DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 37 -> Byliśmy Khampami

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Byliśmy Khampami

Michał Bobrowski
_________

Część II

Relacja z podróży do prowincji Kham, we wschodnim Tybecie.

Po dwóch dniach opuściliśmy klasztor Mipama. Obwieszeni katakami, z błogosławieństwem od różnych relikwii udaliśmy się w drogę do Denkok, gdzie urodzili się XVI Karmapa i Dilgo Czientse Rinpocze. W tym miejscu skremowano też II Mipama, a w pobliskich jaskiniach medytowali wielcy jogini, m.in. Guru Rinpocze.


Po drodze odwiedzilismy jeszcze Bumning – klasztor Gelugpy, koło którego mieszkał Mipam Rinpocze, zanim zbudował swój obecny klasztor. W końcu po przejechaniu przełęczy (4900 m. npm.), dotarliśmy na miejsce. W Denkok zatrzymaliśmy się na noc w hotelu dla chińskich partyjnych oficjeli, skąd każdy z nas zabrał kilka pcheł na pamiątkę. Zwiedzanie miasta zaczęliśmy od klasztoru Zielonej Tary. Tybetańczycy wierzą, że Guru Rinpocze wprowadzając buddyzm do ich kraju, powalił demona Tybetu i przyszpilił go polami mocy, wokół których powstały później klasztory. Jednym z nich jest właśnie klasztor Zielonej Tary położony na prawej dłoni demona. Guru Rinpocze umieścił posążek Zielonej Tary w jaskini na wzgórzu powyżej, jednak woda obsunęła skały i posążek spłynął w obecne miejsce. Wokół niego zbudowano klasztor.

Następnie odwiedziliśmy dom, w którym wychował się XVI Karmapa, a później mieszkali Szamar Rinpocze i lama Dżigmela, którzy są braćmi. Dom jest zniszczony, ale kiedyś był niewątpliwie piękny. Do dziś zachował wiele ze swojego dawnego uroku. Jest olbrzymi: dwukondygnacyjny, z wieloma pokojami i galerią. Szamar Rinpocze nie jest zainteresowany jego odbudową, gdyż jako człowiek nowoczesny, uważa, że trzeba patrzeć w przyszłość. Dom ważny jest jednak dla okolicznych mieszkańców, którzy budując swoje domy, biorą stąd często jakiś kawałek, by wmurować go sobie w fundamenty. Tak więc, trudno jest zachować go w całości. Po półgodzinnym spacerku dotarliśmy na pobliskie wzgórze do miejsca, gdzie urodził się XVI Karmapa. Jest ono otoczone flagami modlitewnymi, a wokół leży mnóstwo karteczek z nadrukowanymi mantrami. Usiedliśmy pod flagami, by zrobić wspólną medytację XVI Karmapy. Gdy skończyliśmy, zerwał się wiatr i podniósł do góry większość karteczek. Było podobnie jak podczas inicjacji stupy Kalaczakry w Karma Guen w Hiszpanii, tylko że wtedy zamiast kartek w górę unosiły się liście.

Po zejściu w dół zatrzymaliśmy się na krótki obiad u rodziny kucharza XVI Karmapy, gdzie Hans, na swoim palmtopie, pokazał gospodarzom film z inicjacji, których udzielał XVII Karmapa w Europie. Wywarło to na nich duże wrażenie. My natomiast, po kilku minutowej jeździe samochodami i ponad godzinnej wspinaczce, byliśmy pod wrażeniem jaskini, w której medytował Guru Rinpocze. Jest ona otoczona innymi jaskiniami, w których medytowali jogini przyciągani tym wielkim polem mocy. Niestety, zostały one w większości zniszczone. Koło jednej z nich znajdowało się miejsce, gdzie Guru Rinpocze zostawił odcisk stopy w skale. Część z nas postanowiła wrócić na piechotę do hotelu, by pomedytować w tym miejscu. Poziom błogosławieństwa, w skali od 1 do 10, zdecydowanie przebijał górną granicę. Do miasta schodziliśmy drugą stroną zbocza, mijając po drodze dwie jaskinie, w których właśnie medytowali jogini. Ucieszyło nas, że nie stoją puste. Dotarliśmy do stupy, którą zbudował Dilgo Czientse Rinpocze. Została ona zburzona w czasie rewolucji kulturalnej, odbudował ją Beru Czientse, a teraz odnawia ją lokalny lama. Po wspaniałej kolacji, suto zaprawianej chińskim piwem (i Niemcy mówią, że to my dużo pijemy!) udało nam się znaleźć prysznice na zapleczu wypożyczalni kaset video. Po uiszczeniu skromnej opłaty namoczyliśmy swoje, od trzech dni spragnione mydła, ciała.

Nasze klasztory, nie nasz film

Następnego dnia czekała nas droga do Dziekundo. Minęliśmy miejsce, gdzie urodził się Sandzie Nienpa Rinpocze, miejsce kremacji I Mipama oraz ruiny starego miasta i dotarliśmy do klasztoru Kagyu, w którym przed ucieczką z Tybetu mieszkał jeden z naszych przewodników, Khenpo Karma Ngedon. Koło klasztoru znajdowała się zniszczona stupa z VII wieku, którą ufundowała jedna z żon ówczesnego króla Tybetu – księżniczka Wenczeng (była Chinką, druga żona króla była księżniczką nepalską). Stupa mimo że bardzo zniszczona, robiła duże wrażenie. Dziekundo wyglądało jak kolejne miasto w chińskim stylu, za to wnętrze taksówki ze zdjęciami wszystkich najważniejszych lamów szkoły Kagyu, z XVI Karmapą na czele, wzbudziło w nas ciepłe uczucia. Raził tylko Urdzien Trinlej na zdjęciu z Situpą. Jego fotografia raziła również w klasztorze Tengi Rinpocze – Benczen Puntsok Dardzie Ling, z 1398 roku. Było to nasze pierwsze spotkanie z klasztorem Kagyu popierającym chińskiego kandydata na Karmapę. Takie klasztory (czyli, niestety, większość), zgodnie z życzeniem Lamy Ole, staraliśmy się omijać, by nie robić sobie złych związków. Tu zrobiliśmy wyjątek, bo były z nami dwie osoby będące wcześniej uczniami Tengi Rinpocze i chciały poczuć klimat miejsca. Moim zdaniem nie należał on do najlepszych. Mimo odnowionego za wielkie pieniądze wnętrza, pięknych fresków, wielkich posągów i marmurowej podłogi, czuło się pustkę. Mnisi okazali się mniej otwarci niż w innych klasztorach. Mało było przejrzystości. Przed ołtarzem stały dwa trony, a na nich wielkie zdjęcia Urdziena Trinleja i Situpy. Natomiast, co ciekawe, nie mogliśmy znaleźć zdjęcia Tengi Rinpocze w jego własnym klasztorze.

Droga w chmurach

Odwiedziliśmy jeszcze świątynię ufundowaną w VII wieku przez księżniczkę Wenczeng i następnego dnia kierowaliśmy się w stronę Karma Guen. Dotarcie tam miało nam zająć minimum dwa dni, jeśli pogoda będzie dobra i nie będzie padać zbyt mocno. Mieliśmy jechać inną drogą niż ta, którą ponad 20 lat temu przejechał konno Lama Ole, gdyż była ona teraz nieprzejezdna. Po noclegu w wyjątkowo brudnym Szarada, wyruszyliśmy o świcie. Słońce powitało nas na przełęczy, prześwitując wspaniale przez mgłę i tworząc w niej jednokolorową (białą!) tęczę, przez którą przejechaliśmy jak przez bramę. Po kilku minutach drogi wyjechaliśmy z mgły i zobaczyliśmy poniżej, w ostrym, porannym słońcu wielkie jezioro z chmur otoczone górami, spod którego wystawały dziesiątki stup i zabudowania klasztorne. Tu tęcza była już kolorowa. Podczas, gdy nasz przewodnik pytał o drogę do Karma Guen, bo „normalna” już się skończyła, ja robiłem zdjęcia i kręciłem film. W pewnym momencie w kadr weszły mi, ustawiając się do zdjęcia, trzy stare tybetanki, kręcące młynkami modlitewnymi. Na tle jeziora z chmur i przy porannym świetle wyglądały jak z innej planety. Nasz przewodnik ustalił trasę i zanurzyliśmy się z powrotem w chmury. Droga na mapie była zaznaczona linią przerywaną, co w Tybecie oznacza „naprawdę ciężka”, gdyż po drogach oznaczonych jako najlepsze często nie da się jeździć normalnymi, czyli nie terenowymi, samochodami. Zaczął się etap „Camel Trophy”, z przejeżdżaniem przez rzeki, małe drewniane mostki, koleiny pełne błota, obsunięte zbocza, włącznie ze zjeżdżaniem z góry na skróty. Nie obyło się bez awarii – pół dnia zajęła nam naprawa resoru, a potem godzinę wyciągaliśmy samochody z błota. Okazało się, że nasi kierowcy nie zabrali lin, gdyż myśleli, że nie będą potrzebne. Uratowała nas cienka linka do wspinaczki, którą zabrał jeden z Austriaków. Kierowcy, gdy ją zobaczyli, nie kryli rozbawienia, ale potem pełni szacunku podziwiali jej wytrzymałość.

Błogosławieństwo jest z nami

Kolejnego dnia, późnym popołudniem, dotarliśmy do Karma Guen, najstarszego klasztoru szkoły Kagyu w Tybecie, miejsca, w którym żyli wszyscy Karmapowie, jednego z najważniejszych punktów naszej wycieczki. I tu doświadczyłem mocno jednej rzeczy – podobnie jak w klasztorze Tengi Rinpocze nie czułem błogosławieństwa. Nawet w jaskini, gdzie I Karmapa medytował przez 12 lat na Dordże Phamo, nie czułem nic! A przecież odwiedziliśmy tyle innych miejsc, gdzie pole mocy było ogromne. Jadąc do Karma Guen, wiedziałem, że klasztor ten popiera chińskiego kandydata. Myślałem jednak, że w miejscu, gdzie byli wszyscy Karmapowie zostanie błogosławieństwo ze starych czasów. A tu nic! Wygląda na to, że całe pole mocy odeszło wraz z Karmapą Taje Dordże i jest teraz z nami. Sam klasztor jest bardzo piękny. Z zewnątrz przypomina trochę twierdzę, wewnątrz trwa remont. Siedem lat temu był tu pożar i wszystko oprócz ściennych fresków w głównej sali spłonęło. W nawach bocznych odnawiane są wysokie na kilkanaście metrów posągi, a w głównej sali zostały wymienione wszystkie słupy podtrzymujące strop. W bocznym pomieszczeniu o pięknych, choć zniszczonych przez ogień freskach, odrestaurowywane są posągi Karmapów. Jaskinia, gdzie medytował I Karmapa, znajduje się pomiędzy dwoma szczytami góry stojącej na skraju doliny. Dojście do jaskini zajęło nam ponad dwie godziny. Całe szczęście, że nie oszczędziłem na podeszwach moich butów, bo było bardzo ciężko. By dojść do jaskini, musieliśmy przecisnąć się przez przejście pod częścią góry i dalej wdrapać się jeszcze kilkanaście metrów do jej wejścia. Ale to nie wszystko. Miejsce, gdzie medytował I Karmapa, znajdowało się jeszcze trzy metry wyżej i stanowiło półkę skalną, na której mogła zmieścić się tylko jedna osoba w medytacji. Jedno jest pewne: nikt Karmapie nie przeszkadzał.

Dzieci kochają swoją chińską ojczyznę

Ponieważ nie byłem odosobniony w swoich odczuciach dotyczących Karma Guen, skróciliśmy nasz pobyt i pojechaliśmy dalej drogą do Czamdo. Tą samą, którą 20 lat wcześniej Lama Ole przebył konno, jadąc w odwrotnym kierunku. Tu czekał nas kolejny odcinek „Camel Trophy”. Po dwóch godzinach drogi zatrzymało nas osunięte zbocze. Przed nami stała już ciężarówka i kilka samochodów po obu stronach obsuniętej drogi. Powrót drogą, którą jechaliśmy do Karma Guen, nie wchodził w grę. Była już nieprzejezdna. Kierowcy wzięli sprawę w swoje ręce. Do plastikowych butelek po pepsi wepchnęli materiał wybuchowy, włożyli lonty i po chwili skały i błoto latały wszędzie wokół. Potem czekało nas wsypywanie kamieni i gałęzi w błoto i przepychanie ciężarówki. I tak przez pięć godzin. Czamdo, oczywiście w chińskim stylu, było pierwszym miastem z ulicami oświetlonymi nocą. Zatrzymaliśmy się tu tylko na noc. Niedaleko hotelu znajdowała się szkoła podstawowa. Dzieci miały akurat gimnastykę. Na placu stało ich może ze 400. Najpierw z głośników popłynęła pogadanka po chińsku. Po kilku minutach zaczęła się gimnastyka. Nasz przewodnik powiedział nam, że Chińczycy zmienili strategię w stosunku do Tybetańczyków. Zauważyli, że większy nacisk powoduje zwiększenie ruchu niepodległościowego. Nacisk więc zelżał, ale jeśli ktoś chce, by jego dziecko dostało w przyszłości dobrą pracę, musi je oddać do szkoły w Chinach. Dzieci po powrocie do Tybetu nie chcą już mówić po tybetańsku i kochają swą chińską ojczyznę. Ich rówieśnicy, którzy nie uczyli się w Chinach, dostaną marnie płatną pracę i nie osiągną nigdy wyższej pozycji społecznej. Wynaradawianie Tybetańczyków potrwa więc dłużej, ale będzie bardzo skuteczne.

W samym sercu Kham

Z Czamdo skierowaliśmy się przez Dziomda do Derge. Po drodze, mijając kilkanaście sępów zajadających padlinę, odwiedziliśmy wielki kompleks klasztorny szkoły Szakja: Łara Gompę (3444 m. npm.). Derge (3292 m. npm.) uważane jest za kulturalne, a nawet geograficzne serce Kham. Swojego czasu było największym i najbardziej wpływowym z pięciu królestw Kham. Znajduje się tu najsłynniejsza drukarnia tekstów buddyjskich w Tybecie – Derge Parkhang Printing Press (1729 rok). Zebrane są tutaj, wyryte w drewnianych blokach, matryce tekstów wszystkich szkół buddyjskich, z Bon włącznie. Oczywiście są też rdzenne teksty nauk Buddy Siakjamuniego wraz z komentarzami, teksty medycyny tybetańskiej i astrologii, wszystkie drukowane rzeczy niezbędne do wypełniania stup i młynków modlitewnych, matryce do drukowania flag modlitewnych, jak również szablony potrzebne do malowania tanek. Drukarnia jest miejscem pielgrzymek Tybetańczyków. Obchodzą ją jak stupę i niektórzy robią dookoła niej pokłony. Gdy zwiedzają ją wewnątrz dotykają głowami drewnianych bloków, by przyjąć błogosławieństwo, które rzeczywiście jest tutaj ogromne. Jeśli wierzyć przewodnikowi, w czasie rewolucji kulturalnej, zniszczeniu uległo jedynie dwa procent drewnianych matryc. Chińczycy uznali drukarnię za dziedzictwo kulturalne kraju i teraz wspierają ją finansowo. Druk odbywa się nadal w starym stylu. Wilgotny papier (który czasami drukarnia wytwarza sama ze specjalnych korzeni) nakładany jest na nawilżony farbą blok i odciskany. I tak strona po stronie, drukowane są całe teksty. Ludzie pracują jak maszyny, w przyspieszonym tempie. Gotowe partie tekstu są suszone, cięte na bloki, przeglądane i układane w całość. Po zakończeniu drukowania danej partii tekstu, lamowie dokonują ich „aktywacji” poprzez przeczytanie ich jako pudż w gompie znajdującej się na parterze drukarni. Proces jest pracochłonny i kosztowny, ale teksty bez problemu rozchodzą się po całym Tybecie. Trafiają też za granicę. Kolejnym punktem programu w Derge był klasztor szkoły Siakja – Derge Gonczen z XV wieku, z pięknymi freskami i ogromnymi posągami m.in. Guru Rinpocze, Siakjamuniego i Maitreji otoczonego ośmioma bodhisattwami. Kiedy tam wszedłem, odbywała się właśnie debata. Mnisi mieli z siebie taki ubaw, że poczułem się jak w gompie w Gdańsku. Na zapleczu klasztoru trafiłem na Amerykanina i Australijczyka. Popijając tybetańską herbatę, Amerykanin wykładał Australijczykowi różnicę między tybetańskimi nacjami: „Region Lhasy rodzi wielkich polityków, Amdo – naukowców. A Khampowie, cóż, ci lubią tylko handlować, bawić się i walczyć”. Zapuściliśmy się jeszcze w starą dzielnicę miasta z cudownie wąskimi uliczkami i bardzo ciasną zabudową. Tam, otoczony ściśle domami mieszkalnymi, znajdował się Tandziel Lakang – stara mała gompa, gdzie mogliśmy podziwiać medytujących naprawdę starej daty. Wieczorem, świętując skończenie drugiej części nyndro przez Haike, jedną z austriackich dziewcząt, upijaliśmy się czangiem (smakuje jak pszenne piwo z lekko jabłkowym posmakiem) i chińskim piwem, śpiewając tybetańsko-szwajcarsko-austriacko-nie-miecko-polskie piosenki.

Dalej były już tylko Chiny

Z Derge jechaliśmy z powrotem w kierunku Kandze. Minęliśmy przepiękną przełęcz Tro La (4916 m. npm.) i dotarliśmy do jednego z najpiękniejszych jezior w Tybecie – Jilhun Latso. Otoczone ośnieżonymi szczytami oraz wielkimi kamieniami, na których wykute były mantry, wyglądało niesamowicie. Wielka stupa nad brzegiem i szafirowo-biały odcień wody dopełniały reszty. Wynajęliśmy konie i udaliśmy się na drugi koniec jeziora. Była to moja pierwsza jazda konna i mój tyłek pamiętał ją jeszcze przez dwa tygodnie. Droga na drugi koniec jeziora bardziej nadawała się na wędrówkę pieszą niż na jazdę konną. Wąska ścieżka wśród głazów, strumyków i konarów drzew, pnąca się w górę i w dół, nie była dla koni łatwa. Kilka razy poszliśmy skrótem, brodząc wzdłuż brzegu jeziora i przy okazji wzbudzając zainteresowanie w stadzie jaków moczących się w wodzie. Na drugim brzegu czekał nas przepiękny widok na przód lodowca. Jadąc w kierunku Kandze, minęliśmy Manigango, zatrzymaliśmy się znowu na chwilę w miejscu, gdzie pod górą przepływa rzeka, a wokół jest pełno jaskiń medytacyjnych Jankar Dordże Phamo. Stamtąd udaliśmy się do klasztoru Kalu Rinpocze. Klasztor ten – Bongen Gompa – niestety, również popiera chińskiego kandydata na Karmapę. Następnie dojechaliśmy do miejsca, gdzie miał się urodzić I Karmapa. Poszliśmy na piechotę do wioski, w której okazało się znowu, że to nie to miejsce. Idąc dalej we wskazanym kierunku, zastanawialiśmy się, czy sytuacja się nie powtórzy i czy nie będziemy tak wędrować po okolicy do wieczora. Nasze obawy okazały się bezpodstawne. Dom stał na skraju wsi. Weszliśmy do środka, czyli do stajenki (skąd my to znamy?) i przy przeciwległej ścianie mieszkańcy wskazali nam miejsce, gdzie urodził się I Karmapa. Otoczenie nie sprawiało „świętego” wrażenia – normalna stodoła: siano, deski, motor i miauczący kot. Na ścianie wisiało kilka kataków i dwie flagi modlitewne. Jednak pole mocy było ogromne. Nie było czasu na medytację, ale każdy z nas wysłał dużo życzeń. Idąc do samochodów, patrzyłem na okolicę, po której chodził I Karmapa. Wieczorem znowu byliśmy w Kandze, a po porannych zakupach jechaliśmy w kierunku krajobrazowego parku Siguniang, w regionie Amdo. Przenocowaliśmy w tybetańskiej gospodzie i wyruszyliśmy w dalszą drogę, z każdym kilometrem widzieliśmy coraz mniej stup i klasztorów. Zatrzymaliśmy się jeszcze w gorących źródłach, mocząc się razem z Tybetańczykami i chińskimi turystami. Miasteczka, które mijaliśmy po drodze, stawały się coraz bardziej chińskie. Tybetańczycy nie byli już tak otwarci i uśmiechnięci. Już nikt nie krzyczał na powitanie: „Taszi Delek!”. Wszyscy mówili już tylko po chińsku. Zniknęły nawet tybetańskie nazwy, które wcześniej, choć dużo mniejsze od chińskich odpowiedników, widzieliśmy w tybetańskich miastach. Było coraz więcej Chińczyków. Kolonizacja zdała egzamin. W pewnym momencie przejechaliśmy przez tęczę, zobaczyliśmy jeszcze jedną stupę i cała religijna aktywnośc się skończyła. Pomyśleliśmy, że tak żegna nas to, co jeszcze pozostało z Tybetu. Dalej o Tybecie przypominała już tylko architektura. Prawdziwa, dawna granica tybetańsko-chińska czekała na nas dopiero za dwa dni, po dobie spędzonej w potwornie zimnym hotelu w Siguniang i nocnej imprezie w prawdziwie europejskim Iron Rock Caffe. Przełęcz Balsng Sham-La (4523 m npm.) całkowicie pokrywał śnieg, a temperatura wynosiła cztery stopnie poniżej zera. Za nią były już tylko Chiny.

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Umysł jako ostateczne schronienie - Lama Ole Nydahl | Lama jako źródło błogosławieństwa - Dziamgon Kongtrul Rinpocze | Identyfikacja z nauczycielem - Wywiad z Lamą Ole | Trucizny umysłu - Gendyn Rinpocze | Cytat - Lama Ole Nydahl | Największa przeszkoda na ścieżce - Gjatrul Rinpocze | Potrzebujemy przyjaciół - Manfred Seegers | Cytat - Szantidewa | Dzierżawcy linii przekazu Kagyu - Patricia Schaffrick | Medytacja w życiu codziennym - Marcin Barański | Pieśń dla młodej kobiety - Milarepa | Lama jest mądrzejszy od nas - Wojtek Tracewski | Uzdrawiająca tradycja Buddy Medycyny - Robert Sachs | Wyspy idealizmu - Żwirek rozmawia z Piotrkiem Kaczmarkiem | Cytat - Gampopa i Milarepa | Byliśmy Khampami - Michał Bobrowski | Wszystko jest wodą czyli Tales z Miletu a Budda - Ralf Bohn | Triangle News - Grzegorz Kuśnierz | Surfing Budda - Phil Carlise, Mick Gabriel, Bart Lipowski | Ośrodek Diamentowej Drogi w Connecticut, USA - Kasia Sikora-Kowolik | Władywostok - Igor Popkow | Budujemy kolejną fabrykę wyzwolonych - Adam Jankiewicz | Umysł bez granic - Ula Wasilewska, Bartek Kozłowski | "Kruszynka" nauczycielem! |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: