zawierając tylko nowe przyjaźnie, zaczęłam pomagać, aż w końcu w naturalny sposób stałam się jedną z organizatorek. Uwielbiam to. Pod koniec wyprawy staliśmy się sobie tak bliscy, że czuliśmy się jednością, a po powrocie miałam odczucie, że oni czają się wszędzie na ulicach! Mogliśmy spędzać więcej czasu z Ole. Było trochę inaczej niż teraz. Wieczorem często siadał z nami opowiadając różne historie, dowcipy.
Sasza Kojbagarov: Oglądaliśmy filmy...
Marina: Filmy pojawiły się później, w tamtych czasach ich nie było. Chciałabym opowiedzieć jedną historię, która jest dla mnie prawdziwą nauką. To nie było nic specjalnego, chodzi o to, że wszystko się nagle skomplikowało. Wysiedliśmy z pociągu w Jurdze, była szósta rano i termometr wskazywał minus 30 stopni Celcujsza, a my spaliśmy tylko kilka godzin. Wysiadłam z pociągu i wszystko wydawało się straszne! Byłam zmarznięta i śpiąca, a poza tym nie było autobusu, który mógłby nas zabrać. Byłam bardzo zła. Wtedy podszedł do mnie Ole i powiedział: „Ciesz się pogodą!”. I to był pierwszy raz, kiedy uzmysłowiłam sobie, że można zmienić wszystko – coś dwie sekundy temu było straszne, a Lama pokazał mi, że tak naprawdę jest doskonałe.

Pamiętasz momenty z podróży z Hannah i Ole, które zrobiły na tobie wrażenie?

Dawid: Jest taki moment, który zawsze robi na mnie mocne wrażenie – za każdym razem zatrzymujemy się w Biełogorsku, w nocy o godzinie 3:30, w samym środku Syberii. Chodzi o rodzaj kontaktu między Ole i tamtejszą sangą. To jedno z największych doświadczeń z pierwszego Winter Tour. Spałem sobie spokojnie w śpiworku, tuż obok przedziału Olego. Nagle pociąg zatrzymał się, a ktoś krzyknął na cały wagon: „Ole, tam jest sangha”. Obudziłem się i usłyszałem jak w przeciągu maksymalnie trzech sekund otwierają się drzwi przedziału, z którego wybiegł Ole. Przebiegł przez cały wagon, miał na sobie tylko kurtkę i to, w czym akurat spał. Bielizna i kurtka, nic więcej. Wybiegł tak na spotkanie ludzi w Biełogorsku o 3:30, przy trzydziestostopniowym mrozie. Trwało to zaledwie chwilę, bo pociąg miał tylko 10 minut postoju. Leżąc w łóżku pomyślałem: „O kurczę! Właśnie widzę, jak Lama pracuje dla pożytku istot bez wytchnienia, w sposób wytrwały i pełen radości. Nawet w sytuacji, kiedy tam są tylko trzy osoby”. I pomyślałem: „Teraz powinienem wstać i zobaczyć to na własne oczy, by inspirować się przykładem Olego”. I co zrobiłem? Odwróciłem się na drugi bok i po prostu zasnąłem. Jednak później, po upływie tygodni i miesięcy, zdarzenie to ciągle pozostawało w moim umyśle. Myślałem o tym, jak inspirująca jest praca Lamy jako bodhisattwy. Ci ludzie podróżują setki kilometrów tylko po to, by odbyć z nim raz w roku kilkuminutowe spotkanie na stacji kolejowej. To jest to słynne oddanie, jakie możemy zobaczyć w Rosji. Bardzo nam to imponuje. W Niemczech, jeśli Ole daje gdzieś wykład, a dojazd zająłby nam 3-4 godziny, mamy wątpliwość: „Jechać, a może nie?”. Tu możemy się wiele od Rosjan nauczyć.

Co zmieniło się w czasie tych 10 lat?

Marina: Każda podróż wydaje się jednakowa. Jedziemy, ludzie się poznają, skaczemy do Bajkału. Jednak na wewnętrznym poziomie za każdym razem jest inaczej. Pamiętam takie czasy, kiedy po raz pierwszy mieliśmy do czynienia z dużą grupą. Nie potrafiłam się zrelaksować nawet na chwilę, ani się tym cieszyć. Koncentrowałam się tylko na tym, by dopilnować, żeby każdy wsiadł i wysiadł z pociągu. Pewnego razu byłam bardzo zmęczona i chciałam usiąść, ale nigdzie nie było miejsca. Wtedy Ole powiedział: „Oto Marina, nasza wspaniała przewodniczka, jednak prawdą jest, że jeszcze sobie nie uświadomiła, że może się tym wszystkim cieszyć”. Te słowa wciąż wracają do mnie. Robimy różne rzeczy nie potrafiąc się nimi cieszyć, a potem widzimy Olego, jak robi to samo i ma wielką radochę. Teraz okazuje się, że i ja potrafię cieszyć się tym samym.
Oleg Szirobokow: Zmienia się to tak bardzo z jednej podróży na drugą, że ludzie muszą pracować ze swoimi oczekiwaniami. Ci, którzy byli na Winter Tour po raz pierwszy i zebrali jakieś wrażenia, myślą, że było to coś wyjątkowego. Potem przyjeżdżają drugi raz z tym plecakiem wrażeń i oczekiwań, ale wszystko wydarza się inaczej. Myślą wtedy: „Kiedyś to było coś niesamowitego, w tym roku to już nie to samo…”. Ale jeśli Winter Tour byłby zawsze taki sam, to nie miałby tej energii, która przyciąga ludzi.
Marina: To, co zmieniło się w naszych podróżach,to liczba ludzi – na początku było nas naprawdę mało, w 2001 roku mieliśmy tylko jeden wagon, 40 osób i spędzaliśmy bardzo dużo czasu z Ole. To niesamowite, móc obserwować, jak Ole pracuje i jak komunikuje się z innymi. Teraz, kiedy mamy od 150 do 300 osób, sanga staje się bardzo ważna. Możemy się spotkać i dzielić doświadczeniem. Myślę, że to bardzo ważne, że buddyści z tak wielu krajów mogą wymieniać się doświadczeniami.

Tolek, kiedy zacząłeś zajmować się organizacją?

Tolek: W 1991 roku Pod koniec 1990 roku pojechałem do Niemiec i w Schwarzenbergu poznałem paru kumpli. Chciałem ich zaprosić do Rosji i pokazać im nasz kraj. Kiedy pojawił się pomysł podróży majowej, szukaliśmy odpowiedniej osoby, która mogłaby zająć się organizacją. Powiedziałem, że mógłbym pomóc. Skontaktowałem się z ludźmi w poszczególnych miastach i poprosiłem ich, żeby kupili bilety. Już od samego początku byłem zaangażowany w organizację wypraw. Nie obyło się jednak bez zamieszania. Na przykład podczas tego pierwszego Winter Tour w 1991 roku było nas tylko 11 osób, włączając w to Olego i Tanię. To były te czasy, kiedy o wszystko było bardzo trudno. Jechaliśmy pociągiem w otwartym wagonie, bez przedziałów, z Ukrainy do Rosji. Konduktor dał nam koce, które składowane były w jego prywatnym przedziale, bo oczywiście trzymanie ich na zewnątrz nie było bezpieczne. Przez całą podróż powtarzał nam: „Tylko nie zgubcie koców i oddajcie mi je rano”. Rankiem jednak okazało się, że jednego brakuje. W związku z tym konduktor łaził tam i z powrotem w jakiejś totalnej ekstazie, ciągle powtarzając: „Widzicie! Mówiłem, że ktoś wam je ukradnie!”. Chciał od nas wyciągnąć pieniądze. Tak więc, kiedy on szedł wzdłuż wagonu, Wadik i ja poszliśmy do jego przedziału i ukradliśmy mu koc. Zrozumieliśmy, że w nocy konduktor zwinął jednemu z nas koc z nadzieją, że wyciągnie kasę. W bardzo taktowny sposób oddaliśmy „zgubę”. Powinniście byli zobaczyć wtedy jego minę! Był przekonany, że nie mamy tego koca. Pojechaliśmy do Charkowa, gdzie wydarzyła się historia związana z Jurą Siminihinem, który od razu postawił na stole butelkę wódki. Nie miał nic innego, nawet kanapek. Siedzieliśmy tylko przy tej butelce wódki. Postanowiliśmy zatem zrobić własne kanapki. Mieliśmy wstępnie zaplanowany harmonogram i 11 osób, dla których musieliśmy kupić bilety, ale chłopcy z Charkowa, ci sami, którzy tak szczodrze częstowali nas wódką, powiedzieli, że biletów już nie ma i że do Wołgogradu pojedziemy dopiero następnego dnia. Zdecydowali po prostu, że sami zmienią plan podróży Olego. W pewnym momencie podsłuchaliśmy ich rozmowę, w której Jura powiedział: „Słuchajcie, udało nam się ukraść jeden dzień”. Poszliśmy na stację i okazało się, że bilety są. Odjechaliśmy o planowanej godzinie. Skąd w ogóle wziął się pomysł Winter Touru? Ole i Hannah chcieli pojechać koleją transsyberyjską do Pekinu. Oczywiście w tamtym czasie nie było żadnych ośrodków, ani buddystów wzdłuż całej trasy. Skąd zatem wzięli się ludzie, z którymi spotykaliśmy się po drodze? Byli to po prostu przyjaciele przyjaciół jeszcze innych przyjaciół. Niektórzy z nich brali udział w poła w 1991 roku w Sankt Petersburgu. Witalik, Fetko i ja wysłaliśmy faks do Olego mówiący, że mamy przyjaciół w miastach aż do Władywostoku i nie ma sensu organizowanie tylko jednego wykładu w każdym z miast, lepszym pomysłem byłyby dwa wykłady, co oznaczało dwa dni na każde miasto. Pociąg do Władywostoku jedzie prawie cały miesiąc, po czym należało się przesiąść na samolot do Irkucka, z którego trzeba było dostać się pociągiem do samego Pekinu. Mieliśmy około 40 ludzi z zagranicy i około 20-30 Rosjan. Każdy z obcokrajowców zapłacił 400 dolarów – to była kwota, w której zawierało się naprawdę wszystko. Rosjanie płacili 5 albo 10 dolarów. Jednak biorąc pod uwagę ówczesne wynagrodzenia, oznaczało to i tak więcej pieniędzy dla Rosjan niż te 400 dolarów dla obcokrajowców. W tamtym czasie kuszetka z Moskwy do Irkucka kosztowała około 5 dolarów, więc dzięki obcokrajowcom udało nam się zabrać wszystkich Rosjan. Od tamtego czasu wszystko zdrożało, ale i Rosjanie zaczęli zarabiać więcej. W 1992 roku prosiliśmy przyjaciół w poszczególnych miastach, aby rezerwowali nam hotele i bilety. Rezerwowaliśmy dwa hotele, jeden dla Rosjan, drugi dla obcokrajowców. Nie dlatego, że jeden był tańszy od drugiego, lecz z powodu tego, że mogliby się ze sobą komunikować, czego nie chcieliśmy. W czasach sowieckich był taki przepis, który zabraniał niepokojenia gości z zagranicy. Mogłeś wtedy zapłacić karę, a nawet ponieść konsekwencje prawne. Jak można zauważyć, nauczyliśmy się już czegoś od tamtego czasu. Rosjanie mogą przeszkadzać obcokrajowcom i nic się nie dzieje, lecz działało to również w drugą stronę! Dlatego już pod koniec naszej wyprawy wszystkich kwaterowaliśmy w jednym hotelu i było to bardzo dobrym rozwiązaniem. Tak było podczas pierwszej podróży. Faktyczną organizacją zajęliśmy się dopiero latem 1992, kiedy zgłosiło się 120 osób i musieliśmy zarezerwować cały pociąg. Ole dał nam wtedy 1300 duńskich marek, za które 20 osób poleciało do Irkucka na kurs poła.
Marina: W roku 2001, gdy Ole miał 60 lat, wyruszyło z nami bardzo dużo ludzi, 70 obcokrajowców i 40 Rosjan. Powiedzieli wtedy swoim przyjaciołom o możliwości podróżowania z Lamą i od tamtego czasu liczba uczestników Winter Touru wciąż rosła.

Sasza, a jak wyglądała twoja pierwsza podróż z Ole?

Sasza: Ja pierwszy raz pojechałem latem. Bardzo wiele słyszałem o tym od moich przyjaciół, jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że nie są w stanie powiedzieć mi wszystkiego, dlatego sam chciałem pojechać. Wydaje mi się, że było to w 1992. W tamtych czasach ceny rosły, więc pomyślałem, że to moja ostatnia szansa, by pojechać na Daleki Wschód. To było 16 lat temu, a ja wyruszam w podróż co rok, czasem nawet dwa razy do roku.

Spędzałeś dużo czasu z Hannah i Ole, nie tylko w pociągu... co jeszcze możesz nam o tym powiedzieć?

Sasza: Jest to wyjątkowe doświadczenie. Trudno mi zebrać te wszystkie historie w jedną. Podczas pierwszych lat byłem bardziej obserwatorem, jednak poproszony o pomoc zawsze dawałem z siebie wszystko. Pomagałem Tomkowi Lehnertowi uporać się z faksami i telefonami, nie mieliśmy jeszcze komputerów. Większość czasu spędzaliśmy na bieganiu po miastach w poszukiwaniu działającego faksu czy telefonu, podczas gdy Ole robił wykład. Nie było samochodów, więc musieliśmy korzystać z transportu publicznego. Zajmowało nam to bardzo dużo czasu i nie było zbyt produktywne, ale szereg wspaniałych i zabawnych sytuacji wynagradzało nasz trud.
Marina: Opowiedz tę historię, jak szukaliście Karmapy.
Sasza: Ta historia dotyczy bardziej Tomka niż Olego. To były wspaniałe czasy, kiedy we Władywostoku poszliśmy na pocztę i zobaczyliśmy stumetrową kolejkę. Wtedy Tomek, który jest bardzo konkretny, w desperacji ruszył do lady i wcisnął się w okienko, za którym panie pakowały listy i paczki. Poczta jest ogromna i liczy przynajmniej 50 pracowników. Ludzie z kolejki usiłowali wyciągnąć Tomka z okienka, on natomiast, z uśmiechem na twarzy, wypowiedział łamanym rosyjskim: „Do widzenia!”. Wszystkie pracownice poczty były tak zaskoczone zarówno jego słowami, jak i akcentem, że omal nie pospadały z krzeseł ze śmiechu. To było takie zabawne... Generalnie sparaliżowaliśmy pracę całej poczty co najmniej na pół godziny, a oni po prostu nie mogli się przestać śmiać! Ludzie w kolejce przestali się złościć, zawładnęła nimi ciekawość, nagle wszyscy chcieli wiedzieć, co się stało. Oczywiście, kiedy przestali się śmiać, potraktowali nas jak najlepiej. Zrobili wszystko, czego potrzebowaliśmy, weszliśmy do środka i wysłaliśmy wszystkie faksy.Był to rok, w którym Karmapa miał zostać wywieziony z Tybetu. W każdym mieście biegliśmy prosto na pocztę, gdzie Ole z Hannah dzwonili albo do Szamara Rinpocze albo do Indii czy Ameryki. Tomek powiedział wtedy: „Nie obraźcie się, ale to wszystko jest bardzo tajne i nic wam nie możemy powiedzieć”. Jednak połączenie telefoniczne zazwyczaj było bardzo słabe, także Tomek krzyczał tak głośno, że można było go usłyszeć z ulicy. Dla miejscowych wszystko to było straszne! W Ułan Ude na przykład poczta była otwarta całą dobę, a miejscowi kloszardzi spędzali tam noce. Zazwyczaj było tam cicho i mogli sobie znaleźć miejscówki tuż obok grzejników i pogapić się w butelki z czerwoną nakrętką, kiedy nagle wpadaliśmy wrzeszcząc. Byli tak przestraszeni, że wyskakiwali na dwór i czekali aż skończymy. Oczywiście, kiedy znajdowaliśmy mieszkania z telefonem, od razu je zajmowaliśmy. Jeszcze jedna historia... Pobiegliśmy wtedy do mieszkania, które nam zaoferowano jako kwaterę. To nawet nie było mieszkanie buddystów… Była to rodzina Buriatów – babcia, dziadek, mama, ojciec i kilkoro dzieci. I nagle wpadamy my. Tomek otwiera laptopa, odpina kabel od telefonu i przepina go do różnych gniazdek. Cały pokój w kablach. I wtedy on mówi: „OK, teraz wszyscy usiądźcie i nie ruszajcie się!”. Babcia próbowała uciec, ale Tomek zahipnotyzował ją wskazującym palcem, każącym jej zostać tam, gdzie siedziała – na sofie. Cała rodzina zamarła w różnych pozycjach, wszędzie były kable i już po chwili zapomnieliśmy o ich obecności. Tomek i ja zajęliśmy się drukowaniem, a cała rodzina patrzyła na nas z przerażeniem. Godzina mijała za godziną, aż w końcu najodważniejsza z babć zapytała, czy może wyjść siku. Tomek wtedy odpowiedział: „Nie! Nie możesz! Musisz siedzieć!”. I ona tak siedziała.
Tolek: W 1994 roku podróż była niesamowita, nie tylko dlatego, że Ole i Tomek kierowali wywiezieniem Karmapy z Tybetu, wtedy również pojechaliśmy po raz pierwszy do Białogorska. Poza tym kręciliśmy wtedy film „9 i pół tysiąca kilometrów Diamentowej Drogi”. Udało nam się powtórzyć eksperyment i wynajęliśmy nie jeden, ale kilka wagonów. Kiedy poszedłem, aby je wynająć, wiedziałem, co chcieli nam dać i poprosiłem o dobre wagony mówiąc, że jedziemy aż do Władywostoku. Oczywiście powiedzieli: „Damy wam najlepsze!”. Ja jednak nie uwierzyłem i chciałem je sprawdzić, jednak oni stwierdzili, że wagony stoją za daleko, żeby je obejrzeć. Kiedy grupa przyszła, by zapakować się do pociągu zrozumiałem, że moje najgorsze obawy się sprawdziły. Już z zewnątrz można było zobaczyć schodzącą farbę. Sprawdziłem liczbę wagonów, które nam dali i okazało się, że jednego brakuje. Kiedy zapytałem konduktorów, co się stało, odpowiedzieli mi, że pierwszy z wagonów był w tak złym stanie, że oni sami musieli go odesłać. Wsiedliśmy do pociągu (a w Petersburgu termometry wskazywały minus 3 stopnie C), obcokrajowcy poprosili konduktora o włączenie ogrzewania w wagonie, aby sprawdzić czy jest w stanie utrzymać ciepło. Kiedy dojechaliśmy do Syberii, na podłodze jednego wagonu pojawił się lód, a temperatura sięgnęła zera. Podróż nie należała do przyjemnych, ponieważ moja dziewczyna zostawiła mnie dla innego. Siedziałem większość czasu w przedziale konduktorów i piłem z nimi wódkę. Przechadzałem się po wagonach w samym tylko podkoszulku, mówiąc do obcokrajowców: „Widzicie? Wcale nie jest zimno!”, podczas gdy oni zawinęli się w swoich śpiworach i wystawały im tylko czubki głów. Oczywiście, nie wierzyli mi, ale przynajmniej byli cicho.

Kto zatem jechał w tym nieogrzewanym wagonie?

Tolek: Cudzoziemcy i ja. Po drodze nagle zwolniło się jedno miejsce w ogrzewanym wagonie, bo ktoś wysiadł. Poza tym to był wagon, w którym jechał Ole. Zaproponowaliśmy więc niektórym cudzoziemcom, żeby się tam przenieśli, zaprosiliśmy ludzi starszych i chorych. Oni jednak odmówili. To nas podtrzymało na duchu. Do końca podróży miejsce w ciepłym wagonie pozostało puste, podczas gdy nasi przyjaciele jechali zawinięci w śpiworach.
Sasza: Raz pewnej dziewczynie włosy przymarzły do jakiegoś metalowego przedmiotu. Nie było innego wyjścia niż polewać jej głowę gorącą wodą.
Marina: Kiedyś chciałeś pójść do łazienki i okazało się, że ktoś ukradł umywalkę.
Tolek: To było w Uljanowsku. Patrycja i ja znaleźliśmy toaletę w jakiejś kawiarni, ale okazało się, że jest zamknięta. Kiedy zapytaliśmy kelnerkę, co się stało, odpowiedziała, że ktoś ukradł umywalkę! W 1994 roku Ole wymienił mi wszystkie moje uczucia, te osobiste jak i całą resztę. „Nigdy nie miałeś takiego ciężaru na ramionach”, powiedział. I właśnie wtedy rozluźniłem się. Lama mnie rozumiał, czuł mój ciężar spowodowany odpowiedzialnością za wszystkie wagony, za wszystko.

Powiedzmy, że jestem młodym buddystą i właśnie przyjąłem Schronienie. W jaki sposób zareklamowalibyście mi Winter Tour? W jaki sposób wpływa on na nasz rozwój? Sądzę, że Lama Ole nie tylko chce nam zapewnić rozrywkę, prawda?

Tolek: Po pierwsze, jest to rzadka okazja przebywać z Lamą Ole i obserwować, jak pracuje. Jesteśmy linią wadżrajany, dlatego komunikacja z lamami jest dla nas bardzo ważna. Większość uczniów Olego ma szansę zobaczyć go tylko podczas wykładu. Takie podróże są wielką okazją zobaczenia, jak pracuje lama, jak funkcjonują ośrodki, jest to szansa na wymianę doświadczenia.
Dawid: Podczas pierwszej części podróży z Władywostoku do Irkucka, odległości między miastami są tak duże, że czasem jedzie się dwa dni. Istnieje wtedy taka polityka „otwartych drzwi”. Oznacza to, że kiedy drzwi do przedziału Olego są otwarte, zawsze możesz wejść i porozmawiać, potem możesz sprawę przemyśleć i przyjść jeszcze raz i zadać kolejne pytanie. Jeśli drzwi są zamknięte, oznacza to, że Ole pracuje i nie warto czekać. Jest to bardzo rzadka możliwość nawiązania kontaktu z wewnętrznym i zewnętrznym lamą w tym samym czasie.
Marina: Ole wykorzystuje każdy moment, by spędzić go ze swoimi uczniami i pokazać im coś nowego. Myślę, że każdy z nas miał taki magiczny moment z Ole. Organizatorzy otrzymują różne rady od Caty, Tomka i Olego, na przykład: „Oczywiście jesteśmy zadowoleni z tego, co robicie, ale może następnym razem uda się uniknąć wysiadania z pociągu o 6 rano, albo wsiadania do niego o 3 w nocy na każdej stacji”.
Sasza: Powiedziałbym to poważniej. Pomijając klimat i czas, to, co się wydarza podczas podróży zimowej jest bardzo podobne do tego, jak Budda pracował ze swoimi uczniami dwa i pół tysiąca lat temu. Budda był zapraszany w różne miejsca, gdzie udzielał nauk, a za nim podróżowały tłumy uczniów. To samo wydarza się na Winter Tourze. Jest to miesiąc bardzo skondensowanej i intensywnej dharmy. Gdy jesteś w drodze przez 24 godziny na dobę przez trzy tygodnie, możesz zadawać pytania i korzystać z tej niesamowitej energii. Rozwój i wszelkie zmiany wydarzają się w niesamowicie szybkim tempie. Ole zwykle wtedy mówi: „Dziś jesteś zły, wczoraj byłeś przywiązany”. Podczas Touru w ciągu pięciu minut pojawia się szereg emocji, w jednej chwili czujesz złość, a w następnej przywiązanie, po czym zazdrość itd. Zmiany te zachodzą bardzo płynnie i z dużą łatwością. Na takiej wyprawie bardzo łatwo rozstać się ze swoim partnerem, jak i znaleźć nowego zaledwie w przeciągu kilku następnych godzin czy dni. Nie jest to tak bolesne, jak w codziennych warunkach naszego życia, po prostu wiele ważnych dla nas rzeczy wydarza się właśnie wtedy, ponieważ jesteśmy blisko Lamy.
Oleg: Idea stworzenia Ośrodka Europejskiego, która pojawiła się dużo później niż podróże zimowe po Rosji, ma swoje korzenie w pracy Olego na całym świecie. Z tych samych korzeni wywodzi się pomysł Winter Tour. Chodzi o to, że ludzie z różnych krajów spotykają się w tym samym, buddyjskim otoczeniu, wymieniają się swoimi właściwościami i ukazują swoje najlepsze cechy. To, co różni taką podróż od, powiedzmy, międzynarodowego kursu w Kassel czy innej podobnej sytuacji, to fakt, że tutaj ludzie nie mogą udać się podczas przerwy do swoich namiotów, ani tworzyć odrębnych narodowościowo grup. Jesteśmy zamknięci w pewnego rodzaju celi, czy tego chcemy, czy też nie, musimy dzielić się właściwościami, musimy się zakochiwać. Wszystko to stwarza taką intensywną, silną bazę, że w końcu powstał z tego pomysł stworzenia Ośrodka Europejskiego.
Sasza: Podczas podróży zaczynasz rozumieć, czym jest huragan energii, huragan Ole. Ludzie są kompletnie wycieńczeni po tych trzech tygodniach. Są tak zmordowani i kompletnie wypluci, że muszą odpoczywać przez kolejne dwa miesiące, a Ole robi to wszystko bez przerwy. Każdego ranka spotyka ludzi i wygląda tak świeżo, jakby właśnie wrócił z uzdrowiska, a nie spędził noc tańcząc lub pracując. Kiedy ludzie próbują dotrzymać kroku Lamie, zasypiają na jego wykładzie już drugiego czy trzeciego dnia, a on nie śpi, tylko naucza. Pamiętam historię z jednego z ostatnich miast. Chcieliśmy nakręcić film o tym, jak Ole daje wykład, ale za każdym razem, w każdym mieście przekładaliśmy ten pomysł na rzecz ważniejszych spraw. W końcu dotarliśmy do ostatniego miasta i to była ostatnia szansa na realizację filmu. O drugiej, czy trzeciej nad ranem przyszedł facet, aby nakręcić ten film, a Ole miał wyjechać nazajutrz. Przyjaciele powiedzieli: „Ole jest bardzo zmęczony, więc jeżeli chcesz go nagrać, to przyprowadź jakiś ludzi i w ten sposób, mówiąc do nich, Ole nie zaśnie”. Wybiegłem na zewnątrz i zdałem sobie sprawę, że wszyscy kładą się spać. Powiedziałem im, że potrzebujemy ich wsparcia. Przyprowadziłem wszystkich do jego pokoju i już po pięciu minutach można było zobaczyć, jak wszyscy śpią, podczas gdy Ole opowiadał arcyciekawą historię do kamery.
Marina: Czy pamiętasz jak Ole zasnął w Krasnojarsku, albo w Ekaterinburgu na 40 minut albo nawet na godzinę? Caty przykryła go kocem i powiedziała wszystkim, aby go nie dotykali i pozwolili mu spać.
Sasza: Pamiętam, jak pod koniec podróży, w środku nocy, przygotowywaliśmy się do tego, żeby wysiadł na stacji. Nagle okazało się, że ktoś popełnił błąd i mamy dodatkową godzinę. Ole usiadł, otworzył swoje notatki i zaczął coś pisać. Tak czy owak, wstaliśmy o 3 nad ranem, a Hannah myśląc, że ma za sobą sofę, upadła wraz z walizkami na jakiś fotel, na którym natychmiast zasnęła.

Prawdopodobnie każdemu przeszło to przez myśl, ale w moim umyśle idea ta pojawiła się po drodze nad Bajkał, kiedy zobaczyłem parę tańczącą w autobusie. Naprawdę można było wtedy czuć te same wibracje, jak gdyby Ole fizycznie był z nami. Co możecie powiedzieć o tej podróży? W jakim stopniu Ole był wtedy z nami? Czy brakowało czegoś i czy coś można by dodać?

Tolek: To była moja piętnasta podróż, od 1992 roku opuściłem tylko jedną. Mogę szczerze powiedzieć, że ta podróż, kiedy Ole fizycznie nie był z nami, była jedną z najlepszych i bogatą w niesamowite odkrycia. Po pierwsze, muszę powiedzieć, że nawet przez sekundę nie odczułem, że Olego z nami nie ma. Uważam, że nie powinniśmy myśleć, że jeśli Lamy nie ma z nami fizycznie, to znaczy, że jest nieobecny. Nie możemy zobaczyć Lamy jako osoby, nieprawdaż? Widzimy go jako zasadę, jako pole mocy, on był wtedy z nami. Nawet przez sekundę nie był gdzieś indziej. Nie chodzi tu o dostęp do streamingów czy inne rzeczy, ale o jego wsparcie. Dawniej ludzie przychodzili do ośrodka dlatego, że lubili Olego, teraz przychodzą i zostają dlatego, że lubią ludzi w ośrodku i podobają im się relacje pomiędzy nami. To jest ogromny krok. Pole mocy jest z nami, mam na myśli pole mocy linii przekazu. Wynika z tego, że praca, którą Ole wykonuje od tylu lat, przynosi teraz niezniszczalne owoce. Mam tu na myśli to, że dzisiaj mamy ludzi, którzy wiedzą, co robią i dlaczego to robią. Będą nadal to robić, nawet jeśli Ole nie będzie obecny fizycznie. Dlatego ta podróż przyniosła wiele ważnych rezultatów. Poza tym była jeszcze jedna różnica. Pojawiła się samodyscyplina, gdyż musieliśmy sami być odpowiedzialni za siebie.
Marina: Zgadzam się z Tolkiem. Ole nie jest fizycznie nami podczas tej podróży, a mimo wszystko doświadczamy na koniec tego szczególnego spełnienia, błogosławieństwa i wolności. To odkrycie dla każdego z nas. Na początku myślałam: „Gdzie my jedziemy i po co?”. Na początku mieliśmy pewne obawy, na przykład nigdy nie medytowaliśmy w pociągach tak długo i zauważyłam tę eksplozję energii po 24-godzinnych medytacjach. W przeszłości ludzie wysiadali z pociągu trochę rozdrażnieni. Zanim zaczęliśmy, Tomek napisał, że Ole chciałby położyć nacisk na dharmę podczas tej podróży – czyli żebyśmy robili 24-godzinne medytacje. Zrobiliśmy dokładnie to, czego chciał.
Dawid: Jest to moja piąta trasa po Rosji i jedna z najlepszych, mimo, że Lamy z nami nie ma. Kiedy jedzie z nami Lama, zawsze można zauważyć tendencję do ciągłych pytań: „Gdzie jest Lama? W którym autobusie, w którym samochodzie, w którym mieszkaniu?”. Bez przerwy wszyscy szukają jego fizycznej obecności. Można wtedy zauważyć ludzi, którzy ciągle gromadzą się wokół niego. Nie jest rzadkim widokiem, gdy dziesięć osób tłoczy się przed jego przedziałem. Ponieważ nie możemy pomieścić trzystu osób w jednym wagonie, w jednej sypialni, w jednym autobusie i w jednym samochodzie razem z Lamą, to niektórzy czują się urażeni. Oczywiście nie ma żadnego znaczenia czy jesteś pięć czy pięćset metrów od Lamy. Przestrzeń nie oddziela nas od siebie, lecz jest pojemnikiem. Szczególnie podczas podróży zimowych znajdujemy się bez przerwy w bardzo silnym polu mocy Lamy Ole, bez względu na to, czy go fizycznie widzimy w danej chwili, czy nie.W 2007 nie było takich momentów. Oleg nawet zaprojektował specjalną nalepkę na bagaż, o treści: „Podróż z Lamą w naszych sercach!”
Poza tym nie czułem, żeby czegokolwiek nam brakowało. Czułem, że Ole siedzi z nami w autobusie, wagonie, na każdym miejscu. Jako że uwielbiam bawić się w PR, opowiem wam o niesamowitych widokach za oknem; kiedy patrzysz na zewnątrz, widzisz tylko bezkres syberyjskich gór pokrytych śniegiem, a promienie słońca mieniące się w nim wypełniają światłem cały przedział. To są fantastyczne warunki do medytacji, kiedy wszystko bez przerwy się kołysze i nie ma miejsca na sztywne koncepcje. Pod tym względem pociągi są bardzo dobrym miejscem do medytacji, szczególnie wtedy, kiedy wszyscy siedzą w przedziałach i panuje cisza, a jedyne, co słychać, to dźwięki mantr. Na zewnątrz panuje słoneczna pogoda, a ty wtedy myślisz, że mógłbyś tak medytować od teraz aż do oświecenia. Często myślę sobie, jakby to było gdyby Lamy Ole nie było już wśród nas, bo i tak kiedyś to nastąpi. I od kiedy przekaz naszej linii jest tak bardzo wsparty jego radą, opinią, osobowością, to pomyślałem, że ludzie mogą zacząć się od nas odłączać, po prostu odchodzić od dharmy. Miewałem tego typu obawy. Jednak po tym Winter Tourze jestem głęboko przekonany, że nic się nie rozpadnie. Błogosławieństwo naszej linii jest tak silne, że w momencie, kiedy się spotykamy, pole mocy pojawia się natychmiastowo, niezależnie od tego, kto jest obecny. Przyznaję, że nie jestem imprezowiczem, ale muszę przyznać, że imprezy, które miały miejsce podczas tej właśnie podróży, były najlepszymi na jakich kiedykolwiek byłem, czy to w Rosji, czy gdziekolwiek indziej. Jest to niejako produkt uboczny pola mocy Karma Kagyu!
Oleg: Nie był to zbieg okoliczności, że hasło, jakie wybraliśmy dla tej podróży brzmiało: „Podróż z Lamą w naszych sercach”. Lama rzeczywiście jest w sercu każdego z nas. Naprawdę mogliśmy to poczuć, że Lama był wszędzie tam, gdzie się o nim pomyślało, a myśleliśmy o nim bez przerwy. Był obecny we wszystkim i w każdym z nas. Cały nasz pociąg otoczony był tą samą energią, jaką czuje się, gdy Lama jest fizycznie z nami. Przepełniało nas takie uczucie.
Sasza: Mnie również wydawało się, że skoro Lamy nie było z nami, to odczuwaliśmy więcej dharmy. Być może jest to tylko moja subiektywna ocena, ponieważ po raz pierwszy mogłem iść na wykłady. Wtedy nie było tylu rozmów organizacyjnych. Zazwyczaj większość rozmów odbywa się wokół Olego i jego zespołu. Ludzie go wciąż szukają, żeby porozmawiać o budowie ośrodków, pieniądzach, konfliktach zachodzących w ośrodkach. Wtedy często podczas na szych spotkań nie zapada ostateczna decyzja aż do momentu, w którym pojawia się Ole. Lecz z punktu widzenia dharmy, nauki były pełne, a odkryciem podróży okazał się Klaus Kaltenbrunner. Bardzo dobrze się z nim poznaliśmy, na głębokim poziomie, to on zastępował nam Olego i starał się wnieść jego energię. W drugiej połowie podróży to Peter przejął odpowiedzialność za dawanie nauk. Wspaniałe było to, że było z nami wtedy tylu nauczycieli i każdy z nich zajął się nauczaniem, to również określało zupełnie nowy wymiar podróży. Oczywiście bez Lamy na wykładach nie gromadziły się takie tłumy jak zwykle. Prawdopodobnie mogliśmy to lepiej dopracować, na przykład zasugerować ośrodkom, żeby zareklamowały wykłady inaczej. Może hasło „uczeń Lamy Ole” nie było najlepszym wariantem. Może gdybyśmy napisali „wykład o buddyzmie” to przyciągnęłoby to więcej ludzi. W każdym razie było rewelacyjnie, to absolutnie nowe doświadczenie.
Dawid: Ja zajmowałem się śledzeniem liczb, chciałem wiedzieć ile nowych osób pojawiło się na publicznych wykładach w miastach i porównać te dane. Czasami nikt nowy się nie pojawił, czasem 10 osób, innym razem 20. W Czycie na przykład było aż 40 nowych osób! W Ekaterinburgu było ich 50. Niektóre z miast zmieniły miejsce wykładu na wieść o tym, że Olego nie będzie, zatem niektóre hale mogły pomieścić ludzi, a inne nie. Również sytuacja finansowa po wykładach przedstawiała się inaczej niż dotychczas. Dlatego też jestem zdania, że ośrodki powinny lepiej się ze sobą komunikować w celu ustalenia jednej strategii działania i publikacji materiałów reklamujących wykłady. Staje się to szczególnie ważne, gdy Lama nie jedzie, a mimo to chcemy wygenerować nadwyżki finansowe.
Oleg: Przy okazji, możemy być pewni, że otrzymamy opinię zwrotną. Ten Winter Tour jest jakby dzieckiem Olego i gdy go z nami nie było wysyłał silne życzenia każdego dnia. Z pewnością Ole ogłosi całemu światu, jak bardzo udała się ta podróż, przecież jego głównym celem jest zaszczepić w nas jak najwięcej niezależności, żebyśmy sami dla siebie byli przewodnim światłem. To są słowa Buddy. Myślę też, że wszyscy, którym nie udało się wyruszyć w tę podróż, za kilka lat z pewnością skorzystają z pierwszej okazji, żeby udać się w podróż bez Lamy. Zobaczą, że ich obawa o brak „osi” podczas podróży była bezpodstawna. Mieliśmy „oś”. Ludzie wzbogacili swoje doświadczenie, nie dzięki zewnętrznemu kontaktowi z Lamą, lecz dzięki temu wewnętrznemu.
Tolek: Możemy taką podróż zorganizować zaraz po powrocie z tej. Może się to wydarzać znacznie częściej bez Lamy. W Moskwie na przykład organizuje się wyprawy, nie tak duże jak ta, do pobliskich miast. To wydarza się właśnie teraz. Ktoś przychodzi z pomysłem zorganizowania wykładu i pojawiają się inni ludzie, którzy chcą się przydać i pomóc. Z tego, co wiem, funkcjonuje to bardzo dobrze.
Grisza: Fajnie było, dzięki! Mam nadzieję, że napiszecie o tym książkę, by podzielić się doświadczeniem z innymi. Nie wiem, jak to najlepiej zrobić, razem czy osobno, ale myślę, że powinniśmy stworzyć książkę napisaną przez uczniów Olego, może Tolka lub Saszę. Książkę pod tytułem: „Dosiadając Niedźwiedzia”.

Opracowanie: Jakub Kornafel

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Nieprzerwany przekaz autentycznych nauk - Wywiad z XVII Karmapą Taje Dordże | Buddyzm na Wschodzie i na Zachodzie - Wywiad z Szamarem Rinpoche | Widzę Czystą Krainę - Pytania zadane Lamie Ole | Czas na medytację - List Noworoczny Lamy Ole | Aktywność Trzech Czasów - Karmapa Mikjo Dordże (1507 - 1554) | Cytat - Guru Rinpocze | Jesteśmy dla siebie mistrzami - Wywiad z Hannah Nydahl | Cytat - Hannah Nydahl | Schronienie - Lama Ole Nydahl | Cytat - X Karmapa Czojing Dordże | Utrzymywanie przekazu to wasz obowiązek - Lama Ole Nydahl | Budda i śmierć - Lama Ole Nydahl | Z Lamą Ole i Caty Hartung o książce Budda i śmierć - Praga 2010 | Ścieżka oddania - Maggie Lehnert-Kossowski i Tomek Lehnert | Dosiadając niedźwiedzia - Z organizatorami podróży zimowych po Rosji | Katłanga - Mira Starobrzańska | Buddyzm w dziejach świata - Anna Szymańska | Popycha nas cierpienie, ciągnie nas współczucie - Rozmowa z Klausem Kaltenbrunnerem | Sanga - Denes Andras | Buddyzm i edukacja - Maike i Pit Weigelt | Co, gdzie, jak w KBL | Hong Kong - 18 dni błogosławieństwa - Michał Bobrowski | Biblioteka Kagyu w Łodzi | Gdańsk | Mango | Czym jest dla Ciebie ośrodek? - Ofelia Cybula |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: