DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 42 -> Jak kot z zapalonym ogonem

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Jak kot z zapalonym ogonem

Porucznik Adam Jankiewicz
_________

Wykład z Poznania, zima 2007

Właściwy pogląd decyduje o tym, czy będziemy w stanie czegoś się nauczyć ze swoich przeżyć – tych codziennych i tych, których doświadczamy w formalnej medytacji. Pogląd jest najważniejszy. Bez niego nie ma ani medytacji, ani właściwego działania, nie ma też końca pomieszania. To pogląd prowadzi do tego, że możemy zobaczyć rzeczy „takimi, jakimi są”.


Pogląd

Wszyscy – albo przynajmniej większość z nas – przychodzimy do ośrodka, żeby się rozwijać. Lecz, aby to było rzeczywiście możliwe, musimy się zorientować, w jakiej sytuacji się znajdujemy, co tak naprawdę przeżywamy. Musimy zobaczyć, jakie metody mamy do dyspozycji, żeby doświadczać zjawisk w prawdziwy sposób. Właśnie tym się tu teraz zajmujemy. Za każdym razem gdy spotykamy się na wykładzie, bierzemy do ręki książkę dharmy albo jedziemy gdzieś, żeby zobaczyć się z Lamą, tak naprawdę chcemy w ten sposób odświeżyć swój pogląd. Staramy się znowu zobaczyć, że: „Tak, to wszystko naprawdę działa!”. Co ciekawe, zawsze jest to szczególne przeżycie, za każdym razem gdy spotykamy się z naukami, odkrywamy w nich coś świeżego i nowego. Wydarza się to dlatego, że stając się naszym doświadczeniem dzięki medytacji, pogląd opada na coraz głębsze poziomy naszego umysłu – dzięki temu jesteśmy w stanie zrozumieć i przeżyć coraz więcej. To z kolei pozwala nam właściwie działać na co dzień i przeżywać każdą chwilę jako coś wzbogacającego i jako naukę o przyczynie i skutku. Dlatego wszystko oparte jest na poglądzie. Z tego powodu Budda, a za nim nasi nauczyciele, mówią nam ciągle od nowa, że wszystko czego w tej chwili doświadczamy jest przemijające, nietrwałe i zależne od warunków. Oznacza to, iż rzeczy są jak sen, nie są rzeczywiste. Oczywiście w tak inteligentnym i twórczym towarzystwie jak tutaj może nam się wydawać, że ta informacja trąci trochę nihilizmem ponieważ tak naprawdę wszystko jest bogate, ciekawe i interesujące. Jest oczywiście bogate, ciekawe i interesujące, ale jest też relatywne. To znaczy, że stan radości, którego w tej chwili doświadczamy, albo... nie doświadczamy, to odczucie ciała, każda nasza myśl i uczucie – wszystko to, na czym się teraz opieramy – odejdzie. Tak naprawdę nie przeżywamy niczego realnego. Wszystko, z czym wchodzimy w kontakt, cały ten zewnętrzny świat, który nas otacza i bawi swoją różnorodnością i bogactwem nie jest niczym innym jak tylko projekcją wrażeń, które nagromadziliśmy w umyśle przy pomocy dawniejszych myśli, słów i działań. Świat, który postrzegamy jest zmienny, różne warunki pojawiają się i przemijają... Znamy to wszyscy bardzo dobrze, prawda? Wszystkie te „jedyne” miłości naszego życia, które się pojawiają i wydaje się za każdym razem, że zostaną z nami na wieki. Później okazuje się, że w końcu odchodzą. W takiej sytuacji widzimy przemijalność bardzo wyraźnie, dotyka nas ona głęboko. Tak więc wszystko się zmienia, ale to... nie wszystko. Cały ów film, który rozgrywa się wokół nas, te wszystkie warunki, które przez cały czas wibrują najróżniejszymi możliwościami – wszystko to postrzegamy dodatkowo przez pryzmat swoich własnych doświadczeń, swoich własnych kolorowych okularów: różowych albo czarnych. To jakie mamy ciało, czy daje nam ono raczej trochę przyjemności, czy jest przeważnie chore i cierpimy bez przerwy z jego powodu, czy mamy dobre tendencje w umyśle, czyli myślimy o ludziach pozytywnie i chcemy coś dla nich zrobić, czy raczej w czasie wykładu zastanawiamy się, czy nie byłoby dobrze uwolnić samochody zaparkowane na zewnątrz od ciężaru radioodtwarzaczy, czy mamy bogatych, czy biednych rodziców, w jakim kraju się odrodziliśmy. Wszystko to są kolejne warunki, ktore wciąż się zmieniają. Ten cały sen byłby może sam w sobie czymś śmiesznym, ale tak naprawdę zależności, których jest pełen, są przyczyna wszelkich naszych cierpień. Obserwując uważnie swoje życie zauważymy na pewno, że wszystko co przeżywamy w tej chwili jest w ten czy inny sposób uwarunkowane.

Chociaż często cieszą nas zjawiska – całe to bogactwo umysłu – dopóki nie doświadczymy tego, kto je przeżywa, czyli własnej prawdziwej natury, na niczym tak naprawdę nie będziemy się mogli oprzeć. Chociaż miliony różnych zdarzeń w życiu pokazały nam, że wszystko po prostu przepływa, to jednak pewien głęboki nawyk w umyśle sprawia przez cały czas, że kiedy pojawiają się miłe sytuacje, próbujemy je „zalać betonem” i myślimy, że ta rzecz czy osoba już na pewno z nami zostaną. W tej samej chwili, kiedy miłe przeżycia rozgrywają się przed naszymi oczami, w naszym sercu czy w jakiejkolwiek innej części ciała, natychmiast chcemy je zatrzymać. Ten właśnie moment jest przyczyną naszego cierpienia. Chcemy je schwytać, ponieważ są przyjemne i wydaje nam się, że są prawdziwe. Działając w ten sposób sami budujemy swoje ograniczenia. Dlatego jako lekarstwa potrzebujemy przede wszystkim informacji, że wszystko jest jak sen – dzięki temu poglądowi i dzięki umacniającej go w naszym umyśle medytacji zaczniemy doświadczać coraz większego dystansu do tego, co się wydarza. Jednocześnie nie chodzi o to, byśmy popadli w nihilizm – chociaż różne sytuacje przychodzą, odchodzą i nie mogą pozostać, nadal się wydarzają i możemy się nimi cieszyć. Nie chodzi o to, by „wymazać” zjawiska ze swojego życia, z umysłu. Gampopa, jeden z naszych mistrzów, mówił o tym tak: „Ten kto myśli, że rzeczy są prawdziwe, jest głupi jak krowa, ten zaś kto sądzi, że nie są, jest jeszcze głupszy”.

Chodzi więc o dystans, bo dzięki niemu stajemy się niezależni. Bez dystansu i powstałej dzięki niemu wolności będziemy wciąż ulegać szkodliwym nawykom i tendencjom umysłu, będziemy „usztywniać” najróżniejsze życiowe sytuacje. Nasza skłonność do obawiania się i oczekiwania będzie rosła – emocje będą nami szarpać to w jedną, to w drugą stronę. Ten sposób działania już znamy, wiemy też, że do niczego tak naprawdę nie prowadzi – doświadczyliśmy tego wielokrotnie. Może więc przyszedł najwyższy czas, żeby zobaczyć i zastosować inne rozwiązania? Powinniśmy zrozumieć, że ostatnia koszula nie ma kieszeni, że nasze obecne życie jest po prostu dosyć specyficznym, chociaż bardzo ciekawym fizycznym stanem, który jednak w końcu się skończy. Tak naprawdę jest ono podobne do pobytu w hotelu, w którym wolno nam wszystkiego używać, ale z którego nie będziemy mogli niczego zabrać. Jeżeli nauczymy się używać rzeczy i cieszyć się nimi, rozumiejąc jednocześnie, że nie są trwałe, doświadczymy prawdziwego rozwoju – poczujemy się jednocześnie bogaci i wolni. Wtedy będziemy w stanie naprawdę docenić nauki o otwartości i iluzorycznej naturze zjawisk, poczujemy też radość z faktu, że byliśmy w ogóle w stanie je zrozumieć... Od tego momentu możemy się rzeczywiście bardzo skutecznie rozwijać.

Wydaje się to czymś intelektualnym, w rzeczywistości jest jednak inaczej. Kiedyś, kiedy jeszcze mogliśmy cieszyć się obecnością Tseczu Rinpocze, w czasie podróży po Rosji, nasi przyjaciele z Piatigorska zabrali go pod Elbrus, najwyższy szczyt na Kaukazie. Z Rinpocze pojechało wiele osób, również z Zachodu, góry były piękne, atmosfera cudowna, błogosławieństwo wielkiego mistrza wyraźnie odczuwalne... W pewnej chwili Rinpocze zapatrzył się na góry. I nagle wszyscy w jednej chwili poczuli głęboką potrzebę dowiedzenia się, co taki wielki lama widzi. Wtedy najodważniejszą z całej wycieczki okazała się niemiecka podróżująca nauczycielka. Podeszła do Rinpocze i zapytała: „Rinpocze, co widzisz?”. Rinpocze uśmiechnął się pod nosem i odpowiedział: „Widzę ciągłą zmianę”. I to jest wszystko. Ani w świecie dookoła ani w umyśle nie znajdziemy żadnej trwałej rzeczy. Nawet sam przeżywający, którego tak poszukujemy, nie jest rzeczą. Nie będziemy w stanie go dotknąć ani powąchać – nawet on nie jest dla nas żadnym konkretnym punktem odniesienia w przepływie zjawisk. Jeśli to naprawdę głęboko zrozumiemy, wówczas nagle cały ów film, w który jesteśmy ślepo zapatrzeni od nie mającego początku czasu – wszystko to przestanie być tak wstrząsające i osobiste. Nagle zaczniemy sobie zdawać sprawę z tego, że za rzeczami, które tańczą przed nami przez cały czas, nieustannie odwracając naszą uwagę, znajduje się coś więcej – że jest tam coś bardzo, bardzo głębokiego i ważnego: fakt, że każda istota pragnie być szczęśliwa. Kiedy spojrzymy w ten sposób na świat – przytomnie i z poziomu prawdziwego zrozumienia przemijalności – obudzi się w nas bardzo głębokie współczucie. Zauważymy, że za tymi wszystkimi wysiłkami, które ludzie podejmują w codziennym życiu, by uchwycić i zatrzymać szczęście, czai się gdzieś nieunikniona frustracja i rozczarowanie – każdy chce osiągnąć szczęście, każdy również szuka go w niewłaściwym miejscu. To jest naprawdę wstrząsające... Kiedy już zdamy sobie z tego sprawę – z tego co się dzieje naprawdę w ludzkim życiu – nasza ścieżka będzie miała solidną podstawę. Dopiero wtedy będziemy potrafili dokonywać właściwych wyborów. Do tej pory, dopóki najróżniejsze sytuacje dowolnie potrząsają naszym umysłem, nie mamy tak naprawdę wielkiego wyboru. Jesteśmy jak koń z klapkami na oczach, który reaguje na dzwoneczek jak pies Pawłowa. Doświadczamy cierpienia dlatego, iż lgniemy do wszystkiego co zmienne, nie potrafiąc oprzeć się na tym, co trwałe – to jest prawdziwa istota problemu. I tutaj dochodzimy do roli nauczyciela Diamentowej Drogi. Kiedy go spotykamy, widzimy kogoś, kto po prostu posiada bardzo dużo mądrości i współczucia, prócz tego jest stabilny i wolny od wątpliwości. To jest naprawdę głęboko inspirujące. Dlaczego? Ponieważ nagle widzimy na własne oczy, że rozpuszczenie iluzji ego jest możliwe. Nauczyciel pokazuje nam bardzo wyraźnie, że można doświadczać samej głębi oceanu, a nie tylko fal pojawiających się na jego powierzchni, że możliwe jest przeżywanie nie tylko przemijających sytuacji, lecz także pełni umysłu, która jest całkowicie ostateczna i niewzruszona. Prócz tego lama z doskonałą pewnością i stabilnością pomaga nam swoim przykładem zrozumieć, że najwyższa prawda to najwyższa radość.

Jak osiąga się taki wgląd? Dlaczego jest to możliwe? Kiedy rozpoznamy, że umysł nie jest rzeczą, że jego przytomność jest podobna do otwartej przestrzeni, wówczas pojawia się w nim całkowita nieustraszoność – dzięki niej cały świat zewnętrznych zjawisk oraz wewnętrznych myśli i uczuć, których doświadczamy, staje się po prostu podarunkiem. Rzeczy okazują się nagle być wspaniałe tylko dlatego, że się pojawiają. Widzimy, że są przejrzystością przestrzeni, dopełnieniem jej otwartości. Z tego wyłania się nieuwarunkowana radość. Ktoś kto jest nieustraszony i naprawdę pełen radości, w naturalny sposób doświadcza miłości i współczucia. Tylko dlatego Lama Ole podróżuje od ponad 30 lat po całym świecie z wykładami, śpiąc po cztery czy pięć godzin na dobę. Pokazuje nam jedyne prawdziwe rozwiązanie – fakt, że to nasz nasz umysł sam w sobie jest doskonałością i zawiera wszystko, czego potrzebujemy do szczęścia. Uświadamia nam, że prawdziwą przyczyną naszych trudności nie jest brak kolejnych rzeczy, tylko niezdolność do uwolnienia się od obaw i oczekiwań. Kiedy zdamy sobie z tego sprawę, w całkowicie naturalny sposób zrozumiemy, czym jest medytacja. Nie chodzi w niej o to, żeby włożyć coś do umysłu albo coś z niego wyrzucić – powinniśmy mu tylko pozwolić spocząć w sobie samym – w „tu i teraz”. Jeśli uwolnimy się od obaw i oczekiwań, wtedy rzeczywiście będziemy w stanie doświadczyć prawdziwego zrozumienia, intuicyjnego wglądu. Dopóki jednak przeżywamy świat przez pryzmat ego, całe nasze życiowe pomieszanie będzie trwało. Chociaż tkwimy w niewiedzy od nie mającego początku czasu, również od nie mającego początku czasu zawarty jest w naszym umyśle potencjał wyzwolenia i oświecenia. Dopóki jednak nie rozpoznajemy przeżywajacego, mamy zamiast tego wglądu jakiś swój własny, mniej albo bardziej pomieszany pomysł na rzeczy, dziwny pomysł na umysł. To jest stan, w którym nasza świadomość rozgląda się jak oko za różnymi zjawiskami, nie rozpoznając, że jest od nich nieoddzielna. Na skutek tej iluzji wpadamy na szaleńczy pomysł, że przestrzeń jest oddzieleniem. Ten dualizm powoduje powstanie przeszkadzających emocji. Kiedy na przykład widzimy coś pięknego, natychmiast chcemy to do siebie przyciągnąć, złapać i zatrzymać – ten nawyk to przywiązanie albo pożądanie. I odwrotnie – jeżeli widzimy coś nieprzyjemnego albo niebezpiecznego, to „ja” natychmiast reaguje awersją i gniewem. Jeżeli uświadomimy sobie, że w tym życiu już 1.275.592 razy zachowaliśmy się jak idioci pod wpływem gniewu, zazdrości, przywiązania, dumy, pomieszania i wszystkich innych beznadziejnych emocji, wówczas zauważymy być może, że kolejny milion podobnych zachowań również nic nam nie da. Tych pięć emocji, warunkując się nawzajem sprawia, że w naszym umyśle pojawiają się 84.000 kombinacji najróżniejszych neurotycznych ograniczeń. Następnie zaczynamy w oparciu o nie działać, co zawsze powoduje negatywne skutki. Jednocześnie tak naprawdę najgorsze są nawyki. Kiedy pojawiają się przeszkadzające emocje zwykle podążamy za nimi, pozwalamy, by popchnęły nas do działania. Robimy to z powodu wzorców zachowań, które umacnialiśmy w sobie na przestrzeni nieskończonej liczby żywotów. To właśnie od tych przyzwyczajeń chcemy się uwolnić. Jeśli nam sie to uda, przerwiemy łańcuch coraz to nowych błędów i będziemy w stanie w każdą sytuację wejść w świeży sposób, bez myślenia o sobie. To jest najlepsza sztuczka. W rzeczywistości to nawet nie gniew jest przyczyną naszego cierpienia, tylko nawyk podążania za nim. Gniew pozostawiony samemu sobie szybko stanie się świadomością tego, co tak naprawdę się wydarza – mądrością podobną zwierciadłu. Rzeczy będą się działy, my jednak nie będziemy już odnosili wszystkiego do siebie, dlatego zobaczymy je jasno, jak na dłoni – zobaczymy jakie są. Jeśli przyjrzymy się uważnie temu, co rozgrywa się dookoła nas i w nas samych, zauważymy, że to co na zewnętrznym poziomie postrzegamy jako trudności i przeszkody, to tylko nasze wewnętrzne blokady. Być może zorientujemy się nawet, iż przez cały czas sami napędzamy cały proces powstawania własnego nieszczęścia, „odżywiamy” swoje problemy, wkładamy w nie energię.

Wiedząc już jak ten cyrk się kręci, możemy użyć medytacji, by nabrać określonego dystansu do zjawisk. Dzięki niej nabieramy również zaufania do chwili, do „tu i teraz” – możemy „przesiąść się” z doświadczania jedynie rzeczy, które umysł przeżywa, na doświadczenie samego umysłu. Medytacja jest czymś całkowicie nowym i wyjątkowym w naszym pełnym zmienności życiu, ponieważ bezpośrednio wydobywa na światło dzienne to, co w nim trwałe – samego przeżywającego. Poza nią na początku trudno jest nam się do niego zbliżyć, gdyż jesteśmy ustawicznie zajęci kolejnymi przemijającymi sytuacjami, musimy dbać na przykład o stały dopływ gotówki na nasze konto, ponieważ z powodu nietrwałości ciągle coś nam z niego ubywa. Medytacja jest konieczna, ponieważ zajmowanie się jedynie przemijającymi zjawiskami: myślami, emocjami, sytuacjami, całym tym młynem codzienności, może dać nam tylko przemijające rezultaty. Przemijające, a więc... iluzoryczne. Samego umysłu nie można sobie wyobrazić ani zrozumieć. Oznacza to, że wszelkie wyobrażenia, koncepcje, myśli, uczucia, obawy, oczekiwania i nadzieje nie mają w medytacji absolutnie żadnej roli do odegrania. Nawet najmniejszej. Medytacja nie ma z nimi nic wspólnego. Medytując próbujemy po prostu w rozluźniony sposób spocząć bez obaw i oczekiwań w „tu i teraz”, ponieważ nie ma żadnego urzeczywistnienia gdzie indziej i kiedy indziej. Jakiekolwiek prawdziwe osiągnięcie może wydarzyć się tylko w jednym miejscu i w jednym czasie: „tu i teraz”. Dlatego medytacja to po prostu moment, kiedy z otwartymi zmysłami siadamy i cieszymy się tym co się wydarza, nie oceniając niczego. Ponieważ jest to trudne, potrzebujemy błogosławieństwa nauczyciela. Tak jak na poziomie poglądu, kiedy słyszeliśmy, że najwyższa prawda to najwyższa radość, również w obszarze medytacji potrzebujemy prawdziwego przekazu doświadczenia, inspiracji pochodzącej od kogoś, kto potrafi spoczywać w umyśle.

Medytacja

Czym są buddowie, na których medytujemy, którzy pojawiają się przed nami? Nie są niczym innym jak wyrażeniem się całego naszego wewnętrznego bogactwa: nieustraszoności, radości, miłości, współczucia i mądrości naszego własnego umysłu. W medytacji manifestują się jako formy z energii i światła, jako pola mocy pojawiające się w tym samym momencie, w którym o nich pomyślimy, niezależnie od tego, czy potrafimy je sobie dokładnie wyobrazić, czy też nie, ponieważ nie są oddzielone od naszego umysłu. Kiedy wypowiadamy chociażby jedną mantrę, aktywizuje ona od razu konkretną energię oświecenia, „uruchamia” jej wibrację. Informacja, że formy medytacyjne i mantry wyrażają nasze doskonałe właściwości jest bardzo ważna, ponieważ czasami zdarza się, że z „epoki przedbuddyjskiej” mamy głęboki nawyk myślenia, że prawda może być czymś zewnętrznym. Tymczasem nie ma takiej możliwości. Czasami również wydaje nam się, że w medytacji czegoś potrzebujemy, że musimy coś osiągnąć, że najlepsza medytacja to taka, w której panuje całkowity bezruch i spokój, w której nie ma ani myśli ani uczuć. Co się wtedy dzieje? Chwila spokoju się pojawia, nie ma myśli, zastygamy w tym stanie i „ooo.... jest! Urzeczywistnienie!”. Jeżeli tak medytujemy, to za kilka lub kilkanaście sesji, za miesiąc, dwa, może za pół roku medytacja stanie się dla nas bardzo ciężką, nieprzyjemną pracą. Podczas każdej sesji medytacyjnej, siadając do praktyki zamiast w odprężeniu cieszyć się po prostu bogactwem tego, co się dzieje, bogactwem umysłu, będziemy „polować” na doskonały stan spokoju pozbawiony myśli. Próbując go schwytać i pielęgnować, produkujemy napięcie. Myślimy, że natura umysłu to ten moment, kiedy nic się nie dzieje, a przecież umysł to nie tylko spokój. Ruch umysłu to też umysł, prawda? Jeżeli nawyższym osiągnięciem medytacyjnym byłoby po prostu zatrzymanie myśli i uczuć, to szklanka byłaby najlepszym medytującym. Więc nie bójmy się myśli i uczuć, bo ich obecność albo nieobecność nie jest ani dowodem tego, że nasza medytacja jest kiepska, ani że jest doskonała. Jeżeli siadamy do praktyki i jedna część umysłu medytuje, a druga ocenia to, co się w medyatcji wydarza, jest to poważne nieporozumienie. Jeżeli łapiemy się na ocenianiu swojej medytacji, jest to znak, że wymaga ona już pierwszej pomocy. Do medytacji potrzebna nam jest tylko otwartość. Jeśli ją posiadamy, nie potrzebujemy już absolutnie niczego więcej. Po prostu siadamy, otwieramy się z zaufaniem na przestrzeń, na jej potencjał, na formy z energii i światła wyrażające nasze właściwości. Wtedy możemy doświadczyć błogosławieństwa, ponieważ zawsze było już obecne. Jeżeli brakuje nam otwartości, isnieje ryzyko, że nasza medytacja będzie po prostu pościgiem za myślami i uczuciami. Jeżeli przypatrzymy się myślom i uczuciom, jeżeli doświadczymy ich w medytacji, zobaczymy, że tylko się pojawiają, rozgrywają i rozpuszczają z powrotem w otwartości umysłu. To wszystko, co się tak naprawdę wydarza. Oczywiście na początku będziemy przeskakiwać trochę od jednej myśli do drugiej, na zasadzie: „Wczoraj było tak miło, kiedy znowu ją zobaczę?”. To się będzie pojawiać, to naturalne. Musimy się nauczyć medytować. Do medytacji potrzebujemy radosnej wytrwałości.

Pozwoli nam ona ciągle od nowa powracać umysłem do obiektu koncentracji, kiedy będzie on nam uciekał w stronę obaw, oczekiwań i koncepcji. Po prostu wracamy wtedy do „tu i teraz. To wracanie z powrotem też jest medytacją. Dzięki medytacji nie będziemy mieli ani mniej ani więcej dramatycznych myśli. Jej rezultatem będą coraz silniejsza wdzięczność i coraz głębsze zaufanie do chwili. Jak to działa? Kiedy doświadczamy otwartości (tak ważnej w praktyce, obok zdrowia psychicznego i rozluźnionej uważności) i po prostu cieszymy się energią pól mocy, automatycznie pojawia się błogosławieństwo. Pojawia się samo z siebie, ponieważ zawsze jest obecne w przestrzeni – nasza otwartość „uwalnia” je, daje mu szansę na przejawienie się w naszym doświadczeniu. To z kolei budzi w nas wdzięczność dla lamy. Zaczynamy rozumieć, że w medytacji doświadczamy swojej własnej mocy. Czujemy, że możemy być całkowicie samodzielni, że mamy wystarczającą ilość siły, by dokonywać w życiu wszystkich wyborów, by wchodzić w sytuacje bez obaw i oczekiwań. Wtedy po prostu patrzymy na świat jeszcze raz i myślimy sobie: „Jak ja mogłem tego nie widzieć?”. Wszystko jest już gotowe, wydarza się w całkowicie bezwysiłkowy i rozluźniony sposób. Widzimy, że wszystkie te niedawno tak dramatyczne i „rzeczywiste” myśli i uczucia, które bez przerwy „potrząsały” naszym umysłem, są tak naprawdę tylko wyrażeniem się jego bogactwa. Odkrywamy, że sposób w jaki przeżywamy rzeczy jest ważniejszy, niż one same. Wtedy otwieramy się jeszcze bardziej – z powodu poczucia bogactwa. Otwieramy się, ponieważ po prostu niczego się już nie obawiamy, czujemy moc swego potencjału i rozumiemy, że rzeczy nie są osobiste. Przestajemy grać, cokolwiek wymyślać, po prostu cieszymy się tym, co się wydarza. Nagle wszystko jest w porządku. Dzieje się tak, ponieważ świat naprawdę jest projekcją umysłu. Medytacja jest pewnego rodzaju laboratorium, w którym trenujemy się w uważności i zaczynamy rozumieć, co się wydarza. Chodzi o to, by ta przytomność umysłu przeniknęła wszystkie aspekty i chwile naszego życia, by towarzyszyła nam również pomiędzy sesjami medytacyjnymi i by w końcu zatarła się różnica pomiędzy praktyką formalną, a naszym codziennym działaniem. Wtedy wszystko staje się medytacją, pewnym aspektem rozwoju. Oczywiście w pewien sposób można powiedzieć, że istnieje dobra medytacja i zła medytacja – dobra medytacja to ta, która się wydarza, a zła to ta, której nie ma. To wszystko co można powiedzieć o jakości medytacji.

Działanie

Naturalnie na drodze rozwoju istnieją zakręty, bez nich jazda byłaby nudna. Cóż takiego może nam sie przytrafić podczas praktyki? Otóż po jakimś czasie medytowania, kiedy np. skończymy praktyki podstawowe możemy poczuć pewien niedosyt. Nagle okazuje się, że nie doświadczamy żadnego niezwykłego wglądu, nie pojawia się oczekiwana fala radości – nie przychodzi to wszystko, co jakoby powinno przyjść. Nie zauważamy, że sporo się zmieniło. Myślimy: „Kurczę, kiedyś czułem że żyję, życie potrząsało mną bez przerwy. A teraz co? Nic, nuda”. O co chodzi? Po prostu dawniej doświadczaliśmy ciągłych wzlotów i upadków, podróżowaliśmy jak szaloną windą to w górę, to w dół. Odległość pomiędzy depresją a radością była bardzo duża, więc czuliśmy, że żyjemy. A teraz co? Wykonaliśmy praktyki wstępne i staliśmy się w ten sposób bardziej stabilni – nie spadamy już w dawniejsze czeluście paranoi i depresji, nie biegamy jak kot z zapalonym ogonem to w prawo, to w lewo i zaczynamy funkcjonować tylko powyżej osi x. Wtedy czasami wydaje nam się, że straciliśmy trochę intensywności i świeżości, że wszystko już nie jest takie, jak kiedyś. Nie rozumiemy, że w rzeczywistości cała sytuacja podniosła się w górę, że nie chodzi o to, iż doświadczamy mniej wzlotów, a tylko o to, że przeżywamy mniej upadków. Ponieważ nie do końca rozumiemy ten mechanizm, odczuwamy czasem brak zaufania. Wtedy przestajemy na przykład medytować i w konsekwencji znowu stajemy się osobiści, podziwiamy swoją wyjątkowość i zaczynamy oceniać innych. Myślimy: „Ten facet w ogóle nie powinien opowiadać o dharmie” albo „Ta panna nie powinna przychodzić do ośrodka, bo jest zbyt rozwiązła”. To tak właśnie zaczyna się upadek – zaczynamy staczać się po równi pochyłej z powrotem do samsary. Jak mówią mistrzowie: „Jeśli odnosisz wszystko do siebie, jest to znak, że oddalasz się od dharmy”. Co powinniśmy wtedy zrobić? Jeśli mamy trochę oleju w głowie, zrozumiemy, że jest to po prostu oczyszczenie – nasze ego czuje, iż grunt usuwa mu się spod nóg i rozpaczliwie stara się odzyskać dawne terytorium. Chociaż pachnie już trupem, próbuje jeszcze nałożyć sobie gruby makijaż... Wtedy powinniśmy po prostu wrócić do regularnej praktyki, pójść do Lamy Ole i dostać błogosławieństwo, pojechać gdzieś z przyjaciółmi, czy przeczytać Wielką Pieczęć. Po tych prostych zabiegach nasz rozwój rozkwitnie na nowo. Widziałem już parę osób, które wypadły z tego zakrętu. Miejmy nadzieję, że się pozbierają i wrócą z powrotem... Oczywiście są jeszcze inne ślepe uliczki. Czasami po kilku latach praktyki, kiedy oświecenie ciągle jeszcze nie chce przyjść, próbujemy za wszelką cenę wzbogacić nauki Buddy. Zaczynamy na przykład nagle interesować się zdrową żywnością, zgodnie z zasadą: w zdrowym ciele zdrowy duch. Stopniowo nasze zainteresowanie zdrową żywnością bierze górę nad szacunkiem dla zdrowego rozsądku i przyjmujemy schronienie w makrobiotyce. Oczywiście medytacja i zdrowe odżywianie idealnie do siebie pasują, ale niezależnie od tego, jak bardzo zdrowo się odżywiamy, w końcu i tak umrzemy, a w konfrontacji ze śmiercią tylko dharma daje prawdziwą ochronę. Zdarza się też, że nagle zaczynamy wszędzie widzieć aury. To może być bardzo zajmujące – na przykład piękna nowa dziewczyna wchodzi do gompy, ma zieloną aurę i po prostu wiemy o niej wszystko... Można do dharmy dołożyć jeszcze wiedzę o kryształach czy piramidach lub stać się ekspertem w tłumaczeniu z anielskiego. Wszystkie te próby dołożenia czegoś do przejrzystego i wyzwalającego poglądu, że umysł jest intuicyjnym, spontanicznym wglądem, oznaczają po prostu, że nic nie rozumiemy. Tak naprawdę zawsze „wykładamy się” z tego samego powodu – najzwyczajniej tracimy przejrzystość i zaczynamy sami wymyślać sobie jakieś historie na temat praktyki, ośrodka i reszty świata. Tymczasem do ostatecznego wyzwolenia potrzebujemy tylko Lamy – jego poglądu, metod i życiowego przykładu.

Inna pułapka to przywiązywanie się do doświadczeń medytacyjnych. Zaczynamy na przykład od medytacji Schronienia, która porusza nas do głębi, później przychodzi kolej na pokłony. Robiąc je doświadczamy najróżniejszych błogosławieństw i... jest miło. Czasami jednak chcemy „wziąć” ze sobą to, co przeżyliśmy w medytacji. Wtedy po prostu stajemy w miejscu, ponieważ te błogosławieństwa – wszystkie owe intensywne stany – pokazują nam jedynie, że umysł działa, że praktyka działa, że wszystko dzieje się w dobry sposób. Te doświadczenia są jak słupki milowe pokazujące nam, że znajdujemy się na właściwej drodze, jeśli jednak zaczniemy wyrywać je z pobocza i wrzucać sobie do plecaka, po dwóch kilometrach nie zrobimy już ani kroku. Nasza medytacja nie będzie medytacją, tylko oczekiwaniem tego, co już kiedyś przeżyliśmy. Chodzi więc o to, żebyśmy funkcjonowali w tym wszystkim lekko. Cokolwiek interesującego się pojawia, cieszmy się tym, ale nie lgnijmy do tego. Medytacja oparta jest na poglądzie, a działanie na medytacji – oznacza to, że jeśli dobrze medytujemy, to zaczynamy coraz skuteczniej radzić sobie z życiem. Nie ma takiej możliwości, że jakiś wielki jogin medytuje przez dziesięć godzin z groźną miną, a później wstaje i się zachowuje jak idiota. To znaczyłoby, że w jego medytacji brakuje poglądu, że zamiast spędzać dziesięć godzin w medytacji, powinien być może pojechać na kurs Lamy Ole i znowu usłyszeć kilka nauk na temat tego, jakimi rzeczy są. W Diamentowej Drodze nie ma miejsca na niezałatwione sprawy, ponieważ to właśnie nasze działania rozwiewają wątpliwości innych, a praktykujemy przecież po to, by rzeczywiście być w stanie przynosić im pożytek. Nie można oczywiście podać recepty na każdą sutuację, ponieważ nasze życie jest na to zbyt bogate – przeprowadzanie staruszki przez jezdnię nie zawsze ma sens, gdyż nie zawsze chce ona przejść przez jezdnię. Dlatego ważne jest, żebyśmy potrafili oprzeć swoje działania na właściwie rozumianym współczuciu i na mądrości. Współczucie jest esencją nauk Buddy. Ponieważ skutecznie rozpuszcza nasze „ja”, pozwala nam się rozluźnić – im więcej zajmujemy się innymi, tym mniej mamy czasu na zajmowanie się sobą. Jeśli jesteśmy rozluźnieni, zaczynamy właściwie działać. Im mniej mamy koncepcji, w tym bardziej naturalny sposób jesteśmy w stanie wychodzić na przeciw zjawiskom i rzeczy wokół nas wydarzają się we właściwy sposób. To jest bardzo prawdziwy stan – bezwysiłkowość. Kiedy siedzimy w biurze i staramy się trafić kulką papieru do kosza, na pewno nam się nie uda. Kiedy jednak w końcu przestanie nam na tym tak bardzo zależeć, nagle za jedenastym razem... po prostu pyk i... trafiliśmy! We właściwym działaniu chodzi właśnie o taki stan umysłu. Nie możemy się na wszystko przygotować – nie da się wyuczyć na pamięć lekcji życia, na nic przygotować. To w naszym zainteresowaniu innymi – w cieple i otwartości – wydarza się dokładnie to, co powinno się wydarzyć. Właściwe działanie jest odpowiedzią na rzeczywiste potrzeby innych, a nie sztywną realizacją naszych pomysłów na temat tego, czego owi inni naszym zdaniem powinni potrzebować. Dlatego w działaniu bardzo ważna jest zdolność do patrzenia na różne sytuacje oczami innych ludzi. Jeśli rzeczywiście zadamy sobie ten trud, rezultaty mogą być naprawdę zaskakujące – często zobaczymy w ten sposób zupełnie inną sytuację. Jeśli rzeczywiście z otwartością i bez własnych obaw i oczekiwań będziemy się kierowali w życiu dobrem innych, może się okazać, że czasami nawet dorośli ludzie potrzebują klapsa, żeby się zorientować, że... wystarczy już tej paranoi.

Można również powiedzieć, że właściwe działanie to po prostu szczodrość – dawanie innym tego, czego naprawdę potrzebują – na poziomie materialnym, na poziomie uczuć i na poziomie dharmy. Jest ona również dobra dla naszego rozwoju – jeśli jesteśmy szczodrzy, zaczynamy doświadczać bogactwa zjawisk, tego że przestrzeń nie jest niczym martwym, lecz wszystkim, czego tak naprawdę potrzebujemy. Nagle okazuje się, że nie musimy niczego chwytać dla siebie i stajemy się coraz bardziej wolni. Często wydaję nam się, że akurat tę rzecz powinniśmy zatrzymać, że możemy oddać innym wszystko, ale tego przecież nie. Jeśli mamy taką postawę, wówczas często przychodzą oczyszczenia, ponieważ powodowani współczuciem strażnicy – strażnicy naszej wolności i rozwoju – strzelają ze swoich dział dokładnie w te miejsca w naszym umyśle i... życiu, w których szczególnie uparcie trzymamy się własnych ograniczeń. Prawdziwej, kochającej szczodrości musimy się często po prostu nauczyć. Jak można troszczyć się o wszystkich? Człowiek troszczy się przecież o swoich bliskich, o przyjaciół, rodzinę... i to jest normalne. A inni to... po prostu inni. Tymczasem jeśli chcemy osiągnąć pełne oświecenie ze wszystkimi jego właściwościami, nie uda nam się uniknąć absolutnego wglądu, że szczęście każdej istoty jest jednakowo ważne. Nasz rozwój przebiega w następujący sposób: najpierw stajemy się dobrym człowiekiem, a dopiero później pojawia się w wyniku tego urzeczywistnienie. Nie chodzi o to, że najpierw osiągamy mistyczne urzeczywistnienie, a potem w rezultacie stajemy się ewentualnie dobrym człowiekiem.

Opracowanie: Bartosz Sobota

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Cytat - Karol Ślęczek | Obietnica bodhisattwy - XVII Karmapa Trinlej Taje Dordże | Medytacja 16 Karmapy - Wywiad z Lamą Ole | Uczył nas w bardzo zręczny sposób - Hannah Nydahl | Umysł i śmierć - Lama Dzigme Rinpocze | Cztery przyczyny odrodzenia w Dełaczien - Szamar Rinpocze | Wszystko jest snem, dlatego wszystko jest możliwe - Lama Ole Nydahl | Twierdza oświecenia - Milarepa | Oddanie dla nauczyciela - Szangpa Rinpocze | Jak kot z zapalonym ogonem - Porucznik Adam Jankiewicz | Zasady i kanony sztuki tybetańskiej - Ewa Preschern | Historia Kagyupów w Ladakhu - Svenja Schmitt | Cywilizacja w kręgu buddyjskich kultur Azji Południowo-Wschodniej - Rafał Kowalczyk | Czym jest Pustka? - Dorothea Deeg i Matthias Ostermann | Cytat - Hannah Nydahl | Doświadczenie to jest to - Ralph Bohn | Więcej, lepiej, bardziej - Wojtek Tracewski | Ośrodek Europejski - Wywiad z Romanem Lausem | Karma Guen - Peter Gomez | Bartołty - Adam Jankiewicz & team | Vyhlidky - czeska kraina łagodności - Mira Starobrzańska i Kveta Svedova | Jogini pod dachami Paryża - Marta Cichocka | Słupsk - wszystko jest możliwe! | Głogów | Triangle Project - Triangle Project Team |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: