DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 37 -> Wyspy idealizmu

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Wyspy idealizmu

Żwirek rozmawia z Piotrkiem Kaczmarkiem
_________

Rozmawialiśmy w styczniu 2005 w kuchni Stupa House. Ja piłem mleko, Piotrek jadł musli, była szósta rano.


Cześć Piotrku! Jak miło spotkać kogoś z Poznania... Pamiętasz, jak zobaczyłeś lamę Ole po raz pierwszy?

Piotrek: Są to rzeczywiście starodawne czasy. Poznań 1985 rok. Ole, jak wtedy przyjeżdżał, był zawsze w każdym miejscu dwa dni, a nie jeden, jak teraz.

Słynne ogródki działkowe?

Piotrek: Tak! Ole miał przyjechać o 18-stej, spóźnił się o sześć godzin i pojawił dopiero w środku nocy. Byłem wtedy młodym anarchistą – zupełnie mi wisiało, czy ktokolwiek przyjedzie, czy nie. Było lato, byli fajni ludzie, wszyscy się doskonale bawili na tych ogródkach. Tak fajnie, że jak Ole się spóźniał to nikt się nie rozchodził, wszyscy po prostu czekali, tak naturalnie. Ole przyjechał gdzieś koło północy, od razu wskoczył na scenę i rozpoczął wykład. Wtedy wykłady trwały do szóstej rano. I na drugi dzień powtórka. Ja absolutnie nie poszukiwałem buddyzmu – kolega mnie wyciągnął – i od tego pierwszego razu poczułem, że coś zaiskrzyło. Wiesz, Żwirku, miałem 19 lat...

Jakoś zaraz później pojawiłeś sie w Kucharach?

Piotrek: Kontakt z Ole zmienił moje życie: przestałem brać dragi i postanowiłem pozwiedzać polskie ośrodki buddyjskie – a wtedy oprócz nas był jeszcze tylko zen – no więc zahaczyłem o Kuchary. To była wielka przygoda... Kuchary to była dzicz, coś nie do uwierzenia: jeden pokój, metalowe wiadro, studnia w piwnicy, ze sznurkiem. Spędziłem tam wtedy trochę czasu i jak tylko skończyłem szkołę to się w ogóle przeprowadziłem do Kuchar. Pierwsze kursy medytacyjne odbywały się w takim małym pokoiku – miał ze 20m2 – nabitym po brzegi ludźmi. Sufit nam spadał na głowę i wszyscy medytowali od rana do wieczora, spali jak śledzie, nie było ani jednej łazienki. Panowała za to wielka radość i nikt nawet nie myślał o lepszym standarcie. I jeszcze do tego park, który przypominał dżunglę.

Czym sie zajmowałeś w Kucharach?

Piotrek: Głównie zaopatrzeniem – była to ciekawa sprawa, bo wtedy nie było dosłowne niczego: po cement jeździłem pod Łódź, po stal na Śląsk, po cegły pod Warszawę. To były prawdziwe łowieckie wyprawy. Nie było wtedy samochodu, więc podróżowałem autobusami, pociągami, okazjami. Pierwszy samochód dostaliśmy po ośmiu niungne – takiego żółtego mercedesa. Zresztą po tym niungne rozpuściły się też przeszkody związane z kupnem Kuchar. Wiesz, myśmy już wiele lat przed tym, zanim Kuchary stały się do końca nasze, mieszkali tam, działali, medytowali. W dworku wciąż jeszcze mieszkało jakieś chłopstwo, w sumie bardzo mili ludzie. Jak się już wyprowadzili, to nawet przyjeżdżali spotkać się z Ole. Pomieszkiwali w tej części, w której teraz jest biuro, a my w tej drugiej.

Później była Hiszpania?

Piotrek: O nie! Jeszcze była Norwegia – błogosławieństwo Buddów dla polskiej sangi. Wtedy największą polską sangą była sanga w Oslo (śmiech). Było nas ze sto osób. Wspólne życie, praca.. W Polsce szaro, brudno i nudno. Taki wyjazd przypominał skok w inną rzeczywistość – w kolorowy świat i wszystkie możliwości z tym związane. Norwegia sprzyjała Polakom – łatwo było dostać pozwolenie na pracę, wizę. Jeździliśmy tam, wracaliśmy i część pieniędzy, tych zarobionych, zostawialiśmy w Kucharach. To było tak: najpierw Ole dawał na nie kasę, potem Niemcy, a jeszcze później my – polska sanga z Oslo. Wielu z nas miało wtedy taką świadomość, że wyjeżdżając wspomagamy polskie ośrodki.

Czyli nie była to tylko przygoda?

Piotrek: Nie! To były przyjaźń i idealizm. Na przykład większość z nas, jadąc do Norwegii, nie znała angielskiego. Dopiero tam, na miejscu, wszyscy się go razem uczyli, pomagali sobie. Piękny czas, naprawdę wypełniony przyjaźnią.

To kiedy zdecydowałeś się na Hiszpanię?

Piotrek: To nie była żadna świadoma decyzja. Postanowiliśmy pojechać tylko na poła, w 1991 roku. Mieliśmy zostać dwa tygodnie, a zostaliśmy... trzy lata (śmiech). Hiszpania wtedy – 14 lat temu – to była wyspa, wysepka idealistów. Głównodowodzącym był Björn, brat Olego, mieszkało tam też jeszcze kilku Niemców, jeden Angol i my – troje Polaków. Karma Guen to taka studnia bez dna. To przestrzeń, którą wciąż można wypełniać nowymi aktywnościami i wciąż jest miejsce na kolejne. Naszym zadaniem było stworzenie podwalin ośrodka, całej tej pierwotnej struktury.

Tam zbudowałeś pierwszą stupę w swoim życiu?

Piotrek: Pierwsza to była ta stara, kucharska. Pomagałem trochę przy jej budowie. Ale oczywiście budowa stupy w Karma Guen stanowiła przełom – dla wielu ludzi. To była pierwsza stupa zbudowana w Europie przez Rinpocze – całe to doświadczenie miało w sobie coś niesamowitego. Sam Rinpocze był przez cały czas na miejscu, a budowa trwała sześć miesięcy. Było to pół roku zupełnie innej rzeczywistości. Atmosfera była niewiarygodna – znaki powodzenia pojawiały się za każdym razem jak dopracowywaliśmy jakiś detal stupy, no po prostu właściwie bez przerwy. Nieustanna obecność Rinpocze była niezwykła, samo miejsce jest niezwykłe. A okres budowy stupy Kalaczakry jest właściwie w ogóle nieopisywalny. Poziomy pewnej głębi jakie wtedy powstały, są zwyczajnie nie do opowiedzenia. Poziom związków z ludźmi. W budowie uczestniczyło koło pięćdziesięciu osób. Byliśmy cały czas razem, cały czas z Rinpocze – tego naprawdę nie da się opisać.

Piotrku chciałbym teraz porozmawiać o bardziej prywatnych sprawach. Wiem, że byliście – Ty, Mirka, Mateusz – bardzo blisko związani z Rinpocze...

Piotrek: Rinpocze był dla nas jak ojciec. Traktował nas jak własne dzieci. Mateusz był dla niego jak wnuczek, a my jak dzieci. W tamtych czasach dookoła Rinpocze nie było jeszcze tylu ludzi. Więc wejście w taki związek było właściwie normalne. Pamiętam, jak jeździliśmy razem na plażę i chodziliśmy z Ripocze po tej plaży trzymając sie za ręce. Już wtedy miałem wrażenie, że jest to sytuacja zupełnie nietuzinkowa. Sam wiesz, że Rinpocze tak działał, miał takich związków bardzo dużo. Spotykał ludzi, którzy widzieli go pierwszy raz w życiu, którzy znali tylko jeden język – a On podchodził do nich i miało się wrażenie, że znają się wiele lat i rozstali się wczoraj wieczorem. Głębokie związki z ludźmi to była specjalność Rinpocze. Wielu ludzi traktował jak rodzinę.

Tak... Pamiętam piękną rodzinną kolację z Rinpocze, u Was, w Grazu. Dlaczego wyjechałeś z Hiszpanii?

Piotrek: W Hiszpanii pewien okres, bardzo piękny, dobiegł końca. Mieliśmy wrażenie, że zostając tam ograniczymy naszą przestrzeń. Postanowiliśmy pojechać do Ameryki – Ole doradził nam jednak Graz. Nigdy tam wcześniej nie byliśmy, nie wiedzieliśmy, gdzie to w ogóle jest. Wybraliśmy się tam i poznaliśmy ludzi, którzy mają dużo słowiańskiej wibracji (śmiech). Był to moment, kiedy rozpoczynała się budowa ośrodka i Ole poprosił mnie o pomoc przy tej budowie. Złożyło się wiele dobrych warunków. To był początek naszego życia w Grazu.

No i kolejna stupa...

Piotrek: Stupa była dwa lata później. Po zbudowaniu ośrodka. W ogóle budowa w Grazu różniła się od innych miejsc, które powstawały do tej pory. Graz to wielkie miejsce, jak na tamte czasy jedno z większych, jakie mieliśmy i zostało zbudowane w ciągu jednego roku. Było to możliwe tylko dlatego, że zatrudniono duże, profesjonalne firmy, które finansował Jakob – nasz wspólny przyjaciel. Ja na tej budowie byłem jakby jego przedstawicielem. Pracowało tam czasami ponad pięćdziesiąt osób, to było wielkie przedsięwzięcie. Reprezentowałem więc Jakoba i architektów. A zaraz potem pojawiła się stupa tysiąca bram, przy której pracowaliśmy już wspólnie. To też było ekscytujące przeżycie... (zob. DD nr 20)

I Twoja praca w ośrodku dobiegła końca?

Piotrek: Nie, wciąż jesteśmy bardzo aktywni. Nasz ośrodek jest tak duży, że daje wiele możliwości. Przenieśliśmy się do dawnego ośrodka – starego buddyjskiego domu – było to zresztą pierwsze miejsce w Europie, w którym Ole założył centrum. Jest dalej piękne i znakomicie funkcjonuje jako „dodatek” do nowego ośrodka. „Nowy” jest domem, w którym żyją rodziny i ma wielkie możliwości, związane z przestrzenią. Jest tam duża gompa, stupa, park dookoła. My natomiast tworzymy wspólnotę mieszkaniową z buddystami. Oferujemy w ciągu tygodnia medytacje dla miasta i w ten sposób uzupełniamy aktywność ośrodka. W tej chwili mamy pomysł na wynajęcie naprawdę wielkiego domu w Grazu, bo buddyzm rozwija się tam naprawdę prędko. Zasadniczo budowa ośrodka jest tylko jednym z wielu elementów całej sytuacji. Utrzymanie go, praca w nim, wspólne medytacje i spotkania są zasadniczą i najważniejszą funkcją ośrodka. Bardzo łatwo jest coś zbudować, jest to w dodatku namacalne. Trzeba skrzyknąć kilku ludzi, kupić materiały – to właściwie dzieje się naprawdę łatwo. Ale faktyczna praca zaczyna się dopiero potem. Co więcej, taka praca daje dużo radości i uważam, że to jest nasze właściwe zadanie.

Od kilkunastu lat co roku jeździsz do Grecji...

Piotrek: Grecja jest dla nas prezentem. To jest koniec Europy, dzika natura, prymitywne i surowe warunki. Miejsce należące do nikogo. To daje możliwość spotkania się wielu narodów i kultur. Głównym zadaniem nas wszystkich jest teraz stworzenie ośrodka europejskiego – będzie to baza dla naszej pracy. Jest to bardzo wyraźne życzenie Olego, byśmy – reprezentując różne narodowości – tworzyli jedną, wspólną Diamentową Drogę. I w tym sensie Grecja jest przedsmakiem tego europejskiego centrum... A ponieważ sama idea jest nowa, to właśnie Grecja jest dla tej idei poligonem. Istnieje tyle stereotypów, które trzeba przezwyciężyć i łamać. Niemcy przecież nie zawsze są tacy źli (śmiech). To się zmienia. Więc Grecja jest czymś wspaniałym: to neutralne miejsce, w którym ludzie z różnych stron świata mogą się poznać, być takimi, jakimi są i równocześnie sprawdzić się, bo warunki egzystencji są tam bardzo surowe. Poza tym widać, że idealizm jest wszędzie jednakowy, niezależnie od narodowości, łączą nas silnie związek z Lamą i wspólna praktyka. Poszczególne narody maja różne charaktery, ale jesteśmy jedną rodziną. Zrozumienie tego, to właśnie idea europejskiego ośrodka. Życzeniem Olego jest byśmy wspólnie potrafili tworzyć naprawdę wiele rzeczy. Grecja pokazuje, że jest to możliwe.

A jak widzisz przyszłość tego greckiego ośrodka? W końcu przez większą część roku stoi on pusty.

Piotrek: Ludzie już teraz spędzają tam po pół roku. Teraz głównie przygotowujemy teren pod budowę nowej stupy Kalaczakry. Jest już gotowy domek lamy, stoi prysznicownia. A samo miejsce jest bardzo unikalne, dzikie i nieobliczalne. To nigdy nie będzie pole spotkań tysięcy ludzi – nie to jest naszym celem. W tej chwili celem jest stworzenie płaszczyzny do integracji, a ostatecznym – ośrodka odosobnieniowego.

Jak to jest, Piotrku – być Austriakiem i Polakiem i jeszcze nauczycielem dharmy (śmiech)?

Piotrek: W Austriakach podoba mi się to, że ze sobą nie walczą. Konflikty są rozwiązywane w inny sposób niż w Polsce. Muszę przyznać, że tego się od nich uczę: jeżeli istnieją różne opinie, to jeszcze nie jest to wystarczający powód do wojny. To bardzo dojrzały pogląd. A Polacy? Są bardziej uczuciowi i temperamentni. Jest to fajne – tkwi w tym wielki potencjał. Ale trzeba to kontrolować. To jest chyba taka podstawowa różnica – w Polsce jest więcej zaangażowania, potencjału, ognia. Z drugiej strony łatwo staje się to destruktywne. W Austrii jest tego mniej – jest więcej ciepła i bezpieczeństwa. Oni naprawdę uważają na to, żeby nikogo nie skrzywdzić, żeby ludziom raczej pomagać. Nawet w sytuacjach, kiedy sprawy nie zawsze toczą się tak jakby chcieli. W każdym razie Austria to zdecydowanie kraj słowiański, a nie germański (śmiech). Co do kolejnej części pytania... Wszyscy jesteśmy nauczycielami – uczymy się od siebie i to jest najważniejsze. Absolutnie nie przywiązuję się do takiej roli. Cały czas sobie pomagamy i teraz to ty jesteś moim nauczycielem. Bycie nauczycielem nie ma dla mnie żadnego znaczenia

A jak zmienił się buddyzm od 1985 roku?

Piotrek: Jesteśmy o wiele bardziej wolni niż kiedyś. Proces tego wyzwalania się był długi i żmudny. Kiedy buddyzm pojawił się w Polsce, był buddyzmem tybetańskim, a nie buddyzmem Diamentowej Drogi. Dziś z kolei nikt nic nie wie o buddyzmie tybetańskim, za to wszyscy wiedzą czym jest buddyzm Diamentowej Drogi. Dla mnie osobiście to, czym się teraz zajmujemy, jest o wiele bardziej esencjonalne niż to, co było. Teraz po prostu zajmujemy się esencją umysłu, jego możliwościami. Kiedyś buddyzm był bardziej skomplikowany, traciło się czas na wiele niepotrzebnych rzeczy, które tak naprawdę nie miały z dharmą nic wspólnego.

Na przykład?

Piotrek: Mam na myśli całą tę zewnętrzną otoczkę – tybetański styl, ikonografię, ichni sposób myślenia. Duża w tym zasługa Lamy Ole, że mamy dzisiaj właśnie taki buddyzm, a nie inny. W dzisiejszych czasach Diamentowa Droga jest czymś, co można zaprezentować światu z podniesionym czołem. Natomiast nie wiem, czy mógłbym pochwalić się komuś tym buddyzmem, który poznałem w 1985 roku. Co do naszej przyszłości to trudno powiedzieć, co się wydarzy. Obserwując tempo w jakim wzrastamy – nawet z perspektywy pięciolatki – ten rozwój jest niewiarygodny. Także kiedyś było to trudne do wyobrażenia.

Właśnie zbliża się szósta rocznica Stupa House. Byłeś tu sześć lat temu. Mówiłeś, że budowa potrwa jeszcze 12 lat, ja mówiłem o trzech, jesteśmy więc gdzieś pośrodku. No i jak?

Piotrek: Kopara opadła mi do blatu (śmiech). Jest piękna, piękna, piękna. SH to coś bardzo wielkiego, nie trzeba o tym mówić, to samo sobą pokazuje, czym jest. W jakim kierunku to się posuwa? Wiesz, Żwirek, jakość SH i wasze pomysły inspirują wiele, wiele ośrodków na całym świecie. Austriakom bardzo się podoba w Polsce. Po ostatniej trasie z Ole są w w niej wręcz zakochani. To jest genialny przykład na to, jak możemy się nawzajem uzupełniać i inspirować. Pomysły ze SH inspirują zresztą nie tylko Austriaków. Zauważyłem, że również Niemcy są totalnie zainspirowani. Minęły czasy, kiedy myśleli, że płaca za polskie ośrodki. Teraz oni przyjeżdżają tu i uczą się. Uczą sie innego sposobu myślenia, uczą się odważnych pomysłów. SH jest źródłem, z którego mogą czerpać.

Co buddyzm zmienił w Twoim życiu?

Piotrek: Wszystko. Dopóki nie spotkałem Olego, interesowały mnie głównie dragi i picie. To co robimy teraz – rozprzestrzeniając nasz idealizm i przyjaźń w tej formie – ma naprawdę znaczenie.

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Umysł jako ostateczne schronienie - Lama Ole Nydahl | Lama jako źródło błogosławieństwa - Dziamgon Kongtrul Rinpocze | Identyfikacja z nauczycielem - Wywiad z Lamą Ole | Trucizny umysłu - Gendyn Rinpocze | Cytat - Lama Ole Nydahl | Największa przeszkoda na ścieżce - Gjatrul Rinpocze | Potrzebujemy przyjaciół - Manfred Seegers | Cytat - Szantidewa | Dzierżawcy linii przekazu Kagyu - Patricia Schaffrick | Medytacja w życiu codziennym - Marcin Barański | Pieśń dla młodej kobiety - Milarepa | Lama jest mądrzejszy od nas - Wojtek Tracewski | Uzdrawiająca tradycja Buddy Medycyny - Robert Sachs | Wyspy idealizmu - Żwirek rozmawia z Piotrkiem Kaczmarkiem | Cytat - Gampopa i Milarepa | Byliśmy Khampami - Michał Bobrowski | Wszystko jest wodą czyli Tales z Miletu a Budda - Ralf Bohn | Triangle News - Grzegorz Kuśnierz | Surfing Budda - Phil Carlise, Mick Gabriel, Bart Lipowski | Ośrodek Diamentowej Drogi w Connecticut, USA - Kasia Sikora-Kowolik | Władywostok - Igor Popkow | Budujemy kolejną fabrykę wyzwolonych - Adam Jankiewicz | Umysł bez granic - Ula Wasilewska, Bartek Kozłowski | "Kruszynka" nauczycielem! |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: