DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 46 -> Jesteśmy nagą świadomością

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Jesteśmy nagą świadomością

Lama Ole Nydahl
_________

Wykład wprowadzający do poła w Kucharach, wygłoszony 10 lipca 2009 roku.

Pozwólcie, że opowiem wam o poła. Gdybyście robili tradycyjne odosobnienie, medytując po osiem godzin dziennie, jak robią to mnisi i mniszki (oczywiście nie medytują wtedy przez cały czas, również studiują, uczą się śpiewać pudże itd), do poła doszlibyście po dwóch latach. Moglibyście teraz zapytać, zwłaszcza ci z was, którzy dziś po raz pierwszy przyjęli Schronienie: „Czyżby Lama Ole był nieodpowiedzialny? Dlaczego daje nam ten przekaz od razu, na początku praktyki?”.


Nie o to tu jednak chodzi – poła to po prostu praktyka, którą można robić bardzo wcześnie. Po pierwsze dlatego, że buddowie sami zapraszają tych, którzy pojawiają się na kursie, a po drugie dlatego, że już macie bilet – urodziliście się i dlatego umrzecie. Wszyscy. Może nawet jutro. Z tego powodu ważne jest, żebyście dostali poła jak najszybciej. To dlatego buddowie podają metody, których można używać w oparciu o oddanie i zaufanie – środki, które można stosować nawet nie posiadając dużego doświadczenia w praktyce. Zanim jednak do tego przejdziemy powiem wam, jak wygląda stopniowa droga do wyzwolenia i oświecenia.

Na początku powinniśmy głęboko uzmysłowić sobie coś, co właściwie jest najzwyczajniejszym zdrowym rozsądkiem – fakt, że w tym życiu znajdujemy się w bardzo szczęśliwej sytuacji. Natrafiliśmy na nauki umożliwiające pełen rozwój ludzkiego potencjału. Nie ma takiej istoty, która nie pragnęłaby szczęścia i nie próbowałaby uniknąć cierpienia. Nam jednak udało się zrozumieć, że jedynie umysł może stać się szczęśliwy – nie nasze samochody, domy, czy też kariery. Byliśmy wystarczająco inteligentni, żeby zacząć szukać trwałej radości tam, gdzie można ją naprawdę znaleźć – w umyśle – a nie tam, gdzie jej nie ma – czyli wszędzie indziej. Wyjaśnia nam to wielki nauczyciel – Budda.
Kolejna rzecz, którą dobrze jest zrozumieć to fakt, że – jak mówią Duńczycy – „toaleta płonie”. Jak już wspomniałem, możemy umrzeć w każdej chwili. Dlatego musimy praktykować już teraz, zwłaszcza jeśli chcemy osiągnąć poziom, z którego będziemy potrafili przynosić pożytek wielu istotom. Nie mamy czasu do stracenia.

Po trzecie widzimy, że chociaż nie zbieramy plonów tego samego dnia, w którym zasialiśmy, zbieramy dokładnie to, co zostało zasiane. Nasza obecna egzystencja jest rezultatem tego, co pomyśleliśmy, powiedzieliśmy i zrobiliśmy; natomiast to, co myślimy, mówimy i robimy teraz, stanie się naszą przyszłością. Wszystko wydarza się tu i teraz – nie jutro i gdzieś indziej. W końcu zrozumiemy, że nie mamy wyboru. Z jednej strony żadnej radości nie da się porównać z funkcjonującym w pełni umysłem, z drugiej zaś jesteśmy bezużyteczni dla innych, dopóki sami cierpimy i mamy osobiste problemy. To wszystko oznacza, że powinniśmy coś zrobić. Być może już zauważyliście, że nie zawsze potrafimy panować nad umysłem tak, jakbyśmy chcieli – zanim dzięki praktyce dharmy nauczymy się świadomie decydować, co chcemy czuć i na czym pragniemy się skoncentrować, minie z pewnością kilka lat. Jeśli jeszcze tego nie potrafimy, powinniśmy uczyć się od kogoś, kto już wie jak to zrobić. Tak samo, jak angielskiego uczymy się od nauczyciela angielskiego, a matematyki od nauczyciela matematyki, powinniśmy szukać wiedzy o umyśle u Buddy, bo to on zna się na tym najlepiej.

Teraz wyjaśnię szerzej Schronienie, ponieważ najważniejsze na świecie są wartości, jakie mamy. Naszym pierwszym Schronieniem jest stan umysłu, który się nie zmienia, którego doświadcza się jako wypływającej z wnętrza błogości, nieustraszoności, radości i aktywnego współczucia. W czasie ważnych eksperymentów w CERN pod Genewą naukowcy udowodnili ostatnio, że przestrzeń jest informacją. Zrozumienie, że przestrzeń między nami nie jest ani czarną dziurą, ani „brakiem”, lecz informacją – że nie oddziela nas od siebie nawzajem, tylko łączy – może nas naprawdę zainspirować do przyjęcia najpierw Schronienia w oświeceniu, w stanie Buddy. Po drugie przyjmujemy Schronienie w naukach, które przekazał; w metodach. Najpierw musimy zrozumieć naturę zjawisk a potem sprawić, żeby to zrozumienie opadło na poziom serca i stało się częścią naszego życia. W przeciwnym razie wszystko pozostanie tylko teorią.

Dwa tysiące czterysta lat temu, w północno-wschodnich Indiach, po wizycie u pewnego kowala, który był kiepskim kucharzem i poczęstował go zepsutym jedzeniem, Budda położył się, żeby umrzeć w swoje osiemdziesiąte urodziny. Powiedział wtedy coś naprawdę ważnego: „Mogę umrzeć szczęśliwy, ponieważ nie zatrzymałem ani jednej nauki w zamkniętej dłoni. Dałem wam wszystko, co może wam przynieść pożytek”. Wtedy niektórzy uczniowie zareagowali trochę jak fundamentaliści: „W co powinniśmy teraz wierzyć, która nauka jest prawdziwa”? – pytali. Budda jednak odparł: „Nie wierzcie w ani jedno moje słowo tylko dlatego, że wypowiedział je Budda – sprawdzajcie wszystko sami”. I na koniec dodał: „Ufajcie swojemu krytycznemu umysłowi, swojej nagiej świadomości”. Dzisiaj te właśnie nauki reprezentują Buddę – otrzymujemy je sami i przekazujemy dalej. Wielu ludzi jednak – nawet jeśli posiadają piękny cel i skuteczną drogę – jest zbyt leniwych, żeby coś zdziałać. Dlatego Budda podkreślał również znaczenie trzeciej rzeczy – przyjaciół na drodze. Miał na myśli ludzi, z którymi praktykujemy, którzy są dla nas przykładem. Udzielił nauk na ten temat w taki sposób, żeby każdy mógł wybrać nastawienie, które najbardziej mu odpowiada.

Dlatego dziś w świecie buddyjskim można wyróżnić trzy główne podejścia – na południu, w Indochinach i na Cejlonie najważniejsze są dla praktykujących zewnętrzne działania – przede wszystkim unika się tam szkodliwych czynów. Dlatego myśląc o sandze, przyjmują oni Schronienie w mnichach i mniszkach. Na północy buddyjskiego świata, czyli w Himalajach aż po Tybet, w Mongolii, Chinach, Japonii, czy na Tajwanie (mówiąc w tym kontekście o Tybecie mam na myśli zwłaszcza linię Gelug), z powodu surowszego klimatu ludzie musieli wspierać się nawzajem, myśleć o zimie, magazynować żywność i tak dalej. Dlatego w tych krajach praktykujący otwierali się przede wszystkim na przykład dawany przez bodhisattwów – nie mnichów, którzy unikali życia, lecz tych, którzy żyli tak, żeby przynosić jak najwięcej praktycznego pożytku innym.

Natomiast w kilku niewielkich szkołach buddyjskich w Chinach i Japonii, a zwłaszcza w trzech starszych szkołach tzw. „czerwonych czapek” w Tybecie, zwanych Ningma, Sakja i Kagyu, przyjmujemy Schronienie w ludziach z powodu ich urzeczywistnienia – dlatego że potrafią utrzymać najwyższy pogląd, dzięki któremu współczucie i mądrość przychodzą naturalnie, a szkodzenie innym po prostu nie wchodzi w grę. W szkołach tych niektórzy zwani są z szacunkiem lamami lub rinpocze, gdyż są dla nas szczególnie użyteczni i pomagają nam szybko się rozwijać. W buddyzmie mamy więc tak zwane Trzy Klejnoty – trzy „rzadkie i drogocenne” źródła schronienia. Budda – stan umysłu – to cel, nauki są drogą, a przyjaciele to nasi przewodnicy i pomocnicy na drodze.

W tych tradycjach bardzo istotny jest jednak również nauczyciel, zwany w sanskrycie „guru”, co oznacza „ciężki, niewzruszony”. Po tybetańsku nauczyciel to „lama” – „najwyższa zasada”. Lama działa na trzy różne sposoby. Ponieważ ma przekaz nieprzerwanej linii wysoko urzeczywistnionych mistrzów, daje nam coś, co można nazwać błogosławieństwem. To pewien rodzaj ciepła i pewności, które nas otwierają – błogosławieństwo sprawia, że czujemy, iż wydarza się coś ważnego, że możemy osiągnąć cel. Lama przekazuje nam też metody medytacyjne, dzięki którym widzimy bezpośrednio, jak w lustrze, własny potencjał – albo poprzez abstrakcyjne zrozumienie, co nazywa się Wielką Pieczęcią, mahamudrą lub czag czien, albo poprzez fazy budowania i rozpuszczania, kiedy to łączymy się z lamami lub buddami. Budujemy ich, rozpuszczamy w światło, stapiamy się z nimi, stajemy się nagą świadomością wolną od jakichkolwiek obiektów, a potem pojawiamy się w Czystej Krainie. Od lamy otrzymujemy więc te trzy rzeczy – błogosławieństwo dające inspirację, metody szybkiego rozwoju i ochronę. W Diamentowej Drodze jest on w rzeczywistości głównym Schronieniem. Oznacza to, iż musi być uczciwy. Jeśli lama jest politycznie poprawny i mówi to, czego ludzie od niego oczekują, a nie to, co wie, wówczas cała ochronna moc, którą zbudował w czasie lat medytacji i dzięki wielu inicjacjom, po prostu wyparowuje.

Jeżeli ktoś mówi i robi coś zupełnie innego, jako lama jest bezużyteczny. Gorzej nawet – swoim zachowaniem może was tak rozczarować i zawstydzić, że dopiero po wielu żywotach rozwiniecie wystarczająco wiele zaufania, by znów wejść na Diamentową Drogę. Dlatego też powinniśmy być bardzo zadowoleni, że nasza linia trzyma się z dala od polityki. Oczywiście, odpowiadamy przed naszymi wolnymi społeczeństwami za wolność kobiet, wolność słowa i tego rodzaju rzeczy. Większość z nas ma prawdopodobnie ukształtowany pogląd na islam – nie chcemy go w naszych społeczeństwach. Ale wszystko, co robimy na tym poziomie, robimy całkowicie prywatnie. W buddyzmie nie ma żadnej polityki. To prywatna przyjemność (śmiech). Przyjmujemy więc Schronienie w Trzech Korzeniach: w lamie – źródle błogosławieństwa, w jidamie lub formie medytacyjnej i w mocy ochronnej. Na poziomie, na którym będziemy pracować z umysłem, to one są najbardziej użyteczne.

Po przyjęciu Schronienia przechodzimy do nyndro. Zapewne widzieliście przyjaciół robiących pokłony. Zawierają one wszystkie praktyki, które dobrze nam robią – na poziomie fizycznym podnoszą na przykład biust pań o kilka cali do góry, a u panów mięsień piwny z brzucha na ramiona. Rozwijają też kilka ważnych właściwości jednoupunktowionego umysłu. Dobrze jest robić pokłony. Kiedy nauczycie się tekstu, będziecie mogli na przykład rano robić 110 lub 120 pokłonów, co trwa jedynie kwadrans – w ten sposób w ciągu trzech lat je skończycie.

Potem przechodzi się do mantr oczyszczających – pracując z nimi wykorzystujemy naszą skłonność do utożsamiania się z ciałem. Medytacja ta jest bardzo zdrowa dla umysłu i dla mowy. Wibracja mowy rozpuszcza negatywne nawyki w ośrodku gardła, a uczucie przepływającego nektaru usuwającego z nas wszystkie pozostałe negatywności pozwala nam zrozumieć, że blokujące nas przyzwyczajenia i wewnętrzne splamienia są jak sny i można je usunąć. Tak samo jak pokłony przekształcają nasze ciało z trudnego pana w przydatnego służącego, mantry oczyszczające zmieniają tendencje mowy i umysłu. Kiedy już usuniemy wszystkie te negatywności, budujemy w umyśle czyste wszechświaty i podarowujemy je, budujemy je i znowu ofiarowujemy, co bardzo wzbogaca nas wewnętrznie. Wreszcie na końcu otwieramy się na nauczyciela i kierujemy do niego bezpośrednio wiele głębokich życzeń – można powiedzieć, że dołączamy do linii. Po skończeniu nyndro mamy przed sobą trzy drogi – drogę medytacji na naturę świadomości umysłu, na jego zdolność do wiedzy i rozumienia; medytację na naturę energii umysłu, czyli jego zdolność do działania, co właśnie robimy praktykując poła; i w końcu naszą główną drogę identyfikacji, na której zachowujemy się jak buddowie, dopóki się nimi nie staniemy. Tyle razy zakładamy piękną maskę buddy, że pewnego dnia, nie mogąc jej już zdjąć, zrozumiemy, że zawsze była naszą twarzą.

Potem przychodzi kolej na różne inne praktyki. Jak już wspomniałem, poła należy do ścieżki pracy z energią umysłu. Około tysiąca lat temu muzułmanie zniszczyli wysoko rozwiniętą buddyjską kulturę Północnych Indii, gdyż nasi ludzie byli tak nieodpowiedzialni, że nie wystawili silnej armii, która potrafiłaby ochronić ich kraje. W rezultacie trzy inwazje islamu zniszczyły wszystko – olbrzymie uniwersytety, miejsca medytacji, klasztory. Miliony ludzi straciły życie. W tym czasie Marpa Tłumacz dotarł z Tybetu przez Himalaje do Północnych Indii i znalazł dwóch głównych nauczycieli. Jeden z nich nazywał się Maitripa i dał mu nauki o umyśle jako o świetlistej świadomości – drogę bezforemną. Dzięki tej metodzie umysł może rozpoznać swą własną naturę bezpośrednio.

Naropa, który był właściwie głównym nauczycielem Marpy, także znał nauki Wielkiej Pieczęci, ale nie przekazywał ich w tak uporządkowany sposób jak Maitripa. Od Naropy Marpa otrzymał sześć nauk – tak naprawdę ocalił je, zabierając do do Tybetu. Jedna z nich nazywa się tummo. Wykonujący tę praktykę ludzie potrafią siedzieć nago na śniegu i topić go wokół siebie, są w stanie przetrwać w bardzo zimnym klimacie, nosząc tylko cienkie bawełniane ubranie itd. Następna metoda to ciało iluzoryczne – stosując ją nie rozróżniamy pomiędzy przestrzenią wewnątrz i na zewnątrz, dzięki czemu wszystko staje się naturalnie wyzwalające. Trzecia nauka to „milam” – powoduje ona, że możemy utrzymać świadomość podczas snu. Kolejna to przejrzyste światło, „osel” – w rezultacie tej medytacji można rozpoznać umysł jako przejrzyste światło. Do sześciu nauk Naropy należy też „bardo” – dzięki tej metodzie zachowuje się świadomość w czasie przechodzenia przez doświadczenie śmierci, z jednego życia do drugiego. Wreszcie ostatnia – to poła. Powiedziałbym, że jest to najbardziej użyteczna praktyka, ponieważ wszyscy umrzemy. Kolejny krok to medytacje w zjednoczeniu, które są oczywiście bardzo trudne. Nie nauczamy ich nie dlatego, że jesteśmy pruderyjni, ale dlatego, że można je praktykować dopiero po wielu latach. Metody te prowadzą do doświadczenia stanu nierozdzielności przestrzeni i radości. Na tym poziomie przeżywa się wszystko jako pełne radości i znaczenia tylko dlatego, że jest, że się pojawia – moc świadomości umysłu jest wtedy nadzwyczaj radosna i pełna znaczenia, co w końcu staje się całkowitym oświeceniem.

Istnieją różne rodzaje poła, związane z różnymi celami. Najskuteczniejsze i najczęściej w Tybecie używane było to poła, którego będziemy się tutaj uczyć. Nazywane jest ono „poła trzech świadomości”. Medytacja ta używa pewnych symboli i form, które są bardzo skuteczne – obejmuje ona zarówno drogę, którą idziemy, jak też cel – pole energii Buddy Nieograniczonego Światła. Dlaczego jednak w ogóle praktykujemy tę medytację? Chodzi po prostu o to, że procesy zachodzące w umyśle w chwili śmierci są dla nas najlepszą szansę na wyzwolenie lub oświecenie. Na pewno wkrótce w medytacji zaczniecie przeżywać bardzo przyjemne i pełne znaczenia doświadczenia. Ale gdy wrócicie do normalnego świata, wówczas jedząc, pijąc i ogólnie utożsamiając się ponownie coraz silniej ze swym ciałem, powrócicie znów do starych nawyków, upodobań, niechęci i temu podobnych. Natomiast kiedy umrzemy, pozostaniemy w tych wymiarach, do których uda nam się dotrzeć. To jest bardzo ważna szansa.

Żeby pomóc wam to lepiej zrozumieć i odczuć, opowiem wam teraz, co dzieje się za każdym razem, kiedy umieramy i odradzamy się. Przede wszystkim powinniście wiedzieć, że nasz umysł to dwie rzeczy: to, co widzi i to, co jest widziane. To, co widzi, czyli natura umysłu, nie ma ani początku ani końca, ani nie została zrodzona, ani nie może umrzeć. Jest ponadczasowa, istnieje zawsze i wszędzie. Była przed wszystkimi Wielkimi Wybuchami i pozostanie po tym, gdy wszechświat kiedyś zamarznie, lub skondensuje się do pojedynczego punktu, który wybuchnie w kolejny wszechświat. Pewien niemiecki naukowiec porównał ostatnio, bardzo zabawnie, przejście jednego wszechświata w drugi do wywracania rękawiczki na drugą stronę – wszechświat oparty na materii staje się wszechświatem opartym na antymaterii. I tak na przemian. Myślę, że to świetny pomysł!

Tak więc umysł istniał zanim wszystko się wydarzyło i pozostanie wtedy, gdy wszystko się zatrzyma czy wypali. Jest ponadczasową, nagą świadomością. Tym właśnie naprawdę jesteśmy. Ale zauważamy to tylko w czasie kilku chwil w medytacji, gdy doświadczamy nagłego zrozumienia, takiego wewnętrznego „aha”; również jadąc z dużą prędkością motorem na zakręcie, podczas swobodnego opadania przed otwarciem spadochronu albo stapiając się z partnerem w miłości. Gdy przedmiot, podmiot i działanie stają się niepodzielną, nagą świadomością, doświadczamy swojej prawdziwej natury – tego co istnieje zawsze i wszędzie. Jeśli jednak nie medytowaliśmy przez wiele lat, doświadczamy przede wszystkim czegoś innego. Nie widzimy zwierciadła, lecz tylko obrazy na jego powierzchni, które przychodzą i odchodzą. Nie jesteśmy świadomi głębi oceanu, lecz dostrzegamy jedynie fale, które przypływają i odpływają. Nie rozpoznajemy także tego, co istnieje pomiędzy myślami i za nimi – tego, co je zna. Dostrzegamy wyłącznie cały ten disneyland zmieniających się ciągle zjawisk.

Umieranie za każdym razem oferuje nam możliwość urzeczywistnienia, a poła daje szansę wykorzystania tego momentu świadomie, a nawet automatycznie, nawykowo. Dlatego ta praktyka jest tak istotna. Co więc takiego się dzieje, gdy odchodzimy? W ponadczasowym kontinuum, które jest naszym prawdziwym stanem, poruszają się prądy uczuć, wspomnień i myśli, utrzymywane w „całości” poprzez iluzję odrębnego, własnego „ja”. Oczywiście, jeśli je przeanalizujemy, okażą się tylko strumieniem wrażeń, które przychodzą i odchodzą. Ponieważ jednak są z nami już tak długo – od niemającego początku czasu – utożsamiamy się z nimi i myślimy, że są nami. Łatwo jest jednak zobaczyć, że nie mogą być nami, ponieważ ciągle się zmieniają. To, co zwykle nazywamy „ja”, jest albo ciałem, czyli mnóstwem nieustannie się poruszających cząsteczek, albo strumieniem uczuć i myśli, które zmieniają się równie szybko. To, co nazywamy „ja”, to zaledwie pewien przepływ – strumień, pozbawiony w gruncie rzeczy jakiejkolwiek stabilności, trwałych, przedmiotowych cech i tak dalej. Nie znaczy to, że niczemu nie możemy zaufać albo, że nic nie istnieje. Chodzi jedynie o to, że nic nie jest osobiste. Przestrzeń świadomości nie jest zielona w równinnej Europie Środkowej, ani niebieska w Skandynawii, gdzie jest dużo jezior. Jako przestrzeń jest taka sama wszędzie. Jak już powiedziałem, ten ponadosobisty stan rozpoznajemy czasami na krótko w ciągu życia, po czym wracamy do naszego nawykowego świata. Ukazuje się on również w czasie procesu umierania – wtedy łatwiej jest go przeżyć i utrzymać to doświadczenie, ponieważ nasze ciało rozpada się, a wraz z nim znikają nawyki.

Spróbujmy zrozumieć, jak funkcjonuje umysł. Zacznijmy od samego początku – od chwili, w której strumień świadomości istniejący od niemającego początku czasu łączy się z jajem i plemnikiem pary szczęśliwych – miejmy nadzieję – rodziców. Oby nastąpiło to również w przyjemnej, nieprzeludnionej części świata, gdzie istnieje dostęp do wykształcenia i wolność. Po połączeniu się tych trzech – jaja matki, plemnika ojca i świadomości, cały materiał genetyczny uaktywnia się i zaczyna rosnąć ciało, na które składa się w końcu trzydzieści miliardów komórek. Gdy pierwsze z nich zaczynają się dzielić, biała energia (w czasie medytacji tak się ją odczuwa) pochodząca ze spermy ojca porusza się do góry i umiejscawia na szczycie głowy w odległości ośmiu palców od pierwotnej linii włosów. Jednocześnie czerwona energia pochodząca z jaja matki porusza się w dół i lokuje na wysokości czterech palców poniżej pępka, pośrodku ciała. U kobiet odpowiada to punktowi G, a u mężczyzn prostacie.

Buddyzm pracuje właśnie z tą magnetyczną osią w ciele. Inne religie doświadczenia, takie jak hinduizm i taoizm, wyjaśniają to inaczej. Ważne jest, żeby nie mylić ze sobą tych systemów. W taoizmie, by zrównoważyć energie zewnętrzne z wewnętrznymi, wdycha się powietrze z przodu ciała, a wydycha z tyłu – w ten sposób oddech przebiega jakby po elipsie. Hinduiści z kolei pracują z energią nerwów w kręgosłupie, która nosi nazwę „kundalini”. Koncentrują się na dwóch ośrodkach energii umiejscowionych poniżej pępka i dwóch kolejnych znajdujących się w głowie. W buddyzmie pracuje się natomiast z tak zwanym kanałem centralnym – magnetyczną osią w ciele, która nie przechodzi bezpośrednio przez żadne organy, jednak oczywiście na nie wpływa.

W ciągu dnia umysł jest świadomy doświadczeń zmysłowych, przechodząc do fazy głębokiego snu wycofuje się do kanału centralnego, by poruszać się w nim podczas całej fazy śnienia. Kiedy jesteśmy odurzeni na przykład znajdujemy się pod wpływem morfiny – pozostaje zamknięty w tym kanale, dlatego nic wtedy nie czujemy. Ten centralny kanał energii czasem pokrywa się z przebiegiem nerwów, a czasem nie. Ogólnie cały ten system można opisać jako sieć siedemdziesięciu dwóch tysięcy przepływów energetycznych w ciele. Biorą one swój początek w poszczególnych centrach energii, podobnych do „kół ze szprychami”. W ośrodku w głowie mieszczą się 32 „szprychy”, w gardle – 16, 8 wychodzi z ośrodka serca, 64 z pępka i 32 z najniższego ośrodka energii w ciele. Te „szprychy” rozgałęziają się też dalej w kolejne kręgi i kanały energii. Jeśli nie medytujemy, często nie jesteśmy świadomi istnienia tego systemu energetycznego. Jednak gdy zaczynamy praktykować, nabiera on naprawdę potężnej mocy i może nawet oddziaływać na świat zewnętrzny – zmieniać klimat, pogodę, tworzyć tęcze itd. Tak czy inaczej, czasami odczuwamy jego obecność – na przykład gdy w ostatniej chwili udaje nam się uniknąć wypadku i włosy na rękach stają nam dęba. Dochodzi do tego, ponieważ umysł pomyślał po prostu: „Możesz zginąć” i wycofał się do kanału centralnego, a gdy jednak przeżyliśmy, z powrotem wypełnił cały system. Dwa z kanałów energetycznych wychodzących z ośrodka serca biegną na przykład do oczu, dlatego zdarza się, że nawet silnym mężczyznom wilgotnieją oczy, gdy widzą, że inni traktują się nawzajem albo wyjątkowo dobrze, albo wyjątkowo źle. Tak działa nasz system energetyczny – kiedy nasze serce się owiera, oczy zachodzą łzami. Zwykle jednak za życia nie jesteśmy świadomi tych procesów – dopiero w czasie umierania mechanizm działania naszego systemu energetycznego staje się wyraźnie zauważalny.

Można wyróżnić dwa rodzaje śmierci. Pierwszy to bardzo szybka śmierć, tak zwana „śmierć na autostradzie”. Możemy jej doświadczyć, jeśli jedziemy z szybkością 240 kilometrów na godzinę i nagle, mijana ciężarówka zjeżdża na nasz pas jadąc te swoje 80. Powolna śmierć natomiast przychodzi w wyniku chorób takich jak rak. Najłatwiej jest jednak zbadać najbardziej typową śmierć – w każdym razie najbardziej typową dla naszych cywilizowanych społeczeństw – w pewnym momencie zawodzi jeden z naszych głównych organów, trafiamy na intensywną terapię, tam zawodzą kolejne organy i w końcu opuszczamy szpital nogami do przodu. Okazuje się, że nasi zachodni naukowcy i tybetańscy jogini mówią na temat procesu umierania bardzo podobne rzeczy, chociaż wyjaśnienia Tybetańczyków sięgają dalej, ponieważ potrafią oni dzięki medytacji podążać za zmarłym poza śmierć kliniczną.
Jogini powiadają, że umierając najpierw tracimy panowanie nad tym, co solidne w ciele. Tracimy siły i czujemy, że musimy się o coś oprzeć. Z coraz większą trudnością bierzemy przedmioty do rąk, nie możemy ich utrzymać. To znak, że to, co w naszym ciele stałe, powraca do żywiołu ziemi.

Następnie tracimy panowanie nad płynami – cieknie nam z ust i nosa, zasycha w ustach itp. To oznacza, że energia wycofuje się z płynnych składników ciała; inaczej mówiąc, powracają one do żywiołu wody. Tybetańczycy mówią, że umysł się z nich wycofuje. Potem tracimy panowanie nad ciepłotą ciała – zaczynamy stygnąć od kończyn w kierunku centrum. Czujemy, że marzną nam dłonie i stopy – to ciepło naszego ciała powraca do żywiołu ognia.
Wreszcie nasz oddech staje sie płytki i urywany, co oznacza, że powraca do żywiołu powietrza. Wtedy pozostaje z nami już tylko świadomość. To wówczas właśnie inni wokół nas dochodzą do wniosku, że jesteśmy już martwi – po trzech wydechach nie wdychamy już powietrza i myślimy: „Już nie żyję”. Nie jest to jednak takie pewne. Jak wiemy, pewną liczbę osób udało sie przebudzić ze stanu, w którym nie biło już serce i nie dało się zauważyć żadnej aktywności mózgu. Potem ludzie ci, którzy przez krótki czas byli klinicznie martwi, opowiadali co działo się w pokoju w czasie ich „śmierci” – co robili lekarze, jak operowali i o czym rozmawiali. Chodzi o to, że rzeczywista śmierć – oddzielenie się umysłu od ciała – następuje dopiero po 20-30 minutach po ustaniu oddechu. To jest ten punkt „zero”, przejście z jednego życia do drugiego.

W pewnym momencie, jak już wspomniałem, wydychamy powietrze trzykrotnie i za trzecim razem już nie wdychamy go z powrotem. Chociaż wszyscy uważają nas już wtedy za zmarłych, najwyraźniej tak nie jest. Dobrze jest zdawać sobie z tego sprawę, jeśli myślimy o oddaniu organów do przeszczepów, chociaż muszę przyznać, że ciągle jeszcze zastanawiam sie nad tym, co jest w tym kontekście właściwe, a co nie. Tak czy inaczej, wyjaśnienia zawarte w Tybetańskiej Księdze Zmarłych i relacje osób wybudzonych ze stanu śmierci klinicznej wskazują na to, że pomimo ustania zewnętrznego oddechu, w rzeczywistości coś się jeszcze ze „zmarłym” dzieje. Zgodnie z buddyjskimi przekazami, najpierw przejrzyste światło pochodzące ze spermy ojca, które umiejscowione jest za życia na szczycie głowy, zaczyna poruszać się ku dołowi przez środek ciała i po 10-15 minutach dociera do ośrodka serca.
Co się wtedy wydarza? Po pierwsze, widzimy światło. Nie takie ostre jak blask słońca, lecz łagodne, jak blask księżyca. Mamy wówczas wrażenie, że poruszamy się tunelem w stronę coraz jaśniejszego światła. Wielu ludzi opowiadało, że słyszeli wtedy dźwięk „hang”, przesuwający się w dół ciała. Jednocześnie widzimy wiele istot, które znaliśmy za życia – osoby reanimowane z tego stanu rozumiały to tak, że ludzie ci stali tam i czekali na nich. Nie jest to jednak prawda – nasz umysł jest wtedy po prostu bardzo przejrzysty i mamy silne wspomnienia tego rodzaju. Zawsze będziemy oczywiście spotykać tych ludzi, z którymi zbudowaliśmy silne związki. Tak działa karma; tak pracują energie w świecie. Ciągle od nowa, w każdym kolejnym życiu spotykamy się z istotami, które znamy z poprzedniego życia, ale wszyscy się zmieniamy. Spotkamy innych ponownie w takiej emocjonalnej atmosferze, jaką razem miedzy sobą stworzyliśmy w przeszłości, jednak zmieniamy się zarówno my sami, jak też oni.

Gdy dźwięk „hang” przesuwa się w dół ciała, 33 rodzaje gniewu, które znamy z tego życia, przekształcają się w promieniejąca przejrzystość i skupienie. Kiedy to białe światło, rozpuszczające gniew w świadomości wraz z dźwiękiem „hang” i wieloma wspomnieniami, dociera do serca w ciągu dziesięciu, piętnastu minut po ostatnim wydechu, czerwone światło z miejsca poniżej pępka zaczyna poruszać się w górę. Jest to światło pochodzące z jaja naszej matki. Widzimy wtedy niezmiernie piękne czerwone światło, podobne do zachodu słońca. Słyszymy dźwięk „a”, unoszący się w górę ciała i czterdzieści uczuć związanych z pragnieniem przekształca się w stan wielkiej błogości.
Jest to najsilniejsza, najbardziej fantastyczna błogość, jakiej można doświadczyć. Ten ruch w górę trwa również 10-15 minut. Gdy te dwa światła po 20-30 minutach od momentu śmierci, spotykają się w ośrodku serca, znika siedem uczuć pochodzących z głupoty. Doświadczamy wtedy pełnej świadomości, wolnej od jakichkolwiek jej obiektów. Jesteśmy całkowicie świadomi, ale wolni od koncepcji. Budzi się wówczas cały potencjał naszego umysłu, cała jego moc i wszystkie właściwości – to jest nasza natura Buddy. Znika poczucie oddzielenia pomiędzy tym, co zewnętrzne i tym, co wewnętrzne, i możemy osiągnąć oświecenie – stać się buddami. Jeżeli nie byliśmy za życia poprawni politycznie, lecz na tyle uczciwi, żeby mówić to, co wiemy i myślimy, jeśli praktykowaliśmy i staraliśmy się naprawdę pomagać innym, wówczas będziemy mieli rzeczywiście szansę, żeby wykorzystać to doświadczenie. Rozpoznamy ten promieniujący, w pełni świadomy stan jako naszą prawdziwą esencję.

Wielu naszych nauczycieli Kagyu oraz lamów Ningmapy zamanifestowało to osiągnięcie, demonstrując – tak jak Karmapa – niezwykłe zjawiska. Ciało XVI Karmapy pozostawało całkowicie ciepłe przez pięć dni po jego śmierci, potem skurczyło się do rozmiaru ciała dziecka, a podczas kremacji jego serce „wyskoczyło” z płonącej stupy w stronę uczniów. Byliśmy tam wtedy z Lobpynem Tseczu Rinpocze i Hannah. W popiołach znaleziono formy buddów i inne ciekawe rzeczy. Byliśmy tego świadkami. Podobne znaki świadczą o tym, że ktoś umierając naprawdę panował nad swoim umysłem i pozostawał w stanie zwanym „tugdam”. „Tug” oznacza „piękne serce”, a „dam” to „więź” – umysł w czasie śmierci wiąże się z sercem i pozostaje w tym stanie.

Gdy Chińczycy podbili Tybet (Tybet Wschodni w 1951 roku, a Centralny w 1959), Tybetańczycy widząc, co najeźdżcy robią z buddyjskimi relikwiami, spalili wiele z tych „kundugów” – lamów siedzących w medytacji przez setki lat po swej śmierci – żeby komuniści nie mogli ich sprofanować. Jeśli potrafimy utrzymać umysł w sercu i pozostać świadomi, to powstają takie właściwości. Ale jeśli nie potrafimy, to po 20–30 minutach po śmierci, doświadczywszy przejrzystego światła umysłu, tracimy przytomność. Wtedy następuje pierwszy etap stanu bardo, kiedy to według Tybetańskiej Księgi Zmarłych mamy przebłyski energii różnych buddów i możemy wybierać, w stronę jakiego światła chcemy pójść – albo w kierunku silnego światła, które poprowadzi nas w stronę wyzwolenia i oświecenia, albo ku przyjemniejszemu i słabszemu światłu światowemu. Myślę jednak, że mało kto potrafi coś zrobić z tymi przebłyskami. Dlatego też nowa Tybetańska Księga Zmarłych nawet o nich nie wspomina.

Moje własne doświadczenia ze zmarłymi, którzy do mnie przychodzili po śmierci (wyglądali dokładnie tak, jak żywi, z tą tylko różnicą, że byli przezroczyści – tak było z moją matką i innymi osobami), nie pokrywają się w pełni z naukami mówiącymi, że z tego stanu nieświadomości budzimy się po trzech i pół czy czterech dniach po śmierci. Moja matka i inni, którzy do mnie przyszli, pojawiali się zawsze już w 68 godzin po śmierci, czyli dużo wcześniej. Oczywiście, szukam dla tego jakiegoś wytłumaczenia i sądzę, że tybetańskie teksty opisujące śmierć pisane były dla koczowników i chłopów z Tybetu, u których procesy mentalne były co prawda bardzo głębokie, ale powolne, gdyż tak funkcjonował ich świat – przez długie okresy nie doświadczali niczego nowego. Nas natomiast wciąż pobudzają nowe idee, obrazy i doświadczenia. Śpimy na przykład dużo mniej niż ludzie żyjący zgodnie z rytmem przyrody, ponieważ mamy elektryczność. To my decydujemy, kiedy jest dzień, a kiedy noc – włączamy lampę i robimy z nocy dzień. Dlatego też jest zupełnie możliwe, że nasze procesy mentalne po śmierci będą szybsze – tak jak są za życia. Bardzo prawdopodobne jest, że w tym czasie nie ma się „ego”, że nie blokuje nas żadna koncepcja „ja”. Kierują nami jedynie pewne skłonności.

Mogę powiedzieć, że przeżyłem jedną z najpiękniejszych chwil w życiu, gdy moja odważna matka uniosła się w górę, jak nurek pozbywający się balastu i znikła w przestrzeni, w Czystej Krainie, kiedy ją o to poprosiłem. Bardzo mnie to ucieszyło. XVI Karmapa zatroszczył się o mojego ojca, a ja miałem honor zaopiekować się matką. Karmapa wysłał też do Czystej Krainy matkę Hannah. W każdym razie, z szoku śmierci budzimy się po raz pierwszy mniej więcej po trzech i pół dniach, ale nie mamy wtedy wrażenia, że jesteśmy jakimś „ego” lub „ja”. Dryfujemy po prostu tu i tam, doświadczając wszelkiego rodzaju przeżyć. Jest to czas dużego pomieszania, gdyż bez ciała i bez iluzji „ego” umysł jest niezwykle świadomy. Tybetańczycy mówią, że jesteśmy wtedy dziewięć razy inteligentniejsi niż za życia, kiedy mieliśmy ciało. Wyraża się to na przykład w taki sposób, że „słyszymy” myśli innych. Można przeżyć prawdziwe zaskoczenie, gdy dowiadujemy się nagle, co ludzie naprawdę o nas myślą.

Wreszcie, po trzech dniach nieświadomości i tygodniu takiej „intensywnej” świadomości, odkrywamy, że umarliśmy. Przechodzimy przez drzwi i dopiero po chwili zauważamy, że przecież są zamknięte. Stajemy przed lustrem, lecz nie widzimy w nim swojego odbicia. Chodzimy po piasku, ale nie zostawiamy na nim śladów. Wkładamy ręce do wrzątku, ale się nie parzymy. Myślimy wtedy: „Umarłem”. I znów tracimy przytomność. Potem następują dwa tygodnie bardzo ciekawej sytuacji psychologicznej. Przez nasze zwykłe, nawykowe zachowania coraz wyraźniej przebija się nasza podstawowa, podświadoma motywacja. Trzy i pół tygodnia od chwili śmierci podświadome wrażenia biorą górę i wtedy można już właściwie zobaczyć, jaką drogą się pójdzie. Jasne jest, że jeśli żaden lama, który wiele medytował, nie pomoże nam wtedy, albo jeżeli nie dojrzeją nagle karmiczne rezultaty jakichś naszych wcześniejszych dobrych działań, zobaczymy wyraźnie dokąd zmierzamy. Co wtedy widzimy? Istnieje możliwość, że ujrzymy siebie, jak wkraczamy do pięknych pałaców – to oznacza, że odrodzimy się jako bóg.

Istnieją trzy rodzaje tak zwanych stanów boskich. Pierwszy z nich to stan głębokiej abstrakcji – tak zwana sfera bogów bezforemnych. Możemy w niej pozostawać bardzo, bardzo długo – tak długo, że będziemy świadkami powstawania i znikania wszechświatów. Są cztery odmiany tego stanu. Kolejna sfera to siedemnaście poziomów boskich stanów foremnych, w których doświadcza się najróżniejszych rodzajów piękna – pięknej muzyki, literatury, architektury, przyrody i tak dalej. Istnieje również sześć poziomów tak zwanego boskiego obszaru pożądania. Tamtejsi obywatele palą cygara, piją koniak i zabawiają się z tancerkami. Można się tam odrodzić dzięki zrobieniu wielu dobrych rzeczy, czemu zawsze towarzyszyła jednak myśl: „Ja robię coś dla ciebie”. Oczywiście, gdy robimy i mówimy coś z myślą, że jesteśmy częścią całości, to te działania nas wyzwalają, usuwają iluzję „ego” – prowadzą nas do stanów, z których nie ma już upadku. Dopóki jednak podmiot, przedmiot i działanie są trzema różnymi rzeczami, zawsze możemy upaść. Kiedy wyczerpią się rezultaty naszych dobrych działań – pozytywne wrażenia w umyśle – ich miejsce zajmą mniej przyjemne wrażenia, a ponieważ w tej sytuacji nadal wierzymy, że są one prawdziwe, pociągną nas w dół.

Jeśli najsilniejsza jest w naszym umyśle zazdrość, poczujemy się przyciągani do najróżniejszych arsenałów – jako półbogowie wejdziemy do jakiejś sali i wyjdziemy z niej z kałasznikowem albo M16, żeby odbierać innym to, co posiadają. Ten stan zazdrości jest niebezpieczniejszy od boskiego stanu egotyzmu, ponieważ bogom wydaje się, że umierają tylko wtedy, gdy utnie im się głowę, natomiast półbogowie wierzą, że umierają także wówczas, gdy odnieśli poważne rany reszty ciała. Bogowie walczą z góry ku dołowi, a półbogowie z dołu ku górze, mają więc gorszą pozycję. Tak więc, gdy naszym najsilniejszym uczuciem jest zazdrość, ta mentalna tendencja „zagęści się” i przyjmie postać rzeczywistości pełnej walki i konfliktów.

Jeśli kieruje nami przede wszystkim pożądanie, to znów będziemy chcieli mieć ciało i doświadczenia zmysłowe. Poszukamy ludzi uprawiających akurat miłość, którzy będą musieli oddać nam swój spokój na następnych osiemnaście lat i wejdziemy pomiędzy nich. Przenikniemy do ciała ojca albo przez szczyt jego głowy, albo przez usta i razem ze spermą dalej, do ciała matki. Po połączeniu się nasienia, jaja i umysłu przez kolejnych siedem tygodni będziemy nieświadomi. Później pojawią się inne doświadczenia – sen o spacerze po ulicy z matką, kiedy byliśmy dziećmi i wszystko inne. Przejdziemy przez wszystkich dwanaście etapów przedstawionych w tybetańskim wyobrażeniu Koła Życia – całą drogę od śmierci do życia, potem znowu do śmierci i tak dalej. Zatoczymy kolejne, pełne koło.

Życie w ludzkim ciele daje najlepszą szansę rozwoju, ponieważ człowiek posiada wszystkie rodzaje przeszkadzających emocji. Przekształcając te energie w mądrości i pełne znaczenia działania, możemy bardzo szybko osiągnąć oświecenie. Czyste Krainy przynoszą szczęście i doskonale nas edukują, ale szybka droga do oświecenia wiedzie przez ludzkie ciało. Oczywiście najlepiej jest używać tych możliwości na przemian – zrobić poła, dotrzeć do Czystej Krainy, spędzić tam jakiś czas ucząc się naprawdę ważnych rzeczy, a następnie w świecie ludzkim przekazać je innym. A potem znowu pójść do Czystej Krainy i tak na przemian. Tym niemniej, przebywając w Czystej Krainie nie śpieszcie się za bardzo – czegoś się tam nauczcie. Jeśli za życia nie wykorzystaliśmy swego ludzkiego potencjału, jeśli wykonywaliśmy tylko podstawowe, prymitywne i być może negatywne działania – włączając w to alkoholizm czy poprawność polityczną – wpadamy po śmierci w takie pomieszanie, że pragniemy tylko schować się gdzieś w krzakach czy wśród skał. Nie wiemy dokąd iść, ponieważ niczego nie potrafimy zrozumieć. Dzieje się tak, ponieważ zawsze działaliśmy wbrew własnemu zrozumieniu, nieustannie coś udając. Istnieje wtedy spora szansa, że spróbujemy przeniknąć pomiędzy spółkujące zwierzęta i w rezultacie odrodzimy się na czterech łapach i z pięknym futrem. Nie jest to szczególne osiągnięcie.

Możliwe z kolei, że naszym najsilniejszym uczuciem będzie chciwość. Chciwiec nigdy nie jest zadowolony, nie potrafi się rozluźnić, dlatego w tym przypadku będzie nam towarzyszyło nieustanne poczucie braku satysfakcji. Będziemy śnić dziwny sen – że mamy żołądek wielkości miasta, a usta jak ucho igły. Ile byśmy nie zjedli, nigdy się nie nasycimy. Będziemy całkowicie skupieni na rzeczach najbardziej podstawowych – na jedzeniu i piciu – jednak każdy napój i pożywienie będą nas parzyć i sprawiać nam ból. Oczywiście absolutnie najgorszą rzeczą, którą możemy sobie wyrządzić, jest wypełnienie umysłu nienawiścią, gniewem i złą wolą. Jeśli umrzemy w takim stanie, będziemy doświadczać skrajnego gorąca i zimna, często przez długi czas.

Budda przekazał nam tę całą wiedzę po to, żebyśmy mogli jakoś temu zaradzić. Jeśli uda nam się dotrzeć do Czystych Krain – na przykład dzięki praktyce poła – to pojawi się szansa, że już nigdy nie spadniemy do niższych stanów i zawsze będziemy się odradzać z mocą przynoszenia pożytku innym, bycia użytecznym. Oczywiście, przy każdych kolejnych narodzinach zapominamy o swoim osiągnięciu. Nagle znów mamy ciało, a ciało lubi być głaskane, ale nie lubi bicia. Tym sposobem, z powodu posiadania zmysłów znowu rozwijamy swego rodzaju „fałszywe ego”. Jeżeli jednak pracujemy z umysłem, możemy je stopniowo usunąć.

Tak czy inaczej, jeśli byliśmy już w Czystej Krainie, to nawet gdy umrzemy w nieciekawym stanie umysłu (na przykład niektórzy wysocy lamowie zmarli jako kompletni alkoholicy), po odpadnięciu cielesnych ograniczeń powrócimy do tej Czystej Krainy, z której przyszliśmy. Jeśli za bardzo narozrabialiśmy za życia, to może minąć trochę czasu zanim znów się odrodzimy w świecie ludzkim. Dzieje się tak od niemającego początku czasu, w różnych wszechświatach i światach, które są najwyraźniej naszym zbiorowym snem. To, co stałe, wyłania się z naszej dumy – która na czystym poziomie jest mądrością równości; gniew jest źródłem tego, co płynne – a w swej esencji jest mądrością podobną zwierciadłu; przywiązanie i pożądanie produkują gorąco – i są w rzeczywistości mądrością rozróżniającą; z zazdrości – będącej w gruncie rzeczy mądrością doświadczenia – wyłania się ruch; i w końcu – przestrzeń sama w sobie jest dla nas albo niewiedzą (dopóki jesteśmy nieświadomi tego, co się naprawdę wokół nas wydarza), albo potencjałem oświecenia (jeśli jest inaczej). Te światy są prawdopodobnie naszymi zbiorowymi snami, które oglądamy przez okulary, zabarwione w taki czy inny sposób kolorami naszych własnych stanów umysłu.

A oto trzy rodzaje niebezpośrednich rodzajów poła, które praktykujemy za każdym razem, gdy medytujemy. Jeśli zręcznie wykonujecie w medytacji fazę stapiania się z buddami lub z Karmapą – tę część medytacji, kiedy cała forma znika i pozostaje tylko świadomość – to podczas umierania być może uda się wam spocząć w przejrzystym świetle umysłu i stać się buddą. Jeśli będziecie dobrzy w utrzymywaniu poziomu czystości po wyjściu z medytacji – będziecie potrafili zobaczyć buddę w każdej istocie, słyszeć wszystkie dźwięki jako mantrę i odbierać wszelkie, nawet naprawdę dziwaczne myśli jako mądrość – to być może, budząc się po trzech i pół dnia od momentu swej śmierci ujrzycie różne formy buddów, na których medytowaliście, pobiegniecie do nich jak dziecko do matki i w ten sposób traficie do Stanu Radości – do sambogakaji. Jeżeli nawet nie należycie do najlepiej praktykujących, ale macie ogólne zaufanie do nauk i nauczyciela, jeździcie na kursy medytacyjne albo czytacie czasem dobrą książkę o umyśle – kiedy nadejdzie czas kolejnej inkarnacji, wszystko to pomoże wam znaleźć rodziców, którzy dadzą wam możliwość zrobienia czegoś pożytecznego dla innych i odrodzicie się w stanie aktywnego współczucia, Stanie Wypromieniowania – jako nirmanakaja. Wreszcie, mamy też ten rodzaj poła, którego uczymy się tutaj. Kiedy opanujecie już tę medytację, nauczę was jak z jej pomocą pomagać innym – nazywa się to „hakami współczucia”. W sumie jest to pięć rodzajów poła.

Jeśli chodzi o Buddę Nieograniczonego Światła i jego Czystą Krainę, to różne rzeczy, które myślimy, mówimy i robimy, budują określone pola mocy. Niektórym z nich można naprawdę zaufać, inne natomiast są tylko światowe. Ale część z nich rzeczywiście wykracza poza uwarunkowany świat i manifestuje ponadczasowy potencjał umysłu. Buddyzm Diamentowej Drogi funkcjonuje tak, jak mawiają Amerykanie: „To, co widzisz, to dostajesz”. Wyraz twarzy buddów, ich atrybuty – wszystko to wyraża właściwości, które się w was przebudzą, jeśli będziecie na nich medytować: aktywność uspakajającą, pomnażającą, fascynującą lub chroniącą z pełną mocą. Różni buddowie mają różne pola mocy, ale niełatwo jest do nich trafić. Można co prawda nawiązać kontakt z takim polem energii, ale trudno jest tam pozostać. Spośród tych niezliczonych buddów i boddisattwów, którzy tworzą swoje Czyste Krainy, jeden ma dla nas wyjątkowe znaczenie – to Budda Nieograniczonego Światła. Co jest w nim szczególnego? Przez cały ten długi czas, kiedy budował swoje pole mocy – Czystą Krainę Najwyższej Radości – wyrażał silne życzenia, żeby każdy mógł się w niej odrodzić. W innych Czystych Krainach można pozostać tylko wtedy, gdy osiągnęło się już poziom wolności od „ego”. Jednak Nieograniczone Światło bardzo ułatwił nam zadanie: do jego pola mocy można trafić dzięki samej tylko mocy życzeń – jego i naszych.

Gdybyście mieli pewność, że umrzecie przytomni, bez morfiny, alkoholu, silnego przywiązania, pomieszania i innych podobnych przeszkód, moglibyście zażądać zwrotu pieniędzy za ten kurs, ponieważ wystarczy wyrazić świadome życzenie, żeby tam się znaleźć. Nie jest to jednak takie proste, ponieważ możemy zginąć w wypadku lub umrzeć z powodu bolesnej choroby, przesiąknięci morfiną i lekami. Dlatego dobrze jest wykształcić sobie w umyśle swego rodzaju „automatycznego pilota” – właśnie tym będziemy się tutaj zajmować. Ten świadomie zbudowany nawyk przeniesie nas do Czystej Krainy, niezależnie od okoliczności naszej śmierci.

Według dostępnych opisów Czysta Kraina, Dełaczen, jest miejscem bardzo spokojnym. Wielu z was należy do tego gatunku ludzi, którzy uważają, że skoro wypadli z zakrętu to jechali za szybko, jeżeli jednak z niego nie wypadli, to znaczy, że jechali za wolno. Jeżeli macie taki umysł, to powinniście wiedzieć, że z Dełaczen można „przejść” do różnych najbardziej porywających pól mocy innych buddów – tak naprawdę wyrażają oni bowiem wasze własne właściwości, wszystko to, co w was fascynujące i pełne mocy – chociaż być może jeszcze nie przebudzone. Nazwa „Dełaczen” oznacza najwyższą radość; podczas kursu będziemy również używać na określenie tego pola energii słowa „Ogmin”, które oznacza „bez upadku” lub „nie spadnij już z tego poziomu”. Hannah podkreślała zawsze, że w czasie poła ważne jest życzenie, żebyśmy potrafili przynosić pożytek innym oraz uczucie oddania i wdzięczności.

Opracowanie: Asia Niesłuchowska

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

37 działań bodhisattwy - XVII Karmapa Trinlej Taje Dordże | O głębokiej wolności - XVII Karmapa Trinlej Taje Dordże | Nic nie dzieje się bez przyczyny - Mipam Rinpocze | O prawdziwym szczęściu - Lama Gendyn Rinpocze | Moja siłą napędową są przyjaciele - Wywiad z Lamą Ole | Detong - Lama Ole Nydahl | Dwie prawdy - Hannah Nydahl | Jesteśmy nagą świadomością - Lama Ole Nydahl | Cytat - Kalu Rinpocze | Bogactwo umysłu, nietrwałość zjawisk - Karola Schneider-Waldner | Dharma i Biznes | Karma - Świat zewnętrzny i wewnętrzny stanowią dwie strony tej samej monety - Peter Gomez | Cytat - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Stupy w Azji wschodniej i południowej - Ewa Preschern | Powrót do korzeni - Maria Przyjemska | Purba - rozetrzyj wrogów w pył - Mira Starobrzańska | Karmapa w Rosji | Spotkanie XVII Karmapy Taje Dordże z przedstawicielami polskich ośrodków | Karmapa w Gdańsku - List XVI Karmapay o ośrodku w Gdańsku | Francuski łącznik, czyli z Karmapą w Montchardon - Hubert Bramowicz | Dziekuję Wam za to, co robicie - Mira Boboli | Czy buddyzm tybetański może coś dać zachodowi? - Na podstawie: Dharma Dhrishti Journal | Projekt Gompa Praha - Nastia Holečko | Ropki - gdy odosobnienia stają się dla nas twórczym nałogiem... | Łódż - Bez rewolucji, po prostu zgodna przeprowadzka | Malborskie chcieć to móc | Bielsko Biała - czy Reksio ma naturę buddy? |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: