DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 37 -> Medytacja w życiu codziennym

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Medytacja w życiu codziennym

Marcin Barański
_________

Na początku wykładu na temat medytacji opowiadam zwykle pewną historyjkę. Jest to opowieść o biznesmenach, którzy chcieli dowiedzieć się czegoś więcej o tym, jak lepiej wykorzystywać czas. Nie byli byle kim, więc chcieli czegoś wyjątkowego. Poszli zatem do pewnego profesora, który był znany ze swojej mądrości.


Profesor przyszedł na salę wykładową, usiadł za biureczkiem, siedzi i po chwili wyciąga spod niego puste wiaderko, które napełnia kamieniami. Po czym pyta, czy wiaderko jest pełne. Biznesmeni na to, że jest. Więc on po chwili wyciąga drugie wiaderko ze żwirem i sypie go między te kamienie. Okazuje się, że cały żwir się zmieścił. Znowu pyta, czy jest pełne, oni – że jest. On na to bierze zbiornik z piaskiem i zaczyna wsypywać ten piasek między żwir i kamienie. Wsypał i pyta: „Jest pełne”? Oni znowu, że tak. Wtedy profesor wyjmuje pojemnik z wodą i wlewa ją do wiaderka. Oczywiście, wszystko się zmieściło. Następnie mówi tak: „Te kamienie to najważniejsze rzeczy w życiu”. Nie był buddystą, więc miał na myśli rodzinę, wyczynową jazdę na rowerze, itp. Ta historia pokazuje jednak, że jeśli chcemy poświęcić się jakiejś naprawdę ważnej sprawie, musimy oddać jej pierwszeństwo w życiu. Inaczej w kółko myślimy, że mamy jeszcze do zrobienia mnóstwo rzeczy.

W dodatku jest tak, jak mówi Lama Ole: świat działa jak spisek, który odciąga naszą uwagę od rzeczy istotnych. My stajemy się ofiarami tego spisku, ponieważ albo o nim nie wiemy, albo ciągle zapominamy. W końcu prowadzi to do tego, że rzeczy mało istotne wypełniają całą przestrzeń naszego życia, wypierając te ważne. Jeżeli zapominamy o tym, co jest najważniejsze, to funkcjonujemy trochę jak alkoholicy. Ktoś nam mówi: „No, tylko malutki kieliszeczek”, my go wypijamy i dalej następuje cięcie, czarna dziura. Wychodzimy z niej tydzień później i widzimy, że mieszkanie jest zdemolowane. Na dodatek mamy pusty portfel i długi. Musimy sobie nieustannie przypominać i weryfikować to, co jest dla nas najważniejsze. Jeśli chcemy, żeby to życie miało sens, rzeczy istotne muszą znaleźć się na pierwszym miejscu. Tak jest z medytacją. Ona jest w naszym życiu tą naprawdę ważną sprawą, ponieważ prowadzi do trwałych wartości. Tak więc, gdybyśmy się lepiej zastanowili, umieszczalibyśmy ją na samym początku naszej listy priorytetów. Oczywiście nie powinno być w naszym życiu podziału na medytację formalną i nieformalną. Lama Ole zapytany kiedyś, czy trzeba siedzieć, żeby medytować, odpowiedział: „Nie trzeba, ale żeby się nauczyć medytować dobrze, trzeba wcześniej trochę posiedzieć”. Dążymy do takiej sytuacji, w której nasz umysł będzie zawsze tam, gdzie tyłek – zawsze tu i teraz. Taka medytacja, w jakiej jesteśmy zawsze obecni i świadomi, „To – jak mówi III Karmapa – najlepszy sposób bycia”. Naszym celem nie jest więc siedzenie, ale stan umysłu, z jakim funkcjonuje Lama Ole. Jego umysł pozostaje w jednym miejscu, chociaż nogi biegają. Z nami jest zupełnie na odwrót – umysł błąka się nawet wtedy, gdy nic nie robimy.

Medytacja jest najważniejsza, ale to jest tylko część prawdy. Jeżeli chcemy w istotny sposób wpłynąć na swoje życie, jeśli zamierzamy rzeczywiście je zmienić, nie wystarczy nam taka cząstkowa metoda. Wszystko, co robimy, powinno być częścią jakiejś większej całości. Dlatego, że jesteśmy skomplikowaną konstrukcją, składamy się z wielu aspektów: uczuć, myśli, dążeń. W związku z tym, jeśli chcemy wpłynąć na całe nasze życie, musimy zastosować kompleksowe metody. I tutaj nie da się tego szybko załatwić. Nie wystarczy pójść na targi ezoteryczne i kupić „pierścień atlantów”, czy „analizator aury”. Tak naprawdę obecne muszą być tak zwane „trzy filary nauk”.

Po pierwsze, powinniśmy się czegoś o buddyzmie dowiedzieć, otrzymać o nim informacje. W tym celu idziemy na wykład albo czytamy książkę. Przede wszystkim musimy zorientować się, jaki jest cel, a potem dowiedzieć się, jaka droga do niego prowadzi. Należy dobrze poznać zarówno jedno, jak i drugie. Gdybyśmy mieli określić buddyzm mianem religii, nie nazwalibyśmy go religią wiary, ale doświadczenia, i dlatego informacja o nim musi być w pełni logiczna i spójna. Oczywiście, musimy mieć tutaj możliwość zadawania pytań, wyjaśnienia wątpliwości, co jest dla nas bardzo ważne. Chodzi nam przecież o zdobycie prawdziwej wiedzy i zrozumienia. Nie wystarczy, że coś usłyszymy albo o czymś przeczytamy. Ważny jest głęboki wgląd, którego w zasadzie nie da się opisać – gdyby było inaczej, pierwszy filar w pełni wystarczyłby do osiągnięcia celu.

Wiedza w buddyzmie oznacza „urzeczywistnienie”. Używamy tu tego specjalnego określenia, żeby nikt nie myślał, że sama wiedza wystarczy. Zanim chociażby najmniejsze zrozumienie którejś z przekazywanych przez Buddę nauk pojawi się w naszym umyśle, upływa trochę czasu. Lama Ole mówił kiedyś, że zajmuje to 10 lat... ale ostatnio nie mówi już o tym w ogóle. Dlatego też, dopóki nie dotrzemy do takiego momentu, kiedy osiągniemy absolutną pewność, zachowujemy się rozsądnie, jak dobry naukowiec. To znaczy, że stawiamy na taką teorię, która jest najlepsza i optymalnie wszystko wyjaśnia. Nie mówimy, że widzimy coś, czego nie widzimy, bo nie jesteśmy chrześcijanami. Z buddyzmem mamy o tyle przyjemne zadanie, że jest teorią wybijającą się z przeciętności. Każdy z nas w drodze do dharmy otarł się o różne teorie i światopoglądy i prawdopodobnie wszyscy zgodzicie się co do tego, że jest ona najbardziej logiczna, spójna i przejrzysta.

Poza tym, jeżeli mamy już być dobrymi naukowcami i podchodzić do tych teorii w sposób rozsądny, to musimy zapewnić sobie coś takiego, co Lama Ole nazywa „szarą strefą”. Znaczy to mianowicie, że jeżeli jest jakaś informacja, której jeszcze nie zrozumieliśmy, to po prostu przenosimy ją do tej strefy. Jest to rodzaj poczekalni, gdzie rzeczy mają czas, żeby dojrzeć. Na przykład Napoleon miał zwyczaj czekać przez dwa tygodnie, zanim odczytał korespondencję, ponieważ do tego czasu większość spraw sama się wyjaśniała. Tak samo jest też z naszą poczekalnią: nie musimy się spieszyć – rozwój to nie konkurs, po którym trafimy do nieba lub piekła. Kiedy pojawia się nowe doświadczenie, sprawdzamy, czy potwierdza ono naszą wcześniejszą teorię, czy wręcz przeciwnie – całkowicie jej zaprzecza. Z „szarej strefy” korzystamy również po to, by podejmować decyzje. Nie chodzi o to, żeby każdą z nich odkładać w nieskończoność, ale jeżeli zachodzi potrzeba działania, decydujemy na podstawie największego prawdopodobieństwa sukcesu. Na tym polega pierwszy filar nauk, czyli wiedza i zrozumienie.

Pomińmy chwilowo drugi i przejdźmy do trzeciego, który jest niezbędny na każdej drodze duchowego rozwoju. Nazywa się on zabezpieczeniem albo działaniem. Ten filar opiera się na metodach, pozwalających nam zachować poziom wiedzy i doświadczenia, który już osiągnęliśmy. Można to porównać do sytuacji, w której znajduje się alpinista wchodzący na ściankę. Kiedy osiąga już pewną wysokość, asekuruje się poprzez wbicie specjalnego haka, zabezpieczającego go przed upadkiem na dół. To zaplecze jest różne w zależności od ludzi, którzy praktykują na poszczególnych poziomach nauk Buddy. Na poziomie Małej Drogi, gdzie najważniejsze jest prawo przyczyny i skutku, i unikanie tego, co może prowadzić nas do kłopotów, najlepszym środkiem zabezpieczającym rozwój jest przyjęcie ślubowań, czyli po prostu życie w klasztorze jako mnich albo mniszka. Na drugim poziomie nauk Buddy, Wielkiej Drogi, gdzie pragniemy rozwijać współczucie i mądrość, wszystko trochę się upraszcza. Z wielu licznych obietnic pozostaje nam jedna – przyrzeczenie bodhisattwy, które jest obietnicą pracy dla pożytku wszystkich istot. Dzięki niemu jesteśmy zabezpieczeni i przypominamy miseczkę, która rzucona z mostu zatrzyma się na powierzchni wody i będzie się na niej unosić, a nie kamień, który wpada do wody i opada na dno. Fakt, że zdecydowaliśmy się pracować dla pożytku innych, sprawia, że możemy utrzymać cały rozwój, jaki udało nam się osiągnąć.

Poziomem, który nas tak naprawdę najbardziej interesuje, jest Diamentowa Droga. Tutaj zabezpieczeniem jest nieustanne zachowywanie i rozwijanie tzw. „czystego widzenia”. O co w nim chodzi? Wykorzystując nasze zrozumienie i logikę, widzimy, że przestrzeń jest nieograniczona, zjawiska pojawiają się jak nieprzebrane bogactwo, co znaczy, że w każdej sytuacji można znaleźć coś interesującego i inspirującego. Nie ma takich okoliczności, w których bylibyśmy całkowicie bez wyjścia. Jeśli zrozumiemy, że wszystko jest umysłem, to odkryjemy, że nie istnieją żadne bariery. To czyste widzenie polega na umiejętności znajdowania wyjścia z sytuacji i odnajdywania rzeczy, na których można budować. Nie działamy natomiast w oparciu o przyzwyczajenia, które podpowiadają nam, że trzeba przygotować się na najgorsze. Staramy się też nie kierować wyuczonym pozytywnym myśleniem, które polega na powtarzaniu sobie nieustannie, że dojdziemy do jakiegoś celu, że nam się uda i osiągniemy sukces. Pierwszy z tych rodzajów myślenia jest głupi, a drugi sztuczny, ponieważ nie ma nic wspólnego z prawdą o zjawiskach. Autentyczne czyste widzenie podbudowane jest zdrowym rozsądkiem i zrozumieniem, że przestrzeń nie ma granic.

Każdy z nas znalazł się w sytuacji faceta, który chce pożyczyć od sąsiada sekator. Jednocześnie przygotowuje się on na najgorsze i rozmyśla o tym, jak to sąsiad wcześniej mu czegoś nie pożyczył, że ma hałaśliwe dzieci i brzydką żonę. Tak się nakręca, że kiedy w końcu sąsiad otwiera drzwi, facet mówi: „Ten sekator to może pan sobie wsadzić! „. W tym momencie sytuacja jest całkowicie zamknięta i nic więcej się już nie da zrobić, w dodatku ten ktoś sam stworzył tę sytuację. Dlatego gdy zaczniemy ćwiczyć przełamywanie naszych stereotypowych wzorców zachowania, polegających na szukaniu dziury w całym, zobaczymy, że z każdej sytuacji można znaleźć jakieś wyjście. To taki prosty magiczny zabieg, który warto wypróbować i przekonać się, że działa, a potem stosować to częściej. W trudnej sytuacji postarajmy się nie reagować szablonowo, spróbujmy zachować otwarty umysł i świeże nastawienie. Najczęściej wtedy okazuje się, że wydarzył się cud. Najgorsze nie następuje: szef na nas nie nakrzyczał, a teściowa nie miała pretensji. Sytuacje nie są ani kwadratowe, ani trójkątne, ani koliste i dlatego gdy nastawimy się na znalezienie rozwiązania, na nauczenie się czegoś, to tak się też stanie. To my stwarzamy nasz umysł i to jest najciekawszy rodzaj ochrony.

Omówiłem dwa filary rozwoju: wiedzę i zabezpieczenie, teraz kolej na trzeci filar, medytację. Ma ona doprowadzić do tego, żeby naszą podbudowę teoretyczną i intelektualne zrozumienie przekształcić w rzeczywiste doświadczenie. Z tego powodu buddyzm nazywamy religią doświadczenia. Istnieje wiele rodzajów medytacji, ale niezależnie od poziomu nauk czy tradycji wszystkie one działają w podobny sposób. Najpierw do umysłu wprowadzić mają uspokojenie – rozluźnienie powodujące, że przestajemy się czuć jak chodząca tarcza, do której wszyscy strzelają. Dzięki temu z umysłu mogą wyłonić się jego doskonałe właściwości. Nie należy myśleć, że w czasie medytacji dokładamy do umysłu coś, czego w nim nie ma. Kiedy się odprężymy i zobaczymy, że nikt do nas nie strzela, będziemy umieli dostrzec, że przestrzeń nie może zostać zniszczona, i że to my jesteśmy tą przestrzenią, a nie małym człowieczkiem, którego Bóg wybrał sobie na eksperymenty. Wówczas przestaniemy się bać i staniemy się nieustraszeni. Nieustraszoność to właściwość wyłaniająca się z wglądu, że przestrzeń nigdy nie powstała i nigdy nie przeminie. Wtedy też zrozumiemy, że rzeczy wydarzające się w tej przestrzeni nie są skierowane przeciwko nam, nie są też czymś, co posiadamy, lub czymś, czego potrzebujemy. Po prostu wszystko, co się wydarza, jest wyrazem bogactwa umysłu.

Kiedyś do cesarza Chin wezwano mędrca i zapytano go, kto jest najbogatszy na świecie. Nie było mu łatwo zareagować na to w inteligentny sposób, ponieważ wszyscy spodziewali się usłyszeć: „Ty, o wielki cesarzu! „, a każda inna odpowiedź groziła śmiercią. Jednak mędrzec powiedział: „Jest taki jeden człowiek, nazywa się Milarepa”. A cesarz krzyknął: „Jak to?! „ Mędrzec na to: „Milarepa siedzi sobie w Tybecie w jaskini i w jego umyśle nie pojawia się żadne pragnienie. W związku z tym wszystko, co się wydarza, jest dla niego wspaniałym prezentem”. To jest właśnie bogactwo, które pojawia się w naszym umyśle, kiedy przestajemy się bać. Możemy je nazywać radością. Na tym polega druga ponadczasowa właściwość umysłu, która pojawia się wtedy, gdy urzeczywistnimy jego esencję. Trzecia właściwość wynika z tego, że kiedy jesteśmy już na takim poziomie, na którym wszystko wyraża potencjał przestrzeni i niczego się nie boimy, dostrzegamy, jak nieskończenie wiele jest istot, które chcą być szczęśliwe i chcą uniknąć cierpienia. Wówczas w naturalny sposób pojawia się w nas chęć pomagania im w osiągnięciu tego. Nazywamy to „aktywnym współczuciem”. Te trzy właściwości wyłaniają się samoistnie z umysłu, wtedy, kiedy się on uspokoi. Lama Ole używa tutaj przykładu ze zdobywaniem kobiety: pierwsza, zła metoda jest taka, że gonimy za nią, zdzieramy szaty i dziko pokrzykujemy. Druga, skuteczna metoda, polega na tym, że pracujemy, żeby mieć porsche i książeczkę czekową, którą kładziemy potem na dachu naszego auta. Wtedy dziewczyna przychodzi sama.

Inny przykład to trójwymiarowe obrazki, stereogramy. W zasadzie wyglądają one jak kolorowy, pstrokaty dywan. Ktoś jednak przychodzi do nas i pokazuje: „Patrz – tu jest trójwymiarowy słoń, tu samochód, a tu drzewo”. My natężamy wzrok, głowa nas boli, oczy łzawią i nic – dalej widzimy tylko ten dywan na wierzchu. Tymczasem on już ogląda następny obrazek: „Patrz, lokomotywa! „. Jednak kiedy zostajemy sami, bierzemy książeczkę do ręki. Trochę patrzymy, a trochę myślami jesteśmy gdzie indziej – aż nagle widzimy, że na obrazku coś zaczyna się poruszać i pojawia się trzeci wymiar. Widzimy obraz o wiele ciekawszy od tego kolorowego dywanu, ma głębię, jest trójwymiarowy. Możemy go oglądać szczegół po szczególe, możemy na niego patrzeć z daleka. W dodatku okazuje się, że nie musimy wkładać w to żadnego wysiłku. Ciekawe jest też to, że ten wymiar nie pojawił się tam nagle, on zawsze tam był. Można zgnieść kartki książeczki, znowu rozprostować, a on zawsze tam będzie. Dokładnie tak jest z doskonałymi właściwościami umysłu. Są one zapisane w naszym umyśle, żeby się jednak ukazały, potrzebujemy uspokojenia i rozluźnienia uzyskanego dzięki medytacji. W naszej linii Kagyu są trzy drogi, które mogą do tego celu prowadzić. Pierwsza to droga foremna albo droga metod; druga nazywana jest drogą wglądu lub drogą bezforemną, a trzecia nosi miano ścieżki identyfikacji. Podążanie dwiema pierwszymi ścieżkami wymaga skończenia Praktyk Podstawowych i wcześniejszego pobytu na długich odosobnieniach. Między innymi dlatego na Zachodzie koncentrujemy się raczej na praktyce w ramach ścieżki identyfikacji.

Zajmijmy się jednak najpierw drogą metod, czyli ścieżką foremną. Tutaj medytacje składają się z fazy budowania i fazy rozpuszczenia. Są to metody, w których używa się form z energii i światła – buddów, jidamów. Identyfikujemy się z nimi, używamy wibracji mantr, pracujemy z kanałami energii. Praktyki wchodzące w zakres drogi metod są zebrane w tzw. Sześć Jog Naropy. Medytacja świadomego umierania, czyli Poła, także należy do ścieżki foremnej. Praktyki te wymagają długich odosobnień, ale trudno jest je wykonywać, kiedy jest się aktywnym w codziennym życiu. Na tej ścieżce rozpoznaje się umysł poprzez aspekt energii, dzięki wykorzystaniu zdolności umysłu do działania. Dalej mamy drogę wglądu, inaczej bezforemną. Tutaj poznajemy umysł przez jego aspekt świadomości. W tym przypadku pracujemy z dwoma rodzajami medytacji; jedna nazywa się po tybetańsku „szine” a druga „lagtong”. Po polsku mówimy odpowiednio o medytacji uspokojenia umysłu, czy też jednoupunktowienia, oraz o medytacji wglądu. Najpierw wykonujemy medytację szine, czyli ćwiczymy swoją koncentrację. W rezultacie uspokajamy umysł, rozluźniamy się, relaksujemy. Koncentrację i uspokojenie uzyskujemy poprzez skupianie się na obiekcie. Istnieje tak wiele medytacji szine, jak wiele jest przedmiotów, na których możemy się koncentrować. Może to być punkt w przestrzeni, posążek Buddy, jego wyobrażona forma, czy też nasz oddech na czubku nosa. Efektem ubocznym tej medytacji jest osiągnięcie ponadnaturalnych zdolności, takich jak latanie, czytanie w uczuciach i myślach innych, przenikanie przez ściany, itp.

Kiedy umysł jest już uspokojony, zaczynamy praktykować medytację wglądu. Nie polega to jednak na tym, że robimy przez jakiś czas szine i po upływie na przykład trzech miesięcy decydujemy się pójść do Lamy i poprosić o medytację wglądu. Ten wgląd po prostu się pojawia. Można to lepiej zrozumieć na przykładzie filiżanki z kawą. Jeśli nie będziemy nią potrząsać, na powierzchni kawy zaczną odbijać się różne rzeczy. Te dwie drogi, droga metod i droga wglądu prowadzą do tego samego celu, którym jest oświecenie. Po prostu pracują one z różnymi aspektami naszego umysłu, czemu możemy się przyjrzeć, biorąc za przykład jeźdźca na koniu. Zarówno koń, jak i jeździec są niespokojni: koń wierzga, człowiek omdlewa ze strachu. Jak można to zmienić? Jeden sposób to ułagodzić konia. Kiedy przestaje on wierzgać, jeździec widzi, że nie jest tak niebezpiecznie, jak myślał, i też się uspokaja. I tak właśnie działają medytacje drogi metod. Czyścimy, wyprostowujemy i udrażniamy kanały energii w ciele, w rezultacie czego uspokaja się aspekt naszej świadomości. Z drugiej strony może wyciszyć się najpierw jeździec. Koń to poczuje i sam się do niego dostroi. Na tym polega drugi sposób – najpierw uspokajają się myśli i uczucia i wszystkie nasze energie w ciele wskakują na właściwe miejsce.

Tak więc, te dwie drogi są ze sobą połączone. Obie przekazali nam nasi wielcy mistrzowie. Droga metod, czyli Sześć Jog Naropy wywodzi się od Tilopy, poprzez Naropę do Marpy. Marpa dostał też drugi przekaz, drogę wglądu. I ten przekaz wywodzi się od Lodro Rinczena, Sarahy, Nagardżuny, Szawaripy i Maitripy. Ten ostatni był drugim nauczycielem Marpy i to od niego właśnie otrzymał Marpa przekaz ścieżki wglądu, a potem oba te przekazy ze sobą połączył. Nasze książeczki Praktyk Podstawowych należą częściowo do drogi wglądu, dlatego w Medytacji na Lamę, w życzeniach do linii przekazu wymieni są dzierżawcy linii Wielkiej Pieczęci.

Przyjrzyjmy się teraz temu, jak te dwie ścieżki, wyrażające dwa aspekty pracy z umysłem, pojawiają się w naszej codziennej praktyce. Jednak zanim wszystkie nasze medytacje rozbierzemy na części, powiemy sobie jeszcze trochę o tej trzeciej ścieżce – drodze identyfikacji. Jest to dla nas najważniejsza z dróg i jednocześnie ścieżka, którą podąża większość z nas. Ta droga wygląda mniej więcej tak: na zewnątrz widzimy coś wspaniałego, mianowicie przykład na to, jak funkcjonuje oświecony umysł – mam tu na myśli naszego lamę i jego doskonałe właściwości. My też chcemy rozwinąć takie właściwości. Jesteśmy się jak dziecko, które chce uczyć się od swoich rodziców – w taki sam sposób pragniemy być tacy, jak nasz nauczyciel. W trakcie tej nauki stwierdzamy też, że wszystkie właściwości, które reprezentuje nasz lama, są obecne również w nas samych. Nauczyciel jest dla nas po prostu lustrem odbijającym nasze własne cechy. To zupełnie logiczne, ponieważ nie możemy na zewnątrz rozpoznać czegoś, czego sami nie znamy. Dotyczy to zarówno pozytywnych, jak i negatywnych rzeczy.

Droga identyfikacji jest specjalnością naszej linii przekazu. U nas najważniejszy jest nauczyciel, ponieważ przekazuje nam esencję wszystkich ścieżek. Identyfikacja jest także metodą, która pomaga nam w każdej życiowej sytuacji. Można ją praktykować zawsze i wszędzie: w tramwaju, w pracy, w łóżku. Natomiast gdy chcemy podążać ścieżką wglądu, potrzebujemy szczególnych warunków, takich jak jaskinia, czy chociażby domek odosobnieniowy. Teraz przyjrzyjmy się, jak to wygląda w naszej codziennej praktyce. Każda medytacja zaczyna się od koncentracji na oddechu i uspokojenia umysłu. Skupienie na oddechu nie rozprasza umysłu tak, jakby to miało miejsce w przypadku koncentracji na posążku. Wówczas moglibyśmy rozmyślać, że uszy są za duże, ramiona krzywe... Natomiast oddech nie ma kształtu, ani koloru. Jest to medytacja uspokajania umysłu, ale także element drogi metod, pracy z energiami, ponieważ oddech jest jednym z wiatrów energii łatwiejszych do zaobserwowania. Dzięki pracy z nim można robić wiele magicznych rzeczy. Na przykład podczas medytacji wewnętrznego żaru, po tybetańsku nazywanej „tummo”, można topić śnieg ciepłem własnego ciała. Przy medytacji VIII Karmapy również pracujemy z oddechem w szczególny sposób i wówczas mamy okazję przekonać się, jaki jest on ważny. Tutaj też dzięki oddechowi następuje pewnego rodzaju wymiana z otoczeniem. Oprócz tego, istnieje jeszcze silny związek pomiędzy oddechem a stanem naszych myśli i uczuć. Jeżeli jest on niespokojny, nie ma innego wyjścia – myśli i uczucia również takie są. Działa to też odwrotnie: może on sprawić, że gonitwa myśli, z którą zazwyczaj siadamy do medytacji – wszystkie myśli i uczucia wyciszają się.

Kiedy już uspokoiliśmy umysł, nadajemy mu kierunek. To jest ta właśnie chwila, kiedy próbujemy walczyć ze spiskiem, jakim jest świat, odciągający naszą uwagę od tego, co najważniejsze, i przypominamy sobie o celu. Tutaj bardzo skuteczny jest system powtórzeń, który może nam się wydawać zbyteczny czy uciążliwy, ale jest jedynym sposobem walki ze spiskiem. Dlatego na początku każdej medytacji pojawiają się Cztery Rozmyślania i z tego też powodu nazywa się je czasami Zwyczajnymi Praktykami Podstawowymi. Słyszałem o takiej sytuacji, że ktoś poszedł do lamy mówiąc, że nie może się zebrać do praktyki. Rozumie, że to ważne, ale jak przychodzi co do czego, nic z tego nie wychodzi. Lama odpowiedział, że najwyraźniej delikwent nie przemyślał Czterech Podstawowych Rozmyślań. Ta osoba nie odkryła tego, jak działa ów spisek i nie zrozumiała znaczenia Czterech Podstawowych Praktyk. Kiedy umysł zostanie już ukierunkowany, nadchodzi odpowiedni moment, żeby przyjąć Schronienie. Oczywiście jest ono także częścią procesu przyjmowania właściwego kursu. Każdy w pewnym sensie przyjmuje w czymś schronienie, próbuje się na czymś oprzeć w poszukiwaniu szczęścia. W ten sposób można przyjąć schronienie w pieniądzach, w rodzinie, w związku, dzieciach, itp. Niektórzy to schronienie przyjmują mniej świadomie, inni natomiast bardziej zdają sobie z tego sprawę. Ci drudzy myślą tak: zostanę profesorem, dzięki czemu będę dużo zarabiał i konsekwentnie realizują to. Przyjmują w ten sposób schronienie w edukacji. Inni natomiast za cel stawiają sobie okrągły milion w banku i podporządkowują temu całe życie, przyjmując schronienie w pracy. Jedyny kłopot z tymi rodzajami schronienia polega na tym, że są przemijające. Mogą się w każdej chwili rozpuścić, a już na pewno znikną w momencie śmierci. Natomiast my, buddyści, zastanawiamy się, w czym możemy przyjąć ostateczne schronienie, co jest nieprzemijające. Wówczas lama powie nam, że jest to przestrzeń, która sama w sobie jest świadoma. Ta świadoma przestrzeń to nic innego, jak Budda, i to jest pierwszy obiekt schronienia. Drugi zaś wynika z pierwszego: skoro był ktoś taki, jak Budda, który zrozumiał wszystko i przekazał nam to, co może nam pomóc w osiągnięciu tego samego stanu, przyjmujemy schronienie w jego naukach. Nie myślimy: „chcę być oświecony jak Budda i dlatego kupię sobie pierścień atlantów”, ale zaczynamy interesować się jego słowami, żeby móc osiągnąć oświecenie. Kolejny punkt schronienia to sanga. Są to ci praktykujący, którzy osiągnęli poziom urzeczywistnienia, z którego nie ma upadku. Z praktycznego punktu widzenia korzystamy po prostu z doświadczeń innych, żeby się móc rozwijać. Wreszcie, gdy spotykamy nauczyciela, który reprezentuje oświecenie, chcemy jak najszybciej osiągnąć właściwości, które on posiada. Dlatego też przyjmujemy schronienie w Lamie. Tak naprawdę Lama łączy w sobie te trzy pierwsze obiekty schronienia. Schronienie to duża rzecz. Lama Ole mówi, że gdybyśmy rzeczywiście zrozumieli, czym jest jego przyjęcie, codziennie byśmy świętowali. Poza tym ktoś zapytał kiedyś Lamę na wykładzie o to, dlaczego po powtórzeniu formuły Schronienia mówi się: „Rozumiem”. Odpowiedź brzmiała: „Bo taka jest moja najgłębsza nadzieja”. Następny etap w medytacji to tak zwana „wizualizacja”, chociaż to słowo nie nadaje się zbytnio do określenia tego etapu medytacji. Kojarzy się ono ze wzrokiem, a w praktyce nie chodzi o to, żeby coś widzieć – owszem, nie jest to złe, ale nie jest także konieczne. Najlepszym sposobem na przyjrzenie się temu, jak powinna wyglądać wizualizacja, jest przykład z domem rodzinnym. Kiedy ktoś pyta o nasz dom, to możemy zobaczyć go bardzo precyzyjnie, zarówno w całości, jak i w szczegółach. Robimy to lekko, bez wysiłku, od razu przypominamy sobie, jak on wygląda. Tak też powinno być z naszą wizualizacją – nie ma powodów, żeby się denerwować, że wszystko na początku praktyki jest bardzo skomplikowane i pełne nowych, trudnych do zapamiętania szczegółów. Chodzi o to, żeby z czasem, stopniowo ta wizualizacja stała się dla nas domem.. Oczywiście wtedy, kiedy ją w miarę regularnie praktykujemy. Ma to być bardziej „wiedzenie” niż „widzenie”. Praca z formami buddów z energii i światła jest typowym przykładem medytacji należącej do drogi metod.

W jaki sposób te wyobrażenia form z energii i światła mogą nas zmienić? Odpowiedź może być jasna dla psychologów, którzy wiedzą, że dwoje ludzi zamkniętych w jednym pomieszczeniu zaczyna podświadomie naśladować swoje ruchy. Jeden zakłada nogę na nogę – drugi też, jeden otwiera teczkę, drugi także, itp. W ten sam sposób oddziaływują na nas formy buddów. Lama Ole porównuje to do efektu sprzężenia zwrotnego. Fazę medytacji, w której z nimi pracujemy, nazywamy fazą budowania. Tutaj budujemy pola energii. Kiedy utrzymujemy naszą uwagę na formie z energii i światła, ćwiczymy koncentrację, czyli szine. Używając mantry, która nazywana jest „dźwiękiem ochronnym”, mamy gwarancję bezpieczeństwa. Nie chodzi tu oczywiście o ochronę przed napaścią wrogów, ale przed pomieszaniem i rozproszeniem. Nasz lama porównuje to do cienkiej warstewki oleju, po której przeszkody się ześlizgują. Oczywiście mantry są bezpośrednio związane z formami medytacyjnymi. Poprzez swoją wibrację dźwięki wyrażają to samo, co formy buddów przez ich obraz. Po fazie budowania następuje faza spełniająca. Forma rozpuszcza się w światło, my się z nią stapiamy i to znowu typowy przykład drogi metod. Z drugiej strony, w tym momencie dajemy szansę umysłowi, żeby uwolnił drzemiący w nim wgląd. Nie wyciskamy go siłą, ale rozluźniamy się i dajemy mu szansę, żeby się pojawił. W tym momencie mamy do czynienia jednocześnie z elementami drogi metod i drogi wglądu. Najważniejsze w stapianiu się z formą buddy, czy też w spoczywaniu w samym umyśle, jest zachowanie w tym czasie 200 procent świadomości. W poprzedniej fazie podczas powtarzania mantry nasz umysł odpływał we wszystkich kierunkach i nie było w tym nic strasznego ani niepokojącego, chociaż oczywiście cały czas staraliśmy się powrócić do obiektu medytacji. Podczas rozpuszczenia należy jednak zachować całkowitą przytomność. Dlatego ta faza jest dość krótka i nie powinniśmy myśleć, że im więcej lat medytujemy, tym dłużej ma ona przebiegać. Przeciągamy ją tak długo, jak długo jesteśmy w stanie utrzymać absolutną przytomność. Inaczej możemy odrodzić się jako wielka ryba, jak mówił Kalu Rinpocze. Senność i nieprzejrzystość w tym stadium medytacji pomniejszają naszą inteligencję. Gdy nasz umysł przestaje przypominać diament, przechodzimy do dalszego etapu. Teraz następuje moment życzeń. Tutaj warto wiedzieć, że nasze życzenia naprawdę się spełniają. To jest tak, jakbyśmy złapali złotą rybkę. Jest taki dowcip o rybaku, który na kacu złapał złotą rybkę. Mówi ona tak: „Spełnię twoje trzy życzenia”. Skacowany rybak odpowiada: „Jakie tam trzy, dawaj klina i zagrychę”. Na tym polega nasz problem – nie zastanawiamy się nad tym, że życzenia naprawdę się spełniają. A kiedy przyjrzymy się tym ogólnym życzeniom z medytacji, to zobaczymy, że mają one większy zasięg niż czas i efekt działania „klina i zakąski”. Dlatego jeśli pragniemy, żeby wszystkie istoty były szczęśliwe, zobaczymy, że ma to prawdziwy sens. Dzięki temu włożymy w te życzenia więcej mocy. W tym miejscu nasza formalna medytacja się kończy. Pojawiają się jeszcze dwa zagadnienia związane z naszą codzienną praktyką. Może to trochę śmieszne, ale ciągle coś powtarzamy, nawet liczymy. Ma to jednak sens – po pierwsze dlatego, żebyśmy wiedzieli, kiedy skończyć. Lama może nam, co prawda, powiedzieć, żebyśmy powtarzali jakąś praktykę aż do urzeczywistnienia, ale to może być nieco frustrujące... Po drugie, liczba listów do lamy wzrosłaby kosmicznie... Poza tym wzbudzałoby to wiele niepotrzebnych myśli, analiz i pytań, typu: „Czy to już, czy też jeszcze nie...?”. Liczenie jest najbardziej praktyczną z metod. Mamy określoną liczbę, którą mamy wykonać i tyle. Wszystko jest jasne. Druga sprawa, skąd te wszystkie powtórzenia? Tu wyjaśnienie jest takie, że wszystkie nasze kłopoty biorą się z nawyków. Ponieważ przez długi czas nieświadomie powtarzaliśmy jakieś działania, powstała z nich cała nasza rzeczywistość. Wszystko wzięło się z powtórzeń, nawykowych działań. Natomiast najlepszą metodą na pokonanie nawyków jest powtarzanie innej czynności. Jeśli już mówimy o przyzwyczajeniach, to powiedzmy sobie o nawyku medytacji. Lama Ole mówi, że pokłony są po prostu trudne i dlatego ciężko jest je robić. Jedynym sposobem jest siła rozpędu, w przeciwnym razie każda kolejna próba będzie wielkim wysiłkiem. Kiedy podczas kursu w Kucharach stałem na bramce, miałem okazję obserwować, jak wytwarzają się nawyki. Ludzie nagle musieli nauczyć się wchodzić do namiotu głównym wejściem, zamiast iść na skróty. Napotkało to na duży opór. W końcu lenistwo jest jedną z form inteligencji buddystów. Mamy do niego nawet religijne nastawienie i programowo nie wykonujemy bezsensownych działań. Każdemu z osobna trzeba więc było tłumaczyć, że na skróty przechodzić nie można i na początku musieliśmy w to włożyć dużo energii. Jednak w kolejnych dniach było coraz łatwiej, a ostatniego prawie wszyscy automatycznie wchodzili tak, jak powinni. Tak powstał nawyk, chociaż na początku wymagało to stanowczych działań, ponieważ jeden wyłom od reguły sprawiał, że wszystko zaczynało się chwiać. Identycznie jest z naszym nawykiem medytacji, który mimo początkowych trudności powstaje dość szybko. Najlepszym momentem na przyzwyczajenie się do regularnej praktyki jest czas następujący bezpośrednio po kursie, na którym dużo medytujemy. Wracamy pełni entuzjazmu i na tej fali energii płyniemy. Oczywiście ktoś może powiedzieć: „Zaraz, zaraz – jakie nawyki, przecież chodzi o to, by być spontanicznym i działać bezwysiłkowo w każdej sytuacji”. Zgadza się, ale rzecz w tym, że nawyk medytacji ma szczególną cechę, mianowicie wykorzeniając wszystkie inne przyzwyczajenia, na przykład, lenistwo, na samym końcu, w ostatecznej fazie likwiduje też sam siebie. Ktoś może powiedzieć, że to mało eleganckie... Przypomnę tu jednak, co Lama Ole mówi o walce z ego: nie powinniśmy mieć w niej skrupułów i trzymać się szlachetnych zasad angielskiego boksu. To jest walka uliczna: łapiemy za gardło, wsadzamy palce w oczy, kopiemy między nogi... I dopiero wtedy, gdy ostatecznie pognębimy ego, możemy pomyśleć o założeniu białych rękawiczek. Ostatnią kwestią jest długość medytacji. Obowiązuje tu złota zasada: praktykę kończymy wtedy, kiedy chce nam się jeszcze medytować, ponieważ później będzie nam dużo łatwiej do niej wrócić. Inaczej rzecz się ma z Praktykami Podstawowymi, zwłaszcza z pierwszymi dwoma. Mogłoby się nam wówczas dość regularnie zdarzać, że gdybyśmy mieli skończyć sesję pokłonów w chwili, gdy ciągle sprawia nam ona przyjemność, być może w ogóle byśmy ich nie zaczęli. Tak więc, w tej sytuacji powyższa zasada nie obowiązuje i możemy spokojnie dać sobie w kość.

Istnieje na to metoda, którą wypróbowałem na sobie. Opiera się ona na pewnej typowo polskiej właściwości, którą obrazuje następujący dowcip: Grupa ludzi leci samolotem, z którego trzeba wyskoczyć. Drugi pilot podchodzi do Niemca i mówi: „Trzeba wyskoczyć”. Niemiec na to, że nie ma mowy. „Ale jest rozkaz” – odpowiada pilot. Niemiec wyskakuje. Idzie do Francuza. Francuz nie chce, ale pilot przekonuje, że jest taka moda. Francuz na to: „A to co innego” i wyskakuje. Idzie do Anglika, ten nie chce, ale pilot przekonuje go argumentem, że to taka tradycja, no i Anglik też wyskakuje. W końcu zostaje Polak i pilot mu tłumaczy, że jest rozkaz i trzeba skakać. Polak: „A co mi tam opowiadasz!”. Pilot: „Przepraszam, to w zasadzie taka moda”... Polak: „A co mi tam moda”. Pilot: „Ale też i tradycja”. Polak: „A co mi tam tradycja”. W końcu pilot mówi: „No tak, widzę, że pan nie wyskoczy”. Polak: „Co? Ja nie wyskoczę?!”. Wracając więc do długości medytacji – określamy swoje minimum, zadając sobie pytanie: ile mogę zrobić w najgorszym dołku, na największym kacu, itp. Wtedy wyznaczamy sobie jakąś liczbę i gdy przychodzi ten bolesny dzień, mówimy sobie: „Co? Ja nie zrobię?!”. Nawyk regularnej medytacji jest bardzo ważny, ponieważ nasz umysł jest jak zaprojektowane i zbudowane przez nas samych więzienie o starannie postawionym murze i dopasowanych kratach. Każda, choćby najmniejsza kratka wyważona z okna, maleńki kawałek skruszonego muru jest istotny, byśmy w końcu mogli odzyskać wolność.

Opracowanie: Piotr Walczak

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Umysł jako ostateczne schronienie - Lama Ole Nydahl | Lama jako źródło błogosławieństwa - Dziamgon Kongtrul Rinpocze | Identyfikacja z nauczycielem - Wywiad z Lamą Ole | Trucizny umysłu - Gendyn Rinpocze | Cytat - Lama Ole Nydahl | Największa przeszkoda na ścieżce - Gjatrul Rinpocze | Potrzebujemy przyjaciół - Manfred Seegers | Cytat - Szantidewa | Dzierżawcy linii przekazu Kagyu - Patricia Schaffrick | Medytacja w życiu codziennym - Marcin Barański | Pieśń dla młodej kobiety - Milarepa | Lama jest mądrzejszy od nas - Wojtek Tracewski | Uzdrawiająca tradycja Buddy Medycyny - Robert Sachs | Wyspy idealizmu - Żwirek rozmawia z Piotrkiem Kaczmarkiem | Cytat - Gampopa i Milarepa | Byliśmy Khampami - Michał Bobrowski | Wszystko jest wodą czyli Tales z Miletu a Budda - Ralf Bohn | Triangle News - Grzegorz Kuśnierz | Surfing Budda - Phil Carlise, Mick Gabriel, Bart Lipowski | Ośrodek Diamentowej Drogi w Connecticut, USA - Kasia Sikora-Kowolik | Władywostok - Igor Popkow | Budujemy kolejną fabrykę wyzwolonych - Adam Jankiewicz | Umysł bez granic - Ula Wasilewska, Bartek Kozłowski | "Kruszynka" nauczycielem! |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: