DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 47 -> Codziennosc jogina

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Codziennosc jogina

Lama Ole Nydahl
_________

W Tybecie istniała pewna stara linia, zajmująca się przede wszystkim pudżami. Potem powstała inna, zupełnie nowa, koncentrująca się głównie na dyskusjach i studiowaniu nauk. Następna szkoła, która pojawiła się nieco później niż nasza, skupiała się przede wszystkim na naukowym aspekcie Dharmy i pisaniu ksiąg. Wreszcie nasza tradycja Kagyu, linia Ustnego Przekazu, zajmowała się głównie praktyką.


Jesteśmy linią joginów Tybetu. Naszymi wielkimi przykładami są tacy mistrzowie jak Milarepa, Marpa i różni Karmapowie. Oznacza to, że oświecenie nie jest czymś zewnętrznym, pełnym różnych poglądów i idei. Nie jest ono również niczym abstrakcyjnym lub dalekim od rzeczywistości, lecz dotyka bardzo bezpośrednio naszego życia. Właśnie dlatego, że jesteśmy linią praktyki, a nie tylko szkołą intelektualną, bardzo ważne jest, żebyśmy w życiu rzeczywiście zadawali pytania, które w sobie nosimy. Nie powinniśmy po prostu zadawalać się jakąś starą rzeczą tylko dlatego, że praktykowano ją od tysiąca lat w Tybecie. Musimy pytać samych siebie, co to wszystko ma wspólnego z nami. Dokładnie tak samo istotne jest, żebyśmy naprawdę badali rzeczy, abyśmy zawsze od nowa sprawdzali na ulicy to, czego się nauczyliśmy i wykorzystywali owo zrozumienie z pożytkiem dla innych i samych siebie. Dzięki temu zobaczymy również, jak daleko zaszliśmy i jak bardzo pożyteczne są metody Buddy dla naszego życia tutaj na Zachodzie.

Dopiero wtedy staniemy się prawdziwymi dzierżawcami linii, dopiero w tym momencie zaczniemy przekazywać błogosławieństwo. Błogosławieństwo nie tkwi w słowach, czy też w starodawnych systemach. To, co naprawdę ważne, wyłania się z doświadczenia: doświadczenia nadmiaru, pewności, mocy oraz z tego, co uzyskujemy, stosując różne metody pracy z umysłem i co przekazujemy potem dalej dzięki własnemu zrozumieniu i własnej sile. Dlatego chciałbym najpierw określić funkcję jogina. Kim jest w ogóle jogin? Jeśli przyjrzycie się tybetańskiej kulturze, zobaczycie, że istnieją w niej trzy różne poziomy praktyki. Są mnisi i mniszki, których szczególną cechą jest to, że najintensywniej koncentrują się na tym, czego należy unikać na zewnętrznym poziomie, zwracają więc bardzo dokładnie uwagę na działania, słowa i myśli i starają się odizolować od wszystkiego, co przynosi cierpienie i jest źródłem trudności. Służy im do tego cały szereg ślubowań.

Jeśli jednak wszyscy byliby mnichami i mniszkami, świat by się nie rozwijał. Nie byłoby dzieci, które zarabiałyby na ich emeryturę, nie byłoby też gospodarki. W ten sposób nie mogłoby to funkcjonować. Dlatego też buddyzm zawsze bardzo mocno ukierunkowany jest na tych, których nazywamy ludźmi świeckimi. Co chcą więc oni, lub też, co my chcemy osiągnąć? W rzeczywistości chodzi o to, żeby życie właściwie toczyło się na praktycznym poziomie, byśmy wszyscy – zarówno inni, jak też my sami – odnosili z niego jak największy pożytek i doświadczali szczęścia. Celem ludzi świeckich jest to, by rodzina, społeczeństwo i przyjaciele stali się lepsi i rozwijali się na ścieżce. W takiej sytuacji można się tylko do pewnej określonej granicy troszczyć o zewnętrzne rzeczy, bardzo często trzeba pracować na nieco „szarym” obszarze etyki, jeśli chce się prowadzić jakąś firmę lub zajmować handlem. I ponieważ dlatego nie jest się w stanie na zewnętrznym poziomie zwracać uwagi na wszystkie drobiazgi, zastępuje się go poziomem wewnętrznym. Poziom wewnętrzny jest poziomem motywacji. Dzięki niej można „rozbroić” nieco niedokładne i szorstkie zachowanie w zewnętrznym świecie myśląc: „Oby wszystko, co robię, przyniosło pożytek wszystkim istotom!” Największe znaczenie przypisuje się tutaj czemuś, co nazywamy nastawieniem bodhisattwy. To jest najważniejsza postawa, jaką mamy – rozwijamy ją w pełen mocy sposób. Poza tym próbujemy obchodzić się z rzeczami mądrze, pożytecznie i praktycznie. I wreszcie dochodzimy do joginów. Jogini nie są właściwie związani zewnętrznymi ślubowaniami. Również wewnętrzne poziomy mają w ich przypadku drugorzędne znaczenie. Ważną cechą jogina jest to, że stale doświadcza on pełni, mocy i intensywności życia. Pozostaje stale na poziomie, na którym przeżywa się rzeczy jako świeże, nowe, pełne mocy i możliwości – widzi się po prostu zjawiska z poziomu czystości.

Jeśli chcielibyśmy wyrazić to w popularny sposób, moglibyśmy powiedzieć, że mnich łamie swoje ślubowania, kiedy nagle okaże się, że założył rodzinę. Wówczas można zapomnieć o zewnętrznych rzeczach, które obiecał. Człowiek świecki łamie swoje ślubowania, jeśli przestanie być pożyteczny dla innych i samego siebie a zacznie przynosić im cierpienie i sprawiać trudności. Jeśli nie potrafi dojść do ładu z życiem, nie jest już więcej lokomotywą dla społeczeństwa i świata. Wówczas podobny jest bardziej do wagonu, który trzeba ciągnąć. Jogin natomiast łamie swoje ślubowania, gdy spuszcza nos na kwintę, kiedy traci dobry humor, świeżość i psychiczny nadmiar, gdy opuszcza go spontaniczna radość i moc. Wówczas traci grunt pod nogami i przestaje właściwie funkcjonować.

Gdy przyjrzeliśmy się już ogólnym zarysom owych poziomów, powinniśmy również zrozumieć, że wszystko jest tu wzajemnie ze sobą powiązane. Jeśli ciągle od nowa mamy trudności z zewnętrznym światem, jeżeli nieustannie sprawiamy innym coraz to nowe cierpienia, wówczas możemy zapomnieć o mądrości i postawie bodhisattwy. Dlaczego? Ponieważ wtedy nigdy nie osiągniemy spokoju. Nagle okazuje się, że wszyscy biegają za nami z widłami i chcą nas powiesić na najbliższej suchej gałęzi lub też bez przerwy mamy do czynienia z policją, a przedstawiciele banku codziennie stukają do drzwi. Jeśli to, co zewnętrzne, nie funkcjonuje, również rzeczy wewnętrzne nie są wiele warte.

W ten sam sposób, jeżeli mamy kłopoty z poziomem wewnętrznym, to znaczy, jeśli brakuje nam współczucia i mądrości, możemy się pożegnać z czystym widzeniem. Gdy brakuje nam współczucia, myślimy tylko o sobie. Wówczas jednak nawet największa i najmądrzejsza rzecz, którą się mówi, jest pozbawiona mocy, rachityczna i mała, ponieważ jej punkt odniesienia stanowi tylko jedna istota, sytuacja, rodzina czy też grupa społeczna. Przypomina to trójkąt stojący na jednym z wierzchołków; niewiele może on na sobie utrzymać. Jeśli jednak myślimy o innych, wówczas wszystko, o czym myślimy, co mówimy i czynimy, automatycznie staje się olbrzymie, potężne i pełne znaczenia. Bez mądrości wreszcie również nie posuniemy się naprzód. Jakiego więc jej rodzaju potrzebujemy? Chodzi tu o odświeżającą, drogocenną mądrość troszczącą się o to, by rzeczy nie stawały się w naszym życiu zbyt osobiste, ciasne i lepkie, a więc o mądrość przeżywania pustości zjawisk. Wie ona, że ani my sami, ani ci, z którymi mamy do czynienia, czy też rzeczy, które robimy nie są czymś szczególnym lub oddzielonym od siebie, lecz stanowią aspekty tej samej całości, oraz że żadne „ja” naprawdę nie istnieje – ani w ciele, ani w myślach czy uczuciach. Mądrość owa dostrzega, że nie istnieje żadne „ty” lub jakakolwiek sytuacja jako coś trwałego, niezmiennego, lecz że wszystko jest uwarunkowane, wyłania się z pustej, otwartej przestrzeni, swobodnie się w niej rozgrywa i z powrotem się w niej rozpuszcza. W ten sposób zjawiska są nietrwałe. Wgląd ten jest czymś bardzo ważnym. Ponieważ dopiero wówczas, gdy rzeczy przestaną być lepkie, kiedy nie będą już zbyt personalne, będzie mogła w pełni się otworzyć i rozkwitnąć cała moc praktyki jogina – jej intuicyjna, spontaniczna i promieniująca radość.

Te trzy rzeczy budują jedne na drugich, jednak główny nacisk można położyć na jedną z nich. Jeśli próbuje się praktykować, będzie się automatycznie przypisywać temu lub innemu punktowi największe znaczenie. Jeżeli ma się wiele trudności, jest się zainteresowanym przede wszystkim rzeczami zewnętrznymi. Widzi się, jak dalece jest się zablokowanym swymi własnymi problemami i próbuje się, tak skutecznie jak to tylko możliwe, oddalić je od siebie. Jeśli nie lgniemy już do problemów i nasza energia nie jest już w pełni przez nie pochłaniana, współczucie i mądrość pojawią się same z siebie. Nagle okaże się, że oto posiadamy psychologiczny nadmiar pozwalający nam myśleć o innych, coś dla nich robić i przynosić im pożytek. Kiedy odkryjemy w sobie ów nadmiar, nasz umysł stanie się tak bogaty, że nagle samo z siebie, od wewnątrz, powstanie w nas zaufanie, że nawet najdalszy skok jest możliwy: zrozumiemy, iż może rzeczywiście wszyscy posiadamy naturę Buddy. Nagle stanie się dla nas jasne, że możemy pracować z umysłem i osiągnąć trwałe, absolutne rezultaty. Wszystkie te rzeczy funkcjonują razem i tworzą pewną całość.

Istnieje punkt, w którym owe trzy drogi stają się jedną – jest nim praktyka Mahamudry. Stosując ją spontanicznie i bez wysiłku oraz z motywacją współczucia i mądrości, widzimy dokładnie, jakimi rzeczy są; nie jesteśmy też jednocześnie ograniczani przez lgnięcie do samego postrzegania. Jeśli spoczywamy w tym, co jest, i nie jesteśmy zależni od tego, czego doświadczamy, wówczas wszystko w tym samym momencie wyzwala się samo przez się.
Każde położenie przeżywamy wtedy z poziomu pojawiającej się równocześnie mądrości. W tej samej chwili, w której pojawia się sytuacja, ukazuje się również jej rozwiązanie. W każdym momencie, gdy coś się otwiera, wie się dokładnie, co i jak należy zrobić, zna się dokładnie całe położenie – w pełni się je rozumie. Wszystko, co się dzieje, stanowi w ten sposób proces odkrywania, w którym stale doświadcza się czegoś nowego. To jest nasz prawdziwy cel, to właśnie chcemy osiągnąć – najwyższy poziom, jaki w ogóle istnieje.

Jeśli potrafimy postrzegać wszystko z poziomu czystości, jesteśmy w stanie zobaczyć również w nas coś czystego i pięknego oraz potrafimy doświadczać siebie samych jako potencjalnych buddów. Możemy także dostrzec u innych mądrość, przeżyć ich współczucie, moc, radość i znaczenie. Doświadczamy, czym są i co wyrażają. Jeżeli jesteśmy do tego zdolni, wszystko wzrasta tak, jak powinno. Wtedy w naturalny sposób inne osiągnięcia pojawią się same z siebie. Jeśli odczuwamy mocno życzenie wszystkich istot osiągnięcia szczęścia i uwolnienia się od cierpienia, nie możemy po prostu uniknąć czynienia dla nich, w pełen mądrości i miłości sposób, najlepszych rzeczy, na jakie nas stać. Jednocześnie niemożliwe jest wykonywanie pozbawionych znaczenia i przynoszących kłopoty działań – nie ma o tym mowy. W ten sposób jesteśmy w stanie utrzymywać najwyższy poziom, umocnić go swoją własną siłą i nieustannie na nim budować. Wówczas wszystko inne staje się po prostu podarunkiem. O to właśnie chodzi. Jak się wówczas żyje? W przypadku mnicha tym na co zwraca się szczególną uwagę, są rzeczy zewnętrzne, których się nie robi, oraz rozwijanie koncentracji. Dla człowieka świeckiego ważne jest, by właściwie funkcjonował i żeby wszystko toczyło się tak jak, powinno, by był pożyteczny dla innych i dla samego siebie. O co jednak chodzi w przypadku jogina? W rzeczywistości chodzi tu o wewnętrzne nastawienie, o to, co utrzymujemy w umyśle w czasie dnia. Jeśli jesteśmy w stanie widzieć rzeczy z poziomu czystości, nie będzie końca temu, co będziemy w stanie zrobić.

Kiedy budzimy się rano, co najpierw robimy? Kończymy naszą medytację snu, którą rozpoczęliśmy wieczorem, podejmujemy decyzję, iż będziemy świadomi swoich snów i utrzymujemy doświadczenie śnienia żywym we wszystkim, co się wydarza. Wstając, nie czynimy wyraźnego podziału między tym, co minęło, i tym, co teraz nastąpi. Nie mówimy: „To było tyle to a tyle snu, śniłem o tym i owym, a teraz znowu wszystko jest kwadratowe i ciasne”, lecz trzymujemy uczucie otwartości, nierzeczywistości i pełni możliwości. Doświadczamy wszystkiego tak intensywnie, jak to tylko możliwe, i cieszymy się wszystkim: ostatnim objęciem dziewczyny, wstawaniem i wszystkimi przeżyciami, które temu
towarzyszą. Niezależnie od tego, co to jest i co robimy w czasie wstawania: pozostawiamy żywym poziom radości, świeżości i fascynacji. Kiedy wchodzimy pod prysznic, jesteśmy świadomi tego, że zmywamy z siebie wszystko, co negatywne, że stajemy się w ten sposób oczyszczeni i przejrzyści. Możemy wówczas powtarzać mantry oczyszczające Diamentowego Umysłu; pod prysznicem jest to bardzo dobre. Kiedy idziemy do toalety, dzieje się dokładnie to samo. Czujemy światło padające z góry i wypychające ku dołowi i na zewnątrz wszystko, co szkodliwe. Kiedy następnie wychodzimy, jesteśmy całkowicie uwolnieni i oczyszczeni. Przy śniadaniu możemy wizualizować lamę lub Buddę. Tybetańczycy utrzymują go w czasie jedzenia najczęściej w sercu lub w gardle. My, ludzie Zachodu, myślimy jednak trochę inaczej. Tybetańskie matki żują zwykle najpierw jedzenie, a potem wtłaczają je do ust dzieciom, dlatego podobny sposób medytacji nikomu tam chyba bardzo nie przeszkadza.

Każdy musi sam zdecydować, opierając się na swoich odczuciach i zapleczu kulturowym, czy ofiarowanie lamie czegoś przeżutego jest czymś naturalnym, czy też nie. Jeśli możemy to zrobić, wówczas ofiarowujemy lamie cały strumień pożywienia i wszystko, co w nim dobre: siłę, witaminy, proteiny itd. Jednocześnie myślimy o wszystkich istotach, które niczego nie dostają, o duchach, które być może są obecne w przestrzeni, o wszystkich możliwych świadomościach pogrążonych w stanach skrajnego przywiązania, które nie posiadają co prawda stałego ciała, jednak doświadczają tego, że istnieją rzeczywiście. Możemy sobie wyobrażać, że teraz otrzymują one coś do jedzenia. Kiedy następnie wychodzimy z mieszkania, możemy zrobić to na dwa sposoby.

Są ludzie, którzy rano robią wszystko w ostatniej chwili, inni organizują sobie na to trochę więcej czasu. Niezależnie od tego, jak to robimy: czy wskakujemy do samochodu napięci jak stalowa sprężyna i zostawiamy za sobą zapach przypalonej gumy opon, pędząc w dół ulicy, czy też wychodzimy statecznie i wszystko sprawdzamy z lekkiego dystansu: najważniejsze jest to, byśmy byli w pełni świadomi tego, co robimy. Przeżywamy to i jesteśmy w pełni obecni w tym, co się dzieje. Odczuwamy swoje ciało i to, jak poruszają się mięśnie. Jesteśmy świadomi pierwszego zapachu dnia. Widzimy, co robią inni. Odczuwamy wszystko panoramicznie i szeroko. Nawet jeśli nie obserwujemy czegoś umyślnie, powstaje w nas uczucie wchłaniania wrażeń całym ciałem, odbierania ich wszystkimi zmysłami; otrzymujemy pełną informację. Kiedy siedzimy już w jadącym samochodzie, wyobrażamy sobie tłoki poruszające się w dół i w górę. Widzimy iskry zapłonu, czujemy moc silnika, gdy przekręcamy kluczyk w stacyjce i ruszamy. Myślimy o tym, że nie powinniśmy jechać zbyt szybko, dopóki motor jest jeszcze zimny. Przeżywamy moment współczucia i otwartości dla swojego samochodu i myślimy: „Teraz troszczę się o tę rzecz i dbam o to, by właściwie pracowała. Czyni ona tak wiele dla mnie, teraz ja zrobię coś dla niej.” Kiedy silnik się już rozgrzeje i zaczynamy dodawać gazu, czujemy jego pełną moc. Cieszymy się ze zdolności inżyniera, który zbudował tak dobrą autostradę, a także z tego, iż tak wielu ludziom udaje się utrzymać owe skomplikowane pudełka prosto na szosie. Przeżywa się to rzeczywiście jako pewien rodzaj mądrości, jako coś ciekawego, coś, co w jakiś sposób jest interesujące. Zimą, gdy długo jest ciemno, wchłaniamy w siebie głębokie barwy i światła neonów.

Jeżeli natomiast jest lato i jest jasno, „chwytamy” świadomie kolory nieba i formacje obłoków, ofiarowujemy to wszystko i pragniemy, aby inni również mogli zobaczyć coś równie pięknego. Przeżywamy siebie samych jako boga lub bodhisattwę w jego małej czystej krainie z kierownicą i wszystkimi innymi dodatkami, otoczonego innymi znajdującymi się w podobnych sytuacjach. Doświadczamy tego i widzimy wszystko jako procesy mądrości, jako coś doskonałego. Kiedy parkujemy samochód, myślimy z radością: „Och! Jak to dobrze! Buddowie znowu uważali. Jeszcze raz się udało.” Idąc na górę do biura, cieszymy się wszystkim, co się w nim dzieje. Przyglądamy się ludziom, którzy nas otaczają, i sprawdzamy, kto właśnie dobrze się wykąpał, kto dobrze pachnie. Staramy się następnie przebywać w pobliżu niego, unikamy natomiast tych, których policzki pokrywa trzydniowy zarost. W ten sposób przebywamy w najczystszym i najpiękniejszym otoczeniu, przeżywając co chwila coś przyjemnego.

Jadąc windą, myślimy po drodze jak interesujące są mechanizmy, dzięki którym podróżujemy oto w dół lub w górę, jak ciekawie pracują ciężary równoważące się nawzajem. Jednocześnie utrzymujemy Karmapę w sercu i promieniujemy światłem na wszystkich dookoła. Robienie tego w windzie jest łatwe, w samochodzie jednak nie zawsze jest dobre. Dopiero wtedy, kiedy staniemy się dobrymi joginami, będziemy mogli pozwolić sobie na to, żeby autem kierowało tylko nasze ciało. Do tej pory jednak powinniśmy używać do tego wszystkich zmysłów. W windzie możemy również pozwolić Buddzie opaść do naszego serca. Myślimy, że siedzi on nad naszą głową na czymś podobnym do kawałka drewna, który następnie wyciągamy i wówczas bum! – Budda opada do serca i zaczyna promieniować. Potem wchodzimy do szefa i wyjaśniamy, dlaczego znowu spóźniliśmy się pół godziny. Wysłuchujemy wszystkiego, co ma nam w związku z tym do powiedzenia, cieszymy się, iż posiadł w tak doskonałym stopniu zdolność artykułowania swoich poglądów, rozumiemy, że z pewnością wielokrotnie przedtem to trenował i owoc wszystkich tych ćwiczeń prezentuje teraz z naszego powodu. Jesteśmy tym głęboko poruszeni i wdzięczni za zainteresowanie, które nam poświęca, a także pełni satysfakcji, że najwyraźniej jesteśmy ważną figurą w firmie. Następnie podchodzimy do swojego biurka, wybieramy natychmiast pięć najciekawszych rzeczy do załatwienia w ciągu dnia, a resztę kładziemy szybko na biurku kolegi – kiedy nie patrzy. Potem sprawdzamy, do kogo i kiedy powinniśmy zadzwonić, nastawiamy budzik, żeby przypomniał nam o tym we właściwym czasie, i przystępujemy z radością do pracy. Próbujemy naturalnie robić to jak najlepiej. Jest to naprawdę ważne. Po Japończykach i kilku innych dalekowschodnich rasach wy Niemcy (wykład ten wygłosił Lama Ole w ośrodku w Wuppertalu – przyp. tł.) wiecie o tym chyba najlepiej na całym świecie. Miały na to z pewnością swój wpływ owe wojny co każde dwadzieścia lat, pozwalające nam rozwinąć rzetelność i skuteczność w odbudowywaniu kraju i nadające kierunek w życiu. W rzeczywistości robienie czegoś daje wiele radości. Bycie efektywnym to wspaniała rzecz! Niezależnie od tego, co się robi, warto robić to dobrze. Jeśli nie robi się nic, nie otrzymuje się również żadnych rezultatów. My, Duńczycy, na pytanie „Co właściwie robisz?”, odpowiadamy: „Tak niewiele, jak tylko się da.”

I mogę wam powiedzieć, że z tego powodu będzie nam w przyszłości coraz trudniej uzyskać jakiekolwiek pożyczki, gdyż wiadomość o podobnym nastawieniu szybko się rozchodzi. W rzeczywistości najważniejsze na ścieżce jogina jest robienie dobrze tego, co się robi. Jeśli się kochamy, kochamy się w pełen mocy sposób, jeśli pracujemy, również jesteśmy w tym skuteczni. Robimy to, nie myśląc o niczym innym, nie jesteśmy rozproszeni. Skupiamy się całkowicie na tym, w czym bierzemy udział, i doprowadzamy do końca to, co raz zaczęliśmy. Takie nastawienie jest naprawdę konieczne i ma głębokie znaczenie. Jedyne rzeczy, na które jogin w żadnym wypadku nie może sobie pozwolić, to niedołęstwo, bylejakość, nieprzejrzystość i niepewność. Jest się wówczas jak stary koń, który nie wie, czy ma zrobić krok naprzód, czy do tyłu, zostaje więc tam, gdzie był, i tylko zabiera miejsce. Jogin nie może tego robić. Cokolwiek mamy na celowniku, cokolwiek chcemy zrobić, powinniśmy robić to dobrze, ze świadomością tego, co się dzieje, z pełną energią. Wówczas uzyskamy również właściwe rezultaty. By skutecznie działać, potrzebujemy wytrwałości. Jak można ją w sobie wykształcić? Po prostu będąc wytrwałymi! Wytrwałość ćwiczy się właśnie tak. Pragniemy coś zrobić, ponieważ daje to moc i ponieważ czujemy, iż jest to przyjemne. Wytrwałość natomiast rozwijamy właśnie ćwicząc ją, po prostu będąc wytrwałymi. Nie znam żadnego innego sposobu.

Naszą motywacją w działaniu jest radość. Kiedy myślimy: „Jak wspaniale, znowu mogę zrobić coś sensownego. Zamiast być tylko coraz starszy, będę również coraz mądrzejszy.” Wszystko, co jogiczne, przychodzi najłatwiej dzięki radości. Przynajmniej ja tak to rozumiem i tak tego też nauczam. Nigdy nie pojawiam się, grożąc moralizatorsko palcem, zawsze mówię: więcej mocy, ruszyć do przodu, wziąć to, co się pojawia, docisnąć gaz. Po tym również poznaje się jogina. Ktoś pełen obaw stara się przede wszystkim wszystko zatrzymać i najbardziej chciałby umrzeć, zanim przyjdzie mu cokolwiek zrobić. Jogin najchętniej chwyta tygrysa w pełnym galopie. Jest to naprawdę olbrzymia różnica.
Jogin czuje się najlepiej w zmianach, zwykły człowiek natomiast w uciszaniu wszystkiego i kontrolowaniu. Bycie joginem to chwytanie energii wtedy, kiedy się pojawia, wzmacnianie jej i kierowanie tam, dokąd chcemy. Ciężka praca i bycie joginem w najmniejszym stopniu się nie wykluczają. Jednak próżniactwo, nieróbstwo i ogrzewanie tylko stołka przez cały dzień nie mają z nim zupełnie nic wspólnego. Nie oznacza to, że mamy się zachowywać tak jak Chińczycy w czasach Mao, kiedy często nie było nic do zrobienia. Wówczas połowa ludzi kopała dół, a druga połowa w chwilę później go zasypywała po to, żeby wszyscy mieli zajęcie. Nie o to chodzi. Jeśli nie mamy akurat nic do zrobienia w biurze lub w innym miejscu pracy, możemy z powodzeniem inaczej wykorzystać pożytecznie ów czas. Pomyślcie o tych wszystkich ludziach, którzy ucieszyliby się być może, dostając od was list. Uświadomcie sobie wszystkie dobre rzeczy, które możecie zrobić dla swojego ciała – o wyprostowaniu pleców czy napięciu trochę mięśni. Również na tym poziomie możecie być w pełni świadomi, możecie zrobić coś dobrego dla siebie i innych. Pomyślcie również o tym, że czas, w którym nie ma nic innego do zrobienia, można z powodzeniem wykorzystać na powtarzanie mantr. Możecie ich używać nawet w czasie pracy, jeśli nie wymaga ona zbyt mocnej koncentracji. Możecie wykorzystywać w ten sposób pewien określony poziom waszego umysłu. Również wtedy, gdy nie jesteście akurat bardzo zajęci, możecie na chwilę się rozluźnić, pozwolić, by Karmapa pojawił się w waszym sercu i promieniował światłem na wszystkich wokół.

Próbujcie więc, odpowiednio do swoich zdolności, być świadomi na wielu poziomach. Starajcie się rzeczywiście w pełni wykorzystywać czas, który macie. Jednym z powodów, dla których ja i moi koledzy powtarzamy wszystkim: „Zróbcie nyndro, jeśli możecie”, jest to, że potem wszystko jest łatwe. Wszystko przychodzi samo z siebie i wydarza się tak, jak powinno. W czasie dnia możemy również medytować na objawy zmęczenia. Jeśli kogoś bolą kości w czasie pracy fizycznej lub też jeżeli jesteśmy przemęczeni na skutek intensywnego używania szarych komórek, możemy sobie to uprzytomnić i uczynić z objawów owego zmęczenia obiekt medytacji. Możemy być całkowicie świadomi tego, co się dzieje, kiedy sięgamy po filiżankę kawy lub dwie filiżanki herbaty i najchętniej wyszlibyśmy dokądkolwiek lub po prostu stanęli na głowie w rogu pokoju. Można przeżyć wiele radości, zwodząc zwykłe naturalne procesy które w nas zachodzą. Z drugiej strony bardzo zabawne jest koncentrowanie się na tym, jak stajemy się coraz mniej aktywni i jak opuszczają nas siły. Równie interesująca jest walka z objawami zmęczenia czy senności.
To jest moja własna recepta jogina: kiedy pracujemy, możemy widzieć siebie samych jako silnik, który staramy się jak najefektywniej wykorzystać: zmieniamy biegi odpowiednio do tego, co musimy akurat zrobić. Jesteśmy przez cały czas świadomi tego, iż mamy wiele rzeczy do zrobienia i przechodzimy zgodnie z tym z poziomu na poziom. Znam to ze swojego własnego życia: jeśli głowę mam przejrzystą, jestem wyspany i wypiłem wystarczająco dużo herbaty, najpierw zabieram się za odpisywanie na trudne, osobiste listy – muszę wówczas być w stanie ogarnąć jednocześnie sens jednej lub dwóch stron pełnych znaków zapytania. Kiedy jednak nagle do pokoju wejdzie ktoś, by porozmawiać o swoich problemach, lecz również nie o tych najtrudniejszych, przechodzę od listu do kartek pocztowych. Jednocześnie pewna część mojego umysłu zajmuje się rzeczami, które słyszę, i przygląda się gościowi. Inna natomiast, niebiorąca bezpośredniego udziału w całej sytuacji, koncentruje się na pisaniu łatwych pozdrowień lub czegoś podobnego. Jeśli sytuacja wymaga więcej uważności, przechodzę do pisania adresów, jeśli zaś jest naprawdę dużego kalibru, angażuję się w nią wszystkimi dziesięcioma tysiącami woltów i wchłaniam ją całym sobą. Kiedy po południu wychodzimy z pracy, możemy uczynić znowu kilka dobrych życzeń, żeby wszystkim dobrze się powodziło aż do kolejnego spotkania następnego dnia. Możemy sobie krótko wyobrazić Buddę siedzącego nad ich głowami, który po chwili opada do ich serca i zaczyna promieniować światłem we wszystkich kierunkach. I z błogosławieństwem, które dzięki temu powstało, uruchamiamy samochód i jedziemy do domu. Jeśli natomiast wsiadamy do tramwaju, widzimy wszystkie kobiety jako żeńskich buddów, a mężczyzn jako strażników, heruków lub męskich buddów. Utrzymujemy ten poziom i próbujemy wszędzie dostrzegać to, co ciekawe i piękne. Jeśli siedzi obok nas ktoś o naprawdę pełnych mocy rękach, możemy cieszyć się z olbrzymiej mądrości, jaka w nich tkwi. To samo dotyczy pary pięknych, doskonale uformowanych dziewczęcych nóg – cieszymy się z ukrytej w nich mądrości.

Czegokolwiek byśmy nie widzieli lub nie przeżywali, widzimy to jako czyste, życzymy innym wszystkiego, co najlepsze, i jesteśmy przez cały czas w pełni świadomi tego, co nas otacza. Kiedy natomiast podchodzi do nas starsza kobieta lub starszy mężczyzna, widzimy dojrzałą mądrość, którą w sobie noszą. Patrzymy na ich twarze i wiemy, jak wiele przeżyli. Jednocześnie życzymy im: „Oby rzeczywiście stali się mądrzy dzięki temu, czego doświadczyli!” Jeśli posłuchamy, o czym mówią ludzie dookoła, okaże się być może, że niektórzy z nich rozmawiają o wojnie. Możemy wówczas pomyśleć, że walczyliśmy wtedy, posiadając sześć procent ludności świata przeciwko pozostałym dziewięćdziesięciu czterem procentom i że wytrzymaliśmy to przez pięć lat. Z jednej strony możemy powiedzieć: „Cóż za eksplozja mocy działania!”, z drugiej jednak: „Jakie to głupie, jak bezsensowne, ile cierpienia, jakże straszne!”
Mamy więc obie rzeczy. Jeśli przyjrzymy się niemieckiemu narodowi, dostrzeżemy zdolności organizacyjne oraz pewne podstawowe zaufanie, doświadczymy narodowego charakteru ludzi siedzących dookoła. Co sprawia, że są Niemcami? Co sprawia, że inni są Turkami? Próbujemy sprawdzić, co mają oni ze sobą nawzajem wspólnego, staramy się być świadomi tego, co się wokół nas dzieje. Nie powinniśmy oceniać innych, jednak możemy w pewien sposób starać się zrozumieć, co rozgrywa się na naszych oczach, jak ludzie funkcjonują, jakich radości i cierpień doświadczają oraz jak wygląda świat ich przeżyć. Potem wracamy do domu, gdzie czeka na nas partner lub partnerka. Wówczas będzie chodziło o to, żeby wszystko było świeże, byśmy rzeczywiście potrafili spotkać się z nimi, przeżyć całą pełnię i miłość, których z ich strony doświadczamy. Nie powinniśmy również myśleć sztywno: „Dopiero o dziesiątej, kiedy pójdziemy do łóżka.”

Możemy się sobą nawzajem cieszyć również przed i po jedzeniu, możemy też zadzwonić do paru przyjaciół. Chodzi o to, byśmy nie wchodzili do domu z bagażem sztywnych poglądów i by wszystko nie rozgrywało się według ustalonych szablonów, lecz żebyśmy byli bardzo otwarci w stosunku do naszego partnera i rzeczywiście przeżywali nasze bycie razem jako wielki eksperyment. To, byśmy potrafili naprawdę przeżyć piękno, świeżość i moc innych, jest naprawdę bardzo ważne. Nie powinniśmy myśleć, że musimy odgrywać jakieś przedstawienie, w którym wszystko musi się odbyć w określonym czasie. To od tego zależy, czy sytuacja pozostanie całkowicie świeża i otwarta, i czy odbierzemy wszystkie sygnały partnera.

Od czasu do czasu powinniśmy może pójść wcześniej do łóżka. Możemy również nastawić budzik tak, by obudzić się w środku nocy. Będziemy mogli wówczas usiąść i spędzić godzinę lub pół w głębokiej medytacji, czy też znowu cieszyć się sobą nawzajem. Potem możemy wykonać różne medytacje prowadzące do tego, iż wstając rano, będziemy mogli doświadczać rzeczy świezi i z pełną mocą. I tak mieliśmy wspaniały dzień i doskonałą noc. Wszystko było pełne znaczenia, nic nie pozostało tylko przyzwyczajeniem. Nic nie zaistniało tylko dlatego, że nie stało się nic innego, lecz każda chwila miała sens.W ten sposób jogin może bardzo dobrze żyć swoim życiem, przechodzić od jednego dnia do następnego. Każdy z nich będzie wówczas ciekawy i świeży.

Opracowanie: Tekst pochodzi z DD 11

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Pieśń Mahamudry - 16. Karmapa Rangdziung Rigpi Dordże | Dawać prawdziwe przykłady świętości - 16. Karmapa Rangdziung Rigpi Dordże | Zamiast ciebie są inni - 17. Karmapa Trinley Taje Dordże | Cztery podstawowe prawdy - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Przekazuje nauki dla przyszłych pokoleń Tybetu - Guru Rinpocze | Cztery rodzaje bardo - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Poszukiwania Tilopy przez Narope - Życiorysy mistrzów | Pieśń o rzeczach o które chodzi - Milarepa | Kalama sutra - Budda | Reczungpa - podobny księżycowi uczeń Milarepy | Guru Joga - Ulla i Detlev Göbel we współpracy z Lamą Ole i Caty | Drukpa Kunlej błogosławi obraz | Codziennosc jogina - Lama Ole Nydahl | Poznanie umysłu jest jedynym celem - medytacja w życiu codziennym i na odosobnieniu - Lama Ole Nydahl | Pieśń Mahamudry - Gendyn Rinpocze | Jesteśmy architektami własnego życia - Dzigme Rinpocze | Medytacja w codziennym źyciu - Dzigme Rinpocze | Cieszcie się zjawiskami ale nie pozwalajcie im się schwytać - Lama Ole Nydahl | Cytat - VI Dalajlama | Sny i senne egzystencje - Lama Ole Nydahl | Współczucie może być zaraźliwe - Buddyjska przypowieść | Dakini to żeńska zasada oświecenia | Wybieram bycie szczęśliwą... | Hymn motocyklistów - Manfred Maier |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: