DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 43 -> Miłość jak ocean, czyli cztery niezmierzonośći

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Miłość jak ocean, czyli cztery niezmierzonośći

Wojtek Tracewski
_________

Oby wszystkie istoty osiągnęły szczęście i przyczynę szczęścia,
Oby były oddzielone od cierpienia i przyczyny cierpienia,
Oby nie były oddzielone od prawdziwego szczęścia, w którym nie ma cierpienia,
Oby wszystkie istoty mogły żyć w spokoju, bez przywiązania do bliskich i niechęci wobec innych, w przekonaniu o równości wszystkiego co żyje


Te wersy to tak zwane „Cztery Niezmierzoności” – cztery głębokie życzenia bodhisattwy, które pojawiają się w różnych buddyjskich tekstach medytacyjnych. Wyrażają one cztery rodzaje miłości, które rozwijamy na ścieżce, dla pożytku innych i własnego. Ujmując rzecz w sposób bardziej absolutny, są to cztery kochające właściwości oświecenia, nieoddzielne już tu i teraz od umysłu każdego z nas: kochająca dobroć, współczucie, współradość i równość. Jeśli przyjrzymy się posążkowi lub tance Kochających Oczu (formie medytacyjnej reprezentującej i rozwijającej współczucie), również zobaczymy te cztery moce umysłu. Symbolizują je cztery ręce jidama. Ten podział na różne aspekty został stworzony w buddyzmie jedynie dla lepszego wyjaśnienia i zrozumienia istoty miłości. Różnice pomiędzy nimi są bardzo subtelne, tak naprawdę chodzi tu o tę samą właściwość. Nastawienie przynoszenia pożytku innym jest fundamentem każdej ścieżki rzeczywistego i pełnego ludzkiego rozwoju. Sprawia ono również, że sam rozwój staje się maksymalnie szybki. Jest tak dlatego, że to właśnie nasze ego jest źródłem wszystkich naszych problemów. Im więcej energii, czasu i uwagi poświęcimy dla dobra innych, tym mniej energii, czasu i uwagi będziemy tracić na wspieranie naszego „ja“ i uleganie wszystkim jego przejawom: pomieszaniu, gniewowi, dumie, przywiązaniu, zazdrości, obawom, oczekiwaniom, małostkowości itd. W rezultacie iluzoryczna „osoba”, z którą tak uparcie się identyfikujemy z powodu silnego nawyku z przeszłości i braku zrozumienia prawdziwej natury umysłu, rozwieje się jak „mgła”. Staniemy się wtedy naprawdę wolni i niezależni od wszystkiego, co przychodzi i odchodzi. Jednocześnie będziemy zdolni do cieszenia się w sposób nieskrępowany ulotnymi zjawiskami. Jeden z najbliższych uczniów zadał kiedyś Buddzie pytanie: „Mógłbyś skrócić wszystkie swe nauki do jednego tylko zdania?”. Siakjamuni odparł: „Tak, byłoby to zdanie mówiące o najgłębszej miłości i współczuciu”. Jeśli więc współczucie było dla Buddy tak ważną właściwością, prawdopodobnie jest jeszcze ważniejsze dla nas, gdyż on już osiągnął oświecenie, a my dopiero znajdujemy się na drodze do tego pięknego urzeczywistnienia. Jednocześnie miłość w buddyzmie jest tak istotna nie ze względów sentymentalnych lub literackich, lecz z powodów praktycznych. Właściwie rozumiana, zbliża nas bardzo skutecznie do doświadczenia jedności wszystkich zjawisk. Doświadczenie, to ostatecznie uwalnia umysł od wszelkich splamień i ograniczeń, a nienawiść i gniew najskuteczniej ze wszystkich trucizn umysłu, nas od tego oddalają.

Kochająca dobroć

Kochająca dobroć to silne życzenie, by wszystkie istoty były szczęśliwe. Jeden z zachodnich uczniów zapytał kiedyś Mipama Rinpocze, ojca Karmapy: „Co to jest miłość?”. Rinpocze odparł natychmiast, podając buddyjską definicję miłości: „Miłość to silne życzenie, by każdy był szczęśliwy”. Niektórym obecnym spodobała się prostota i klarowność tej odpowiedzi, inni prawdopodobnie nie byli z niej aż tak zadowoleni. Jesteśmy w końcu ludźmi Zachodu i, jak mówi poeta, nie naukami Buddy „nasiąkaliśmy za młodu”. Zwykle słowo miłość kojarzy się w naszym kręgu kulturowym z czymś więcej, żeby nie powiedzieć z czymś innym. Jeśli miłość to „tylko” życzenie, by wszystkie istoty były szczęśliwe, co wobec tego z przypadkiem Anny Kareniny, co z „Przeminęło z wiatrem”, co z wdziękiem arii odśpiewanej pod balkonem, na którym nikt już nie stoi? Gdzie podziało się nagle znaczenie bogactwa naszego bólu i rozczarowań związanych tak często z kochaniem? Czy buddyzm nie zamierza przypadkiem zubożyć świata naszych przeżyć? Czy swoją chłodną mądrością nie okradnie nas w końcu z intensywności naszych ulubionych wzlotów i upadków. Czy medytując nie utracimy prawdziwego smaku życia? Nie bójmy się. Jogiczny buddyzm jest ścieżką intensywnego cieszenia się zjawiskami. Temu radosnemu procesowi powinny jednak towarzyszyć także mądrość i... poczucie humoru. Chcąc cieszyć się, bez większych strat własnych, bogactwem najróżniejszych życiowych sytuacji i doświadczaniem zjawisk z pełną mocą, musimy głęboko zrozumieć, że wszystko ma naturę snu, nasze ego jest iluzją, a jedynym trwałym szczęściem jest to, które nie ma przyczyny i wyłania się bezpośrednio z doświadczenia natury umysłu. Możemy się tu posłużyć przykładem teatru. W tradycyjnym teatrze aktorzy podskakują dramatycznie na scenie, a widzowie siedzą na widowni i tylko patrzą. Jeśli w życiu zachowujemy się jak aktor na scenie nasze wzloty i upadki mają swój smak. Towarzyszy temu jednak często brak dystansu do emocji, lgniemy do tego, co przyjemne, uciekamy przed tym co przykre itd. Zapominamy, że jesteśmy na scenie, i że za jakiś czas kurtyna opadnie i umrzemy bez trwałych osiągnięć. Jeżeli natomiast po prostu siadamy na widowni życia i odrzucamy zjawiska oraz emocje, które im towarzyszą, to pozbywamy się co prawda dużej ilości cierpienia spowodowanego przywiązaniem, ale płacimy za ów spokój wysoką cenę. Nasze życie traci nagle swój smak i urok.

Na szczęście istnieje rozwiązanie: Teatr Eksperymentalny Diamentowej Drogi. Tutaj widz jest jednocześnie aktorem, a aktor widzem. Grając różne role, wśród przemijających zjawisk, cieszymy się ich pięknem i inspirującą energią. Nie tracimy jednak wyzwalającego dystansu do nich i zrozumienia ich iluzorycznej natury. Nie zapominamy, że przecież jesteśmy również widzami, nie tylko aktorami. Jeśli będziemy jedynie biegali po scenie – jak robi to większość ludzi, wierząc, że to, co się na niej dzieje, dzieje się naprawdę -– rezultatem będzie zmęczenie i coraz to nowe przykrości i rozczarowania. Siedząc jedynie na widowni jako widzowie nie będziemy wystarczająco ludzcy i stracimy wiele z bogactwa życia. Natomiast traktując życie jako spektakl w nowoczesnym teatrze będziemy w stanie cieszyć się rzeczami i miłością w ludzki sposób, nie tracąc jednocześnie czasu i energii – a czasami również twarzy – z powodu emocjonalnych, osobistych dramatów. Nie jest to łatwe, ale nie jest też niemożliwe. W dodatku taki trening, wsparty formalną medytacją, prowadzi do trwałych osiągnięć: wyzwolenia i oświecenia. Problem uwarunkowanej egzystencji polega na tym, że sposób w jaki postrzegamy zjawiska nie jest zwykle zbyt precyzyjny. Bardzo często jesteśmy pewni, że rzeczy są „takie, a nie inne”, ponieważ wydają nam się takie, ponieważ „czujemy”, że takie są. Tymczasem uczucia bardzo szybko się zmieniają. Chociaż dzisiaj czujemy „to”, być może jutro będziemy czuli „coś innego”. Albo jeszcze dzisiaj wieczorem. Przy takim podejściu bardzo łatwo o nieporozumienia. Łatwo w ten sposób rozpocząć wspinaczkę na drzewa pozbawione owoców. Często jesteśmy wtedy przekonani, że skoro niektóre uczucia potrafią nas uczynić szczęśliwymi, automatycznie oznacza to, że wszystkie emocje są pozytywne i prowadzą do szczęścia. Tymczasem wiele z uczuć to po prostu słynne „przeszkadzające uczucia”, i jako takie raczej przeszkadzają nam w osiągnięciu szczęścia. Dlatego znacznie lepiej jest wiedzieć, jakimi zjawiska są naprawdę niż czuć, jakimi są prawdopodobnie. Powinniśmy poznać dobrze buddyjski pogląd, pogłębić go dzięki medytacji, a wreszcie sprawdzić ostatecznie i urzeczywistnić w życiu. Oczywiście, kiedy jesteśmy zakochani, w uniesieniu, które przeżywamy, jest cała masa miłości. Bardzo pragniemy, aby nasza wybranka lub wybraniec byli przeszczęśliwi. Tym niemniej zwykle uważamy, że powinni być szczęśliwi z nami. Kiedy po jakimś czasie nagle okazuje się, że oni mają na ten temat inne zdanie niż my, nie jesteśmy zadowoleni. Prawdopodobnie uczucie, które nazywamy zwykle „miłością”, jest zjawiskiem bardziej złożonym, zbudowanym z większej ilości elementów. Być może w każdym porywie zakochania obecna jest jakaś doza zazdrości czy przywiązania... Tymczasem oba te uczucia nie mają z miłością zupełnie nic wspólnego. Miłość daje, one chcą odebrać, miłość otwiera i uwalnia, one chcą zamknąć i ograniczyć, miłość jest altruistyczna, a one wyraźnie (i kiepsko) pachną egoizmem. Nie chodzi tutaj o to, że powinniśmy przekształcić naszą zdolność do szalonego kochania w umiejętność precyzyjnego analizowania emocji, bo ta pierwsza jest niezgodna z buddyjską poprawnością polityczną, a druga stateczna i godna prawdziwego mędrca, jogina bez skazy. Chodzi o to, że im mniej będzie w naszym kochaniu najróżniejszych niepotrzebnych domieszek, tym więcej będzie w nim miejsca na... prawdziwą miłość. Na silne życzenie, by ten kogo kochamy, stał się naprawdę szczęśliwy. Bycie zakochanym jest wspaniałe i uskrzydlające. Sprawia, że jesteśmy pełni radości, zainspirowani, możemy „przenosić góry“. Potrafimy wtedy bez większych problemów utrzymywać słynny buddyjski czysty pogląd. W stanie miłosnego uniesienia nawet sąsiadka słuchająca w moherowym berecie Radia Maryja albo natrętny wąsacz psujący swym mundurem krajobraz przy szosie i nieelegancko celujący w nasz samochód z suszarki do włosów, wydają nam się doskonałymi istotami. Są interesujący i wyjątkowi. Dzieje się tak z powodu uczucia nadmiaru, pochodzącego z miłości i szczęścia. Miłość jest piękna. Nie są natomiast niczym pięknym niepotrzebne, neurotyczne domieszki, które próbują nas czasami przekonać, że są od niej nieoddzielne lub nawet, że są nią samą. W definicji kochającej dobroci ważne jest sformułowanie „wszystkie istoty”. Rozwijając tę właściwość umysłu dobrze jest patrzeć na świat i jego mieszkańców z lotu ptaka. Rozumieć, że ludzie naprawdę popełniają błędy i szkodzą innym wyłącznie z powodu niewiedzy. Powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, iż osoby nieszczęśliwe są zwykle trudne, a trudne są nieszczęśliwe. Jednocześnie szczęśliwi ludzie są łatwi i przyjemni w kontakcie, a sympatyczni i mili są zwykle szczęśliwi. Te rzeczy zawsze są ze sobą powiązane w ten sam sposób. Inaczej mówiąc, jeśli chcemy żyć w otoczeniu przyjemnych ludzi, powinniśmy walczyć z ich nieszczęściem, a nie z nimi samymi. Z jednej strony trudno jest to zrozumieć i jeszcze trudniej zastosować, z drugiej jednak sukcesy na tym polu będą bardzo skutecznie pogłębiały nasze zrozumienie i pomnażały zasługę. Na bezpośrednim, życiowym poziomie sprawią, że będziemy coraz bardziej wolni i kochani przez innych. Podążanie niewzruszenie ścieżką bodhisattwy to zawsze dobry interes, na każdym poziomie. Nie możemy w tym procesie niczego stracić, ponieważ nasza natura buddy i jej bogactwo są niezniszczalne. Stracić może tylko nasze „ja”, a akurat ono powinno tracić jak najwięcej i jak najczęściej. Czasami zdarza się, że nasi ukochani w pewnym momencie odchodzą w siną dal, zwykle z kimś innym. Wtedy często na solidnym i niewzruszonym gmachu naszej miłującej dobroci pojawia się wyraźna rysa, mogąca nawet doprowadzić do zawalenia się całej chałupy. Późniejsza odbudowa zniszczeń trwa dosyć długo i jest kosztowna, dlatego zdecydowanie warto unikać podobnych niezręczności. Jeśli łapiemy się na myśli: „Oczywiście pragnę, aby wszystkie istoty były szczęśliwe, ale najzwyczajniej i po ludzku nie chcę, by szczęśliwy był cienki bolek, który opętał moją jedyną”, powinniśmy zareagować w sposób... kochający. Zrozumieć, że każdy po prostu chce być szczęśliwy.

Dobrze jest też uświadomić sobie od czasu do czasu, że to troska o szczęście innych jest prawdziwym sensem naszego życia. Jeśli potrafimy nawet w trudnych sytuacjach trzymać się niewzruszenie buddyjskiego poglądu w tej materii i wprowadzać go w życie, w końcu każda sytuacja stanie się dla nas naprawdę kolejnym krokiem na ścieżce do oświecenia. Jak mówi król Leonidas w pięknym, buddyjskim filmie „300”: „Kagyus don’t retreat, Kagyus don’t surrender”:) I jeszcze jedna, naprawdę ważna rzecz. Wers opisujący kochającą dobroć mówi o „szczęściu i przyczynie szczęścia”. Oczywiście ważny jest każdy rodzaj szczęścia. Tym niemniej szczęście oparte na przemijających przyczynach znika zwykle wraz z nimi. Każda radość, która powstała w wyniku czyjejś obecności w naszym życiu, naszej młodości, zdrowia itd, rozwieje się wraz z nadejściem czyjejś nieobecności w naszym życiu, starości i choroby. Dlatego, jako inteligentni i świadomi bodhisattwowie, życzymy wszystkim istotom nie tylko przyczyn przemijającego szczęścia i ich słodkich owoców lecz także, a raczej przede wszystkim, odnalezienia źródła trwałego szczęścia, czyli urzeczywistnienia natury umysłu. Krótko mówiąc pragniemy, aby wszyscy byli szczęśliwi pod każdym względem, na każdym poziomie, zawsze i wszędzie.:)

Współczucie

Współczucie to silne życzenie, by nikt nie był nieszczęśliwy. Oczywiście na temat współczucia istnieje w buddyzmie olbrzymia ilość nauk. Istnieje też wiele sposobów definiowania tej właściwości umysłu. Niektóre wyjaśnienia Diamentowej Drogi mówią, że prawdziwe współczucie to bezpośrednie, pomocne działanie. Lama Ole wspomina często o „aktywnym współczuciu”, czyli praktycznym działaniu dla pożytku innych. Jest to bardzo prawdziwe i logiczne. Jeśli potraktujemy poważnie tezę, że inni są ważniejsi niż my (a są tacy na pewno, choćby dlatego, że jest ich więcej), wówczas powinniśmy być w stanie również na własne współczucie spojrzeć z ich punktu widzenia. Wtedy zobaczymy, że najważniejsze dla nich jest właśnie nasze działanie. Ludzie nie są aż tak bardzo zainteresowani naszymi uczuciami i tym, jak bardzo im współczujemy. W trudnej sytuacji potrzebują od nas konkretów, rzeczywistej aktywności. Owa zdolność do zobaczenia sytuacji oczami innych jest esencją współczucia, właśnie o to tutaj w dużym stopniu chodzi. Jeśli zadamy sobie czasem trud zmiany perspektywy i zaczniemy przyglądać się najróżniejszym życiowym sytuacjom z punktu widzenia innych zobaczymy często... zupełnie inne sytuacje. Takie podejście jest bardzo produktywne. Możemy dzięki niemu być bardziej pomocni, prócz tego nasze ego znowu trafia do narożnika. Zaczynamy też coraz lepiej rozumieć świat, gdyż nie patrzymy nań jedynie pod kątem własnych obaw i oczekiwań. Współczucie bodhisattwy jest naprawdę czymś wszechogarniającym. Kiedyś Lama Ole prowadził kurs poła nad oceanem. Z gompy do pierwszych fal było nie więcej niż 20 metrów. Codziennie rano Ole pływał przez chwilę, potem brał prysznic na plaży i szedł na śniadanie. Prysznic nie był szczególnie czysty, woda ledwo z niego ciekła. W końcu ktoś zapytał Lamę, dlaczego nie bierze prysznica u siebie w pokoju. Odpowiedział, że w pokoju w prysznicu ma mrówki. „Jeżeli bym go użył, zabiłbym je. Nie mam zamiaru zabijać moich mrówek”. Ta sytuacja postrzegana z perspektywy właściciela pokoju jest błaha i nie stanowi wielkiego problemu, bo mrówki są małe. Jednak zobaczona z perspektywy mrówki staje się ważna i zaczyna stanowić duży problem, ponieważ to właściciel pokoju jest ogromny. Spróbujmy to sobie na chwilę wyobrazić: stoimy na dnie wielkiej, przyjemnie suchej doliny z plastiku. Nagle wchodzi olbrzym potężny jak Niagara i wylewa nam na głowę całe morze wody, które w mgnieniu oka zmywa nas do ciemnej, cuchnącej dziury bez nadziei powrotu...

Oczywiście każda przesada jest nieporozumieniem. Dopóki żyjemy, nieustannie zabijamy istoty, czy tego chcemy, czy też nie. Już po 100 kilometrach jazdy samochodem w lecie, jego przednia szyba przypomina motyli i muszy cmentarz, bez pomocy chemii trudno jest poradzić sobie z rosnącą w błyskawicznym tempie populacją karaluchów w kuchni itd. Ale zawsze, kiedy możemy uniknąć zabijania, powinniśmy to zrobić. Jest to dobre dla naszych potencjalnych ofiar i dla naszego umysłu. W polskim słowo „współczucie“ nie staje się na szczęście źródłem nieporozumień, tak jak ma to miejsce w innych językach europejskich. Angielskie „compassion” może się w pierwszej chwili łatwo skojarzyć ze „współcierpieniem” (jedno ze znaczeń angielskiego słowa „passion” to właśnie „męka”, „cierpienie”), a to znaczenie jest całkowicie sprzeczne z buddyjskim rozumieniem współczucia. Nie musimy sami cierpieć, by pomagać tym, którzy mają trudności. Jeśli sami doświadczamy bólu, zwykle nie mamy nadmiaru, by zrobić coś dla innych, a całą energię zużywamy na poprawienie swojej własnej sytuacji. Komuś w pełni sił na pewno łatwiej jest wynieść z pola bitwy rannego niż innemu rannemu. Buddyzm jest praktyczny. Oczywiście, jeśli mieliśmy sami bolesne doświadczenia w życiu, możemy sobie lepiej wyobrazić, co czują ci, którzy je właśnie przeżywają. To z kolei bardzo wzmacnia naszą motywację do pracy dla ich pożytku. Jeśli jednak nasza motywacja jest już i tak wystarczająco silna, dodatkowe przykrości w niczym nam nie pomogą. Zgodnie z buddyjskim podejściem nie mają one w naszym życiu żadnej dziejowej roli do spełnienia. Cierpienie nie uszlachetnia. Mądrze jest się go po prostu jak najprędzej pozbyć. Jak mówią wielcy mistrzowie: „Najwyższa prawda jest najwyższą radością”. Współczucie nie jest również litością, która tak naprawdę nikomu nie pomaga. Można opisać litość jako następujący sposób myślenia: „Widzisz, ja także, tak jak wszyscy inni sądzę, że nigdy ci się nie uda, biedaku”. To nikogo nie inspiruje do pokonania trudności. Nie daje żadnej szansy tym, którzy jej potrzebują. Takie podejście poniża ludzi. W rzeczywistości wspiera problem, zamiast od niego uwalniać. Istnieje jeszcze jedno nieporozumienie na temat współczucia. Niektórzy ludzie mylą je z sentymentalizmem. Sentymentalizm to miłość bez mądrości. Prowadzi często do dodatkowych kłopotów i na dłuższą metę nie proponuje żadnych rozwiązań. Kiedyś dawno temu, kiedy Lama Ole miał jeszcze czas na rozmowy indywidualne, podeszła do niego w Kucharach pewna kobieta. Powiedziała: „Ole, mam problem. Nie mogę medytować”. „Dlaczego?”, zapytał przytomnie Lama, bo przecież każdy, kto jest zdrowy psychicznie, może medytować. „Bo moja mama nie lubi, jak medytuję”, padła odpowiedź. Ole zadał jej kolejne pytanie, które miało jej pomóc, ale nie pomogło: „Ile masz lat?”. Okazało się, że 35...

Lama nie poddał się po pierwszej porażce i spróbował jej pokazać cała sytuację z dystansu, czyli z prawdziwej perspektywy. Powiedział, że jeśli nie będzie medytować, dwoje ludzi umrze nie osiągnąwszy oświecenia: ona i jej mama, tak czy inaczej. Pozostawił jej wybór: albo 200 procent cierpienia albo tylko 100. Nie pomogło, chociaż to bardzo podstawowa i prosta arytmetyka. Wtedy wyjaśnił jej, że ulegając mamie, w rzeczywistości szkodzi jej, a nie pomaga. Oczywiście w powierzchowny sposób umysł mamy na pewno rozluźniłby się, gdyby miała pewność, że córka nigdy już nie zasiądzie do „grzesznych, krwiożerczych, demonicznych i potwornych pod każdym względem w swym wynaturzeniu“ buddyjskich rytuałów medytacyjnych. Tym niemniej na głębokim poziomie każde negatywne działanie prowadzi prędzej czy później do cierpienia tego, kto je podejmuje, a zamykanie przed kimś drogi rozwoju na pewno nie jest działaniem pozytywnym. Panna nie potrafiła jednak zrozumieć, że ulegając histerii mamy staje się przyczyną jej przyszłego cierpienia. Wreszcie Lama Ole stwierdził: „Spróbuj więc zrozumieć, że to ty jesteś przyszłością i dlatego zainwestuj w swój rozwój”. To jednak również była za trudna nauka...

Prawdziwe współczucie i wszystkie pozostałe aspekty miłości mają wielką moc, ponieważ są prawdą samą w sobie. To właśnie współczucie jest źródłem buddyzmu. Właśnie z jego powodu Budda zaczął poszukiwać drogi prowadzącej poza cierpienie i w końcu doświadczył oświecenia. To ono jest rzeczywistym „napędem” nieraz zupełnie niesamowitej aktywności naszych nauczycieli, a więc również przyczyną wszystkich ich osiągnięć. Włączywszy fakt, że my sami przyjęliśmy schronienie w naturze umysłu i postępujemy ścieżką. Biegamy na wykłady Lamy Ole z wielu powodów: chcemy uzyskać odpowiedzi na ważne pytania, może zwyczajnie spędzić pełen sensu, bogaty intelektualnie wieczór itd. Gdzieś głęboko w umyśle pragniemy, by ktoś nas naprawdę zrozumiał. Po prostu chcemy być kochani. W taki sam sposób, w jaki współczucie nauczycieli przyciąga nas do dharmy, nasze własne współczucie -– kiedy już rzeczywiście je w pełni rozwiniemy, a nasza zdolność do kochania wykroczy poza poziom osobisty – będzie przyciągało i inspirowało do praktyki innych. Tych, którzy za 108 lat nie będą już mogli pójść na wykład Lamy Ole. Kiedy zabójcy, nasłani przez jednego z uczniów Buddy, nieostrożnie zbliżyli się do Siakjamuniego i w ten sposób znaleźli się w bezpośrednim polu mocy jego współczucia, zamiast go zamordować, pokłonili się i przyjęli schronienie. Wygląda na to, że po prostu nie mieli innego wyjścia. Kiedy my sami znajdujemy się w pobliżu nauczyciela, w jakiś tajemniczy sposób stajemy się bardziej przyjaźni i mamy więcej zrozumienia dla innych. Wydaje nam się zupełnie oczywiste, że jeśli ludzie są trudni, są tacy nie z tego powodu że są źli, a tylko dlatego, że nie wiedzą co robią lub też (jak już mówiliśmy wcześniej), dlatego że sami są nieszczęśliwi. Nagle w zupełnie naturalny sposób właśnie tak rozumiemy świat, chociaż jeszcze przed chwilą byliśmy pewni, że to właśnie inni odpowiadają za wszystkie nasze problemy. Nie dzieje się tak jedynie z powodu informacji, którą właśnie otrzymaliśmy. Wielokrotnie przecież czytaliśmy już o tym wszystkim w mądrych, buddyjskich książkach. Nasz sposób postrzegania zmienia się wyraźnie dzięki urzeczywistnieniu nauczyciela. Jest on po prostu w stanie podzielić się z nami nie tylko wiedzą o współczuciu, lecz sam jest żywym przykładem urzeczywistnienia tej wiedzy. To z powodu tego przekazu widzimy nagle zjawiska w prawdziwszy sposób. To dlatego jesteśmy bardziej otwarci na innych i czujemy się zainspirowani do pracy dla ich pożytku. Na głębokim poziomie nasz umysł zaczyna wibrować z tą samą wibracją, z którą wibruje od dawna umysł Lamy, z wibracją współczucia.

Współradość

Współradość to cieszenie się szczęściem innych, nawet jeśli bezpośrednio nas ono nie dotyczy. Na początek praktyczny przykład. Kiedyś bardzo dawno temu, po wykładzie w jednym z naszych doskonałych ośrodków, współczujący przyjaciele zabrali mnie do lokalu o dźwięcznej nazwie „Mandarynka” (nawiasem mówiąc to bez wątpienia najlepszy klub w tym wszechświecie). Wkrótce jedna z dam zaczęła tańczyć. Jej taniec z chwili na chwilę stawał się coraz piękniejszy i coraz bardziej inspirujący, podobnie jak ona sama. Po kilku minutach pomyślałem, że to prawdopodobnie ja zaraz zatańczę z nią, być może potem przekształcimy razem ów pionowy taniec na parkiecie w bardziej poziomy w jakimś innym doskonałym miejscu. Krótko mówiąc, doświadczyłem wręcz religijnej wizji spełnienia... Na wszelki wypadek poszedłem do baru, żeby ugasić ów wewnętrzny żar i nie popełnić błędu natarczywości. Wróciwszy zobaczyłem coś strasznego. Pani mego serca nadal tańczyła, ale tańczyła już z mężczyzną. Ze złym mężczyzną. Z mężczyzną, którym nie byłem ja. Nie pomyślałem wtedy: „To wspaniale, że tych dwoje się spotkało i już za godzinę będą tacy szczęśliwi! Tak się cieszę!”. Pomyślałem raczej: „Dobry Buddo, dlaczego mi to robisz?!” Nie było to zbyt dramatyczne doświadczenie, ale na pewno moja reakcja nie była też całkowicie oświecona.

Jeśli przydarza nam się w życiu coś podobnego, możemy wykorzystać to jako doskonałą okazję do pracy z umysłem. Przypomnieć sobie, że szczęście każdej istoty jest równie ważne jak nasze własne, że tak naprawdę szczęście wszystkich istot jest naszym szczęściem. Nie jest to tylko czcza religijna gadanina. Ponieważ nasze ego nie istnieje, nie istnieje również oddzielenie pomiędzy nami a innymi. Słowa „moje”, czy „twoje”, to pojęcia w gruncie rzeczy abstrakcyjne. To nasze nawyki każą nam dzielić świat na „siebie” i „innych”, cieszyć się bardziej własną radością niż szczęściem bliźnich. Szczególnie jeśli to ostatnie ma się wydarzyć tak zwanym „naszym” kosztem. Jeśli spojrzymy na naszych nauczycieli, zobaczymy szczęśliwych ludzi. Szczęśliwych z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że albo są całkowicie oświeceni albo bardzo bliscy tego doświadczenia, a oświecenie jest radością samą w sobie. Istnieją jednak również inne powody. Na pewno jednym z nich jest właśnie współradość. Prawdziwi mistrzowie naprawdę potrafią przeżywać radość każdej istoty, jak swoją własną. Ich spontaniczna i pozbawiona wysiłku reakcja na szczęście każdej istoty jest zawsze taka sama: „To świetnie, bardzo się cieszę!”. Oczywiście my też, już tu i teraz, cieszymy się szczęściem innych. Na pewno tak jest. Prawdopodobnie jednak czasami mamy przerwy. To właśnie one, nawet te najkrótsze, stanowią doskonałe okazje do pogłębiania współradości. Jak mówi Lama Ole:„Prawdziwy rozwój wydarza się poza sferą komfortu”. Wers wyrażający współradość mówi o tym, że życzymy innym „prawdziwego szczęścia, w którym nie ma cierpienia”. Cóż to za szczęście? Wspominaliśmy już o tym przy okazji miłującej dobroci. Chodzi tu o szczęście nieuwarunkowane, będące naturą umysłu samą w sobie. Diamentowa Droga naucza, że umysł w swej najgłębszej esencji jest radością, że jesteśmy tak naprawdę „jednością przestrzeni i radości, której nic nie przewyższa”.

Dlaczego umysł jest radością, a nie na przykład smutkiem? I skąd ta pewność? Z jednej strony widać to na żywym przykładzie urzeczywistnionych nauczycieli. Gdyby naturą umysłu był smutek lub jakiś neutralny stan, ci, którzy w swoim doświadczeniu się do niej zbliżają, musieliby być albo smutniejsi niż inni ludzie albo przynajmniej coraz bardziej obojętni wobec zjawisk. Tak jednak najwyraźniej nie jest. Na całym świecie nie istnieje ani jeden mistrz buddyjski, który byłby smutnym człowiekiem. Mało tego, wszyscy nasi najwyżsi nauczyciele twierdzą uparcie, że najwyższa prawda jest najwyższą radością, a wszystkie zjawiska są pełne znaczenia. Muszą mieć jakiś powód... Istnieje też inny sposób lepszego zrozumienia nauki o radości umysłu. Może nam w tym pomóc odrobina wyobraźni i życiowego doświadczenia. Wyobraźmy sobie, że nagle cudownym sposobem nasz umysł rzeczywiście uwolnił się od wszelkich żałosnych splamień spowodowanych niewiedzą: od pomieszania, przywiązania, zazdrości, gniewu, niechęci, dumy, obaw, koncepcji, osądów, oczekiwań, rozczarowań, egoistycznych motywacji, małostkowości, histerii, lgnięcia... Prawdopodobnie już sama myśl o tym będzie przyjemna, a co dopiero prawdziwe, trwałe doświadczenie. Już tu i teraz, w życiu, przeżywamy przecież chwile, w których z powodu intensywności sytuacji – w czasie kochania się, szybkiej jazdy, czy skoku z jakiejś pięknej i wysokiej skały do morza – cały proces naszego konceptualnego, zwyczajnego myślenia zatrzymuje się i na powierzchnię umysłu wyłania się jego esencja: nieograniczona, nieosobista, całkowicie wolna i szczęśliwa. Chociaż buddyzm nie jest wiarą, używa zaufania. Różni się ono od wiary tym, że jest oparte na własnych doświadczeniach i logicznym myśleniu.

Równość

Równość to zdolność do kochania wszystkich istot. Ważne jest, by zrozumieć, że w powyższej definicji chodzi o poziom wewnętrzny, o poziom umysłu. Równość potraktowana jako drogowskaz życiowy na poziomie fizycznym, mogłaby spowodować skrajne wycieńczenie organizmu i masę dodatkowych kłopotów: emocjonalnych, finansowych, a nawet prawnych. Lama Ole często porównywał równość do słońca, które patrząc na jednego człowieka, nie myśli: „Ciebie lubię, więc ładnie cię opalę”, obserwując innego, postanawia: „Ciebie nie lubię, więc postaram się, żebyś dostał raka skóry”. Słońce jest obiektywne. Nie rozróżniając ogrzewa z taką samą intensywnością wszystkie zjawiska i istoty. Nauki o równości czasami trudno zrozumieć. Są to wskazówki z najwyższej z możliwych półek. Starałem się je kiedyś przez chwilę wyjaśnić na publicznym wykładzie. W pewnej chwili jedna z pań wstała i żywo zaprotestowała: „Dobrze, ale jeśli potraktuję to wszystko poważnie i osiągnę wasze oświecenie i wraz z nim zdolność do kochania wszystkich istot, w tym oceanie absolutnej miłości zniknie przecież moja wyjątkowa i osobista miłość do mojego męża”. Spróbowałem więc jeszcze raz, mówiąc, że nie chodzi o to, że w momencie oświecenia zaczynamy nagle kochać naszego partnera tak mało, jak mało kochaliśmy dawniej innych ludzi, tylko o proces odwrotny, że zaczynamy kochać wszystkich tak samo głęboko i prawdziwie, jak dawniej kochaliśmy naszego partnera. Przyznam, nie udało mi się przekonać tej pani. Być może dlatego, iż do pewnego poziomu rozwoju, nawykowo opieramy nasze zrozumienie zjawisk i samego siebie na podejściu „albo-albo”. Tymczasem w naszym umyśle istnieje wystarczająca ilość przestrzeni dla „zarówno to, jak też tamto”. To oznacza, że w oceanie absolutnej miłości do wszystkich istot, z powodzeniem mieści się bezpieczna zatoka dla naszych szczególnych związków karmicznych. Dla uczuć związanych z konkretnymi ludźmi, z którymi spędzamy życie i jesteśmy tak bardzo szczęśliwi. Podobnie, jak trzy poprzednie wersy, również czwarty, dotyczący równości, zawiera bardzo wiele treści. Oczywiście sformułowanie „bez przywiązania do bliskich i niechęci wobec innych” brzmi podejrzanie. Przecież to zupełnie oczywiste, że należy być przywiązanym do bliskich. Tymczasem prawda jest taka, że powinniśmy naszych bliskich po prostu kochać, że miłość i przywiązanie są od siebie zupełnie różne, jak już wspominaliśmy na początku wykładu. W rzeczywistości podejrzane są podziały i koncepcje. Dzisiejszy przyjaciel, którego wspieramy tak wyraźnie, już jutro może stać się naszym wrogiem, a wróg, którego równie wyraźnie zwalczamy – przyjacielem.

Dlatego znacznie bardziej produktywna od ocen i sztywnych poglądów jest otwartość oparta na zrozumieniu, że wszyscy jesteśmy sobie niezwykle bliscy. Wszyscy płyniemy tym samym Titanikiem, którego los jest przesądzony. Kiedyś z pomocą rodziców i nie całkiem z własnej woli, weszliśmy na jego pokład, który w końcu na pewno usunie nam się spod nóg. Jako współpasażerowie o wyraźnie określonej przyszłości powinniśmy wszyscy w czasie rejsu naprawdę dobrze się nawzajem traktować, zamiast z powodu małostkowości i przeszkadzających uczuć utrudniać sobie na różne sposoby mijający szybko czas podróży. Być może wtedy rzeczywiście uda nam się w ostatniej chwili uratować i naprawdę pomóc w innym – osiągnąć oświecenie dla ich pożytku. Jak już wspominaliśmy, mówiąc o kochającej dobroci, zakochanie się w określonej księżniczce czy księciu jest czymś porywającym i wspaniałym. Daje nam masę inspiracji, dobrej energii i szczęścia. Tym niemniej nie jest być może aż tak absolutne, jak zwykle sądzimy. W ukochanym widzimy zwykle same zalety. Jednak zdarza się czasem, że po 20 latach cudownego małżeństwa, kiedy to niczym spleciona szyjami para łabędzi sunęliśmy razem ku brzegowi niezmąconego szczęścia, nagle się rozwodzimy. I wtedy okazuje się, że osoba z którą się rozstajemy ma wyłącznie same wady. Czy to możliwe, by nasz partner tak bardzo się zmienił, czy też zmieniło się nasze postrzeganie, ponieważ rozwiały się pewne warunki, które zbliżyły nas do siebie? Kochająca dobroć, współczucie, współradość i równość to miłości absolutne i bezwarunkowe. W odróżnieniu od uczuć opartych na warunkach – takich jak uroda naszych najbliższych, ich konto w banku, przyjemny charakter lub związek z przeszłości, który połączył nas w tym życiu – są trwałe i niezmienne, ostatecznie głębokie i pełne mocy. Przebudzenie ich w umyśle może zbliżyć nas do urzeczywistnienia jego prawdziwej, absolutnej natury. Do naszego własnego trwałego szczęścia, którego tak usilnie poszukujemy.

Miłość jest piękna.

Często jesteśmy przekonani, że ponieważ niektóre uczucia potrafią nas uczynić bardzo szczęśliwymi, automatycznie oznacza to, że wszystkie emocje są pozytywne i prowadzą do szczęścia. Im więcej energii, czasu i uwagi poświęcimy Dla dobra innych, tym mniej energii, czasu i uwagi będziemy tracić na wspieranie naszego ja. Jeśli chcemy żyć w otoczeniu przyjemnych ludzi, powinniśmy walczyć z ich nieszczęściem, a nie z nimi samymi.

Opracowanie: Mira Starobrzańska i Olga Ślosarska

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Cieszyć się bogactwem umysłu... - Lama Ole nydahl | Buddyzm na Wschodzie i na Zachodzie - Wywiad z XVII Gjalła Karmapą Taje Dordże | Czy spotkałaś kiedyś dakinie? - Wywiad z Hannah Nydahl | Cytat - Tilopa | Nie wolno wam stać się nudziarzami - Wywiad z Lamą Ole i Caty Hartung | Bodhisattwowie i bodhiczitta - Mipam Rinpocze | Jesteśmy joginami Kagyu - Lama Ole Nydahl | Tara żeńska energia oświecenia - Eduardo Herrera | Cytat - Lama Ole Nydahl | Miłość jak ocean, czyli cztery niezmierzonośći - Wojtek Tracewski | Życie jak kino - Dzongsar Czientse Rinpocze | Jest taki punkt na mapie - Wywiad z Lamą Ole, Caty i Tomkiem | Modlitwa życzeń o długie życie Lamy Ole - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Zasady i kanony sztuki tybetańskiej - Ewa Preschern | Niezniszczalna moc dordże - Mira Starobrzańska | Historia Kagyupów w Ladakhu - Svenja Schmitt | W kręgu buddyjskich kultur Azji Południowo-Wschodniej - Rafał Kowalczyk | Doświadczenie to jest to! - Ralph Bohn | Cytat - Lama Ole Nydahl | Tam, gdzie są nasze marzenia | Powiew świeżości w New Delhi - Kerstin Seifert | Wiadomości | Silver Lake Story - Ania Leszyńska | Kraków o piętro wyżej - Karolina Czerwińska | Ośrodek w Zagórzanach - Załoga Zagórzan | Sydney. Tak blisko, choć tak daleko - Ifka Kloessing | Nasli jsme Trojak [Znaleźliśmy Trojak] - Jarek Orzeł & Trojak Team |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: