DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 38 -> Gafa-kagyu i inne straszliwe historie ze wschodu

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Gafa-kagyu i inne straszliwe historie ze wschodu

Artur Przybysławski
_________

Ostatnie pół roku spędziłem w Indiach i Nepalu, dzięki czemu miałem okazję kilka razy odwiedzić Karmapę w jego domu w Kalimpongu. Miejsce to naprawdę nie leży daleko od Polski: to tylko 10 godzin lotu samolotem do Delhi, a stamtąd 24 godziny pociągiem i dwie godziny jeepem. Kiedy na miejscu wysiadłem z samochodu, natychmiast udałem się do domu Karmapy.


Mając w perspektywie odwiedziny u Karmapy, trudno oczywiście wyzwolić się od oczekiwań i od przeświadczenia, że podczas tego pierwszego spotkania wszystko będzie miało głębokie znaczenie. I mimo że powtarzałem sobie przez całą drogę, iż oczekiwania to jedna z najgłupszych rzeczy pod słońcem, siedziałem jak na szpilkach w hallu, nie mogąc pozbyć się myśli, że musi zdarzyć się coś niezwykłego. Zawołano mnie na górę i gdy siedziałem już przed Karmapą, natychmiast zasypałem go górą zdjęć wszystkich przyjaciół z ośrodka, opowieściami o naszym wspaniałym miejscu i wreszcie stertą książek o zachodniej nauce i filozofii, które chciałem mu podarować. Na koniec wręczyłem mu specjalny prezent – dwa opasłe tomy zawierające osiem wielkich traktatów o sutrach i tantrach autorstwa VIII Karmapy. Tę książkę wybierałem pieczołowicie w tybetańskiej księgarni w Delhi, odkładając na bok wszystkie wydania tekstów Karmapów z propagandowymi zdjęciami chińskiego kandydata i listami Dalaj Lamy na początku. Wreszcie znalazłem jedno „czyste” wydanie i je właśnie wręczyłem. Do swojego pokoju powróciłem nieco rozczarowany, bo Karmapa ani nie świecił, ani nie powiedział mi nic szczególnego (nie zauważyłem wtedy, że całkowicie go zagadałem), ani nie rozpoznał we mnie żadnej ważnej inkarnacji. Od niechcenia sięgnąłem po mój własny egzemplarz tekstu VIII Karmapy, który podarowałem przed chwilą XVII Karmapie, otworzyłem na pierwszej stronie i zamarłem – widniało tam wielkie kolorowe zdjęcie chińskiego kandydata Urdziena Trinleja w pełnej krasie, a tuż za nim listy Dalaj Lamy i Trangu Rinpocze, zapewniające czytelnika o tym, że ów młodzieniec na zdjęciu to nikt inny, tylko jedyny i prawdziwy Karmapa. Zupełnie nie wiedziałem, jak to możliwe, bo przecież właśnie tak sprawdzałem i wybierałem książki, żeby nie popełnić takiej gafy. A zatem pierwsze osobiste spotkanie z Karmapą objawiło swe ukryte znaczenie: mój własny idiotyzm, który – byłem tego pewien! – stanowił, delikatnie mówiąc, niezbyt pomyślny znak i definitywne przekreślał moje szanse w szkole Karma Kagyu. Pomyślałem, że Karmapa po raz pierwszy spotkał istotę całkowicie pozbawioną umysłu. Próbowałem się też pocieszać, że przecieżLama Ole podczas jednego z pierwszych spotkań z XVI Karmapą wręczył mu paczkę najlepszej jakości narkotyków. Szybko uznałem jednak, że w tym jednym, jedynym przypadku udało mi się przebić naszego mistrza. I tak stałem się założycielem szkoły Gafa-Kagyu, która niestety dysponuje aż nazbyt żywym strumieniem przekazu.

Wreszcie pojawił się Lama Tsultrim Namgjal, pomocnik Karmapy, który był również blisko z jego szesnastą inkarnacją. Podbiegłem do niego i dla pewności, krzycząc wprost w jego aparat słuchowy, wyznałem, że jestem idiotą oraz podałem szczegółowe uzasadnienie tej tezy. On zaś zaczął się śmiać, a następnie powiedział: „Tak, tak, to bardzo dobre wydanie. Sam je sobie kupiłem, jak byłem w Delhi. Nie przejmuj się. Przecież ważniejszy jest cały tekst VIII Karmapy, który chciałeś podarować, niż kilka kartek na początku.” I cała sytuacja rozpuściła się w przestrzeni równie szybko, jak się pojawiła. Znów byłem spokojny i zrozumiałem, że przecież kto jak kto, ale Karmapa na pewno nie mógł wziąć tego osobiście, a jedynym pacjentem, który tak to potraktował, byłem ja – i jak tu nie wierzyć buddyjskim naukom, że „ja” to tylko same problemy?

Część mojego pobytu w Indiach spędziłem w Delhi, w KIBI, czyli Karmapa International Buddhist Institute, który w tym roku, decyzją Karmapy, zostanie zamknięty. Tam próbowano mnie nauczyć, że kobiety to skórzany worek zawierający kości i nieczystości. Mój całkowicie ułomny umysł nie mógł sobie jakoś przyswoić tych nauk – sprawdzam je przecież od wielu lat i kobiety nie pasują wcale do tego opisu! Ośmieliłem się nawet powiedzieć jednej z dziewczyn, które tam studiowały, że jest piękna. Obraziła się na mnie i przestała odzywać. Potem wybrałem się na Kagyu Mynlam do Bodhgaya, które na te kilka dni zamieniło się w tybetańską wioskę. Była to wspaniała okazja, żeby zobaczyć całą naszą „rinpoczową nomenklaturę” w komplecie. Oprócz Karmapy i Szamarpy obecni byli Beru Czientse Rinpocze i jego syn – młody Dziamgon Kongtrul Rinpocze, Szangpa Rinpocze (który między innymi otworzył koło Kathmandu szkołę dla buddystów z całego świata), Dzigme Rinpocze (który opiekuje się klasztornym buddyzmem we Francji), Dupsing Rinpocze (w którego klasztorze w Nepalu miałem spędzić ponad dwa miesiące), Sabczu Rinpocze (kolejna inkarnacja mistrza opiekującego się klasztorem w Swajambu) i jeszcze inni, przeważnie bardzo młodzi tulku, których nie mogłem zapamiętać. Gościł tu też brat Karmapy, który jest wysokim tulku Gelugpy. Teraz jednak mieszka ze swoim bratem w Kalimpongu i uczy się w tamtejszej szkole. Jak wiecie, ojciec Karmapy – Mipam Rinpocze – jest inkarnacją wielkiego mistrza Ningmapy, który wraz z I Dziamgonem Kongtrulem zainicjował ruch rime, czyli działalność mającą na celu ochronę i zachowanie nauk niezależnie od ich pierwotnej przynależności, do którejś z czterech szkół buddyzmu tybetańskiego. A teraz, jak widać, w kolejnej inkarnacji, Mipam Rinpocze tę działalność jeszcze pogłębił, płodząc – jako Ningmapa – wysokich tulku Kagyu i Gelugpy.

Kiedy byłem już w drodze do Nepalu, w Bodgaja zaczynał się Kagyu Mynlam II z Urdzienem Trinlejem, na który – jak się dowiedziałem – nie można było sobie tak po prostu przyjść. Trzeba się było rejestrować w biurze, skanować paszport i zostawiać swe zdjęcie, a potem grzecznie siedzieć pod strażą wojska – po prostu rodzinna atmosfera, pełna zaufania i rozluźnienia. Po drodze jeszcze zatrzymałem się na kilka dni w Waranasi, nie mogąc sobie odmówić przyjemności spędzenia paru chwil z rosyjskimi buddystami (kto był w Rosji z Lamą Ole, ten zrozumie!). Kiedy na dachu naszego hotelu, w restauracji, a raczej w tym, co hindusi nazywają restauracją, czekałem na śniadanie, podszedł do mnie jeden z pracowników hotelu i oświadczył, że w moim pokoju jest, jak się wyraził, „mały problem z małpami”. Zrozumiałem go dopiero, kiedy zszedłem i otworzyłem drzwi do mojego pokoju. Panował w nim straszny bałagan, ponieważ nie zamknąłem okiennic z siatką i małpy, które w tym mieście biegają stadami po dachach, odwiedziły mnie i dokładnie przeszukały moje rzeczy. Część z nich wylądowała na ulicy, część na balkonie, a mój telefon komórkowy leżał na balkonie obok. Na szczęście małpy nie dzwoniły z niego pod numer 0700... W końcu to najświętsze miasto hindusów! Święte miasto nie oznacza jednak tego, co myślicie. Przede wszystkim święte miasto jest pełne świętych krów, które w wąskich uliczkach pozostawiają miny przeciwpiechotne w olbrzymiej ilości, z których część formowana jest ręcznie w placki przyklejane do ścian w celu ich ususzenia (w ten sposób uzyskuje się opał). Nieuchronny aromat przemieszany jest z zapachem, jaki dociera z nadbrzeża Gangesu, na którym pali się zmarłych (podobno spalenie w Waranasi gwarantuje Hindusowi nirwanę, wcale więc nie trzeba się „męczyć” w medytacji). Sam Ganges jest rzeką, w której kilkaset razy przekroczone są wszelkie normy zanieczyszczeń (dla Hindusów jednak nie jest to problem, gdyż nie wiedzą o ich istnieniu). Czasami Hindusi pytali nas, czy dziś już kąpaliśmy się w Gangesie, a my grzecznie i zgodnie z prawdą odpowiadaliśmy, że dziś jeszcze nie. Kąpiele można czasem brać w towarzystwie świętych mężów, a raczej ich zwłok, które pływają w Gangesie. Tylko kilka osób ma ten przywilej, że nie jest palona, lecz zabierana przez matkę Ganges. Do rzeki wrzuca się zatem poronione płody, zwłoki chorych na ospę i świętych mężów. Czasami jednak matka Ganges nie kwapi się, by szybko zabrać świętego męża, który zahaczony o jakiś przybrzeżny patyk, czeka w trzydziesto- lub czterdziestostopniowym upale, aż mateczka się zdecyduje.

Gdy później dojechałem do granicy z Nepalem, dowiedziałem się, że nie mogę pojechać do Katmandu, bo maoiści znów ogłosili strajk i droga jest zamknięta. Na ten sam bilet mogłem jednak jechać do znacznie spokojniejszej Pokhary, w której, jak wiedziałem, mieści się klasztor Szangpy i Dupsiga Rinpocze. Pojechałbym wszędzie, byle tylko wydostać się z Indii, których miałem serdecznie dosyć, a poza tym uznałem, że buddowie życzą sobie, żebym nie jechał do Katmandu. I oczywiście mieli rację. Pokhara, a właściwie maleńka osada tybetańska położona w odległości pięciu kilometrów od niej (w wiosce o nazwie Hjamdża), okazała się cudownym gościnnym miejscem, w którym natychmiast poczułem się jak wśród przyjaciół. Tu mogłem się wreszcie zacząć uczyć tybetańskiego. Szybko jednak okazało się, że mówienie po tybetańsku jest niemal niemożliwe (czytanie idzie łatwiej) z powodu koszmarnie trudnej wymowy. Poza tym, co drugi Tybetańczyk mówi jakimś innym dialektem i nawet jeśli nauczymy się poprawnej wymowy, istnieje spore ryzyko, że zostaniemy niezrozumiani przez kogoś, kto mówi innym dialektem. Przypominał mi się Lama Ole, który pocieszał kiedyś kogoś na wykładzie: „Nie przejmuj się zbytnio takimi szczegółami, jak prawidłowa wymowa mantry, bo w Tybecie na pewno istniała dolina, w której wymawiano ją tak jak ty”. Bezskutecznie ucząc się tybetańskiego, odkrywałem ciekawe różnice między dialektami Kham oraz Lhasy.

A potem był Kirtipur! W tej małej wiosce, przylegającej do Kathmandu Szangpa Rinpoche zrealizował pomysł, który chodził za nim od wielu lat – Kagyu Institute for Buddhist Studies. Przez niemal miesiąc Khenpo Ramesz wlewał w nas dharmę wiadrami. Kurs był tak intensywny, że tylko w niedziele mieliśmy czas na to, żeby pojechać do miasta. Codziennie przez kilka godzin studiowaliśmy dwa klasyczne teksty III Karmapy: „Ukazanie takości Buddy” oraz „Rozróżnienie między świadomością zwyczajną a świadomością-mądrością”. Uczyliśmy się też tybetańskiego, a potem wspólnie medytowaliśmy po otrzymaniu kolejnych nauk o medytacji. Khenpo Ramesz to niezwykły wykładowca – encyklopedia buddyzmu tybetańskiego, znawca sanskrytu, wyśpiewujący na wykładach pieśni Naropy w sanskrycie i po tybetańsku. A przede wszystkim jest to uczony mnich, który rozumie, że – cytuję – „co jest dobre dla mnicha, nie jest dobre dla człowieka świeckiego”. Nikt więc nam tu nie opowiadał o workach nieczystości, a zamiast tego dostaliśmy wspaniałe nauki obejmujące niemal wszystkie główne punkty filozofii buddyjskiej oraz sporą ilość kawałów, żartów i śmiesznych buddyjskich historii, którymi przeplatane były wykłady – słowem dobrze nam znany styl.

W kursie uczestniczyło zaledwie kilka osób, co spowodowało, że w tak kameralnej atmosferze czuliśmy się niemal jak w rodzinie, nie tylko ucząc się razem, ale i jadając w towarzystwie Khenpo i Szangpy Rinpocze. Czasem też na dziedzińcu przed gompą graliśmy w piłkę z Dupsigiem Rinpocze. Inauguracja roku akademickiego, w przeciwieństwie do oficjalnego otwarcia miesiąc wcześniej, również odbyła się w gronie kilkunastu osób, które zebrały się we wnętrzu lśniącej kolorami gompy, aby wziąć udział w krótkiej pudży prowadzonej przez Szangpę i Dupsiga Rinpocze. Podczas tej dwudziestopięciominutowej ceremonii u najstarszego lamy tego klasztoru komórka zadzwoniła pięć razy – znów poczułem się jak w łódzkim ośrodku.

Wkrótce potem, wraz z kilkoma osobami, którym zależało na czasie (to rzadkie przypadki, ponieważ na Wschodzie działanie urzędów, komunikacja itp. są najlepszym potwierdzeniem buddyjskich nauk o nieistnieniu czasu) wynajęliśmy samochód i płacąc, oczywiście kilka razy drożej ruszyliśmy okrężną drogą do Indii. Nadłożyłem zaledwie jakieś sześćset kilometrów, ale wreszcie byłem w Indiach w drodze do Delhi. Następnego dnia po moim wyjeździe król Nepalu przejął władzę i ogłosił stan wyjątkowy. Tym sposobem i król i maoiści zebrali dużą ilość negatywnej karmy, bo wskutek sytuacji w tym kraju drugi kurs w Kirtipur został odwołany. Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedziałem i całkowicie pochłaniała mnie myśl, że wieczorem w Delhi ląduje samolot z moją mamą i Nastią – po trzech miesiącach samotnego klasztornego życia pomoc psychiatry, którym jest moja mama, i Nastii naprawdę była mi potrzebna. Wyruszyliśmy we trójkę, żeby spędzić nowy rok tybetański z Karmapą w Kalimpongu. Po drodze odwiedziliśmy oczywiście Sarnath i Bodgaja. Tam spotkaliśmy grupę dzikich Węgrów pod wodzą Zsuzsy i potem podróżowaliśmy razem. Pojechaliśmy między innymi do niezwykłego miejsca, niedaleko Bodgaja, jakim jest pole kremacyjne, na którym medytowali Tilopa i Nagardżuna. Położone jest na szczycie góry, gdzie znajduje się też maleńkie jezioro dakiń. Miejsce to nazywa się po tybetańsku Dziksurungła, co oznacza „przerażający” i całkowicie wbrew swej nazwie jest wręcz bajkowo piękne. Jeśli będziecie w Bodgaja, nie zapomnijcie tam pojechać i pomedytować!

W Kalimpongu trafiła mi się jeszcze jedna gratka. Otóż Karmapa zgodził się udzielić nam inicjacji Wielkiej Matki, czyli Pradżniaparamity (tyb. Jum Czienmo). Było nas zaledwie 15-20 osób! Stłoczyliśmy się w maleńkim pokoiku – miniaturowej gompie, w której zawsze medytuje w swoim domu Karmapa. Nikt chyba nie wierzył, że to możliwe. Przecież dla nas inicjacja zawsze kojarzyła się z imprezą dla setek lub nawet tysięcy osób, jak na przykład w zeszłym roku w Kucharach, a tu okazało się, że dla zaledwie garstki ludzi Karmapa przygotował taki prezent! Z Buddami po prostu wszystko jest możliwe – pamiętajcie o tym, kiedy dojedziecie do Kalimpongu! Z Kalimpongu wróciłem do Nepalu i już do końca mojego pobytu siedziałem w klasztorze Dupsiga Rinpocze niedaleko Pokhary. Tam czas rzeczywiście nie istnieje. Dni upływają na medytacji, chodzeniu do przyklasztornego uniwersytetu buddyjskiego i siedzeniu w przydrożnej knajpce.

Szkoła przy klasztorze nazywa się Wikramaszila Buddhist Institute. Uczęszczałem do drugiej klasy, podnosząc nieco średnią wieku w klasie mnichów w wieku od lat siedmiu do dziewięciu. Nauka gramatyki polegała na wyśpiewywaniu i literowaniu tybetańskiego tekstu i mimo że nie bardzo mieściłem się w maleńkiej ławce, codziennie rano darłem się równie głośno jak cała zgraja, równie jak ja łysych, mnichów (różnica jednak polega na tym, że moja łysina ma charakter przymusowy i trwały).

Co było dla mnie najważniejsze na tym wyjeździe? To, że mogłem się uczyć i że zaprzyjaźniłem się z Hero i Dzimpą, dwoma mnichami, którzy z pewnością urzeczywistnili paramitę cierpliwości podczas uczenia mnie tybetańskiego. A przede wszystkim to, że po raz kolejny przekonałem się jak niezwykłymi szczęściarzami jesteśmy, mając takiego nauczyciela jak Lama Ole. Spotkałem tam kilku rinpocze i kilku khenpo, ale żaden z nich – prócz Karmapy – nie uczy z takiego poziomu radości i mocy jak Lama Ole. Niewiele osób może otrzymać tam tak wysokie nauki, jakie my otrzymujemy na kursach mahamudry. Klasztory pełne są mnichów uczących się na pamięć, co niezbyt rozwija ich zdolność abstrakcyjnego myślenia, którą wymusił na nas zachodni system edukacji z matematyką i fizyką przez całe lata szkoły. Tam zdałem sobie sprawę, jak wielką jest to teraz pomocą. Przez tyle lat w szkołach uczyliśmy się koncentrować. Ta zdolność wspaniale teraz wspiera naszą medytację (na którą większość mnichów w klasztorze nie ma czasu!) i przyswajanie buddyjskich nauk. Większość rzeczy, które my chwytamy w lot, oni przyswajają dużą ilością powtórzeń. To niezwykłe szczęście odrodzić się na Zachodzie, tutaj trafić na nauki szkoły Karma Kagyu i spotkać tak drogocennego nauczyciela jakim jest Lama Ole. Dopiero wtedy – jak sądzę – Wschód może stać się wspaniałym i pełnym źródłem inspiracji, bo wówczas pod warstwą niezrozumiałych rytuałów i często skostniałej tradycji łatwo będzie nam znaleźć te najcenniejsze i najbardziej inspirujące nauki, otwierające umysł na doświadczenie jego własnego niezmierzonego bogactwa.

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

O Medytacji Karmapy - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Wszyscy pragną pokoju - XVII Karmapa Taje Dordże | Prawda absolutna i relatywna - Wywiad z Lamą Ole | Pieśń Wadżry - XVI Karmapa Rangdziung Rigpi Dordże | Karma nie jest żadną wielką sprawą - Dzigme Rinpocze | Ponadosobiste właściwości umysłu - Lama Ole Nydahl | Tsema - Postrzeganie zmysłowe - Gyatrul Rinpocze | Medytacja - Karola Schneider | Cytat - Gendyn Rinpocze | 8 linii przekazu w Tybecie - Detlev Göbel | Faza budowania i spełniająca w praktyce jidama - Szangpa Rinpocze | To jest zupełnie niesamowite - Tomek Lehnert | Zrodzony z lotosu - Ulla Unger | Buddyzm i moje myślenie zlały się w jedno - Żwirek rozmawia z Marcinkiem Barańskim | Cywilizacja buddyjska w starożytnej Azji - Rafal Kowalczyk | Rumtek się zbliża - Michael Den Hoet | Szamar Rinpocze w sprawie komentarzy Dalajlamy | Umysł jako nieograniczona przestrzeń - Sergiej Novozhilov | Buddyzm i gospodarka rynkowa - Sabine König | Gafa-kagyu i inne straszliwe historie ze wschodu - Artur Przybysławski | Projekt Hala Stupa House | Ośrodek Europejski na finiszu | 10 lat buddyzmu Diamentowej Drogi w Czechach - Mira Starobrzańska | Glasgow - Ewelina Hebda, Jarek Gajdamowicz | Jasna Góra zdobyta - Antoni Gralak | Bieszczady - BuddGroupBieszczady | International Institute for Buddhist Studies - Buddyjska uczelnia w Karma Guen - Maria "Bundesmarija" Przyjemska |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: