DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 36 -> To była miłość od pierwszego wejrzenia

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

To była miłość od pierwszego wejrzenia

Żwirek
_________

Stupa House, listopad, 2004


Żwirek: Czy jak facet w twoim wieku rozmawia sam ze sobą to oznaka zdziecinnienia czy starości?
Żwirek: Bardzo śmieszne. Dlatego to ja z tobą rozmawiam - bo mnie nie możesz ściemnić. Znam twoją historię jak własną... Pamiętam nawet jak się pojawiłeś w Stupa House!

Żwirek: To było wiosna 1999. Przyjechałem tu prosto z Austrii, gdzie wtedy pomieszkiwałem i potraktowałem to trochę jak zesłanie. Warszawa była brudna, topniał śnieg, wszędzie chodzili ludzie taszczący takie plastikowe baniaki z woda... Myślałem ze jest jakaś awaria czy cos - dopiero potem okazało się ze w tym mieście woda z kranów nie nadaje się do picia i oni chodzą do takich specjalnych studni... Potem zobaczyłem Stupa House i...
Żwirek: Ale jak to się stało, że przyjechałeś do Warszawy?

Żwirek: Za całą sprawą stała właściwie Mira i oczywiście Lama Ole. Pewnej nocy Mira zadzwoniła do mnie i powiedziała, że Warszawa kupiła ośrodek i czy mógłbym się tym zająć. Jeszcze tej samej nocy dzwonił Ole z Rosji, dzwonił do Jakoba - bo ja wtedy u Jakoba mieszkałem, w Grazu - wiec skorzystałem z okazji i się od razu Lamy zapytałem o ten pomysł. Dwa dni później byłem już w Warszawie.
Żwirek: No i co? Jakie było pierwsze wrażenie?

Żwirek: Wiesz to była wielka, ognista miłość od pierwszego wejrzenia... Jak to z miłością bywa czasem trudna. Coś rzeczywiście niesamowitego: budynek był tak zakręcony w środku i tak majestatyczny na zewnątrz... Ja nawet nie przeczuwałem ile trzeba będzie w niego włożyć pracy - myślałem o dwóch, trzech latach. Ale od tego pierwszego wejrzenia czułem jaki w SH tkwi potencjał, jakie ważne to będzie miejsce dla Olego i dla ludzi. Wiedziałem, że będzie to prawdziwa fabryka oświecenia.
Żwirek: Czyli ten pierwszy kontakt był rzeczywiście porażający...?

Żwirek: I przerażający!!! Nie było okien, prądu, wody, w środku był totalny syf i mieszkała tam ponad setka gołębi. Zamieszkałem z nimi, zrobiłem sobie taki mały pokoik. To była kompletna robinsonada - świeczki, latarki - bo nie było prądu i z powodu zabitych dechami okien wciąż było ciemno. Przez pierwsze miesiące mieszkałem w SH sam i wciąż czułem się jak w „Łowcy androidów” - półmrok, padający deszcz... W środku SH stał wtedy wielki jedenastometrowy komin i było całe mnóstwo rożnych dziwnych małych pomieszczeń. Najpierw udało się nam załatwić prąd, wodę, zorganizować jakąś strukturę niezbędna do życia i prac: kuchenkę, warsztat, prowizoryczną łazienkę... To był taki śmieszny czas - ludzie z sangi przychodzili i przynosili mnóstwo rożnych rzeczy, jakieś deski, kleje, stare meble, lampki - i z tych „śmieci” powstały pierwsze potrzebne pomieszczenia. Szybko pojawiła się pierwsza stała załoga: Magda, Anzelm, Maciek aka Inżynier - postać zupełnie z Księżyca. To dzięki nim to wszystko działało i jakoś posuwało się do przodu. Zbudowaliśmy też pierwszą gompę, która w trakcie rozwoju prac przenosiła się z piętra na piętro, z jednej strony budynku na drugą. Czasem jak ktoś nas nie odwiedzał przez dłuższy czas to miał problem gdzie się obecnie medytuje...
Żwirek: Ale ty nie masz żadnego budowlanego wykształcenia?

Żwirek: To prawda. Jestem humanistą głęboko wierzącym w prawa człowieka, tolerancje, dbającym o środowisko naturalne i prawa mniejszości... (śmiech)
Tak naprawdę to pierwszy raz pracowałem na budowie w Kucharach - było to z 10 lat temu - Boguś dał mi taczkę i kazał przewozić jakieś kamienie z miejsca na miejsce. Biegałem z tą taczką cały dzień, a Boguś miał ubaw bo myślał, że sobie trochę pojeżdżę, a potem odpocznę gdzieś pod drzewkiem. Najwięcej nauczyłem się właśnie tam: tynkowałem gompę, spawałem jakieś konstrukcje, kopałem jakieś rowy - to dzięki Miśkowi poczułem smak pracy dla dharmy i do dziś jestem mu za to wdzięczny. Trochę podpatrywałem jak pracuje kucharska załoga - Kacper, Majster... Z resztą z Majstrem współpracujemy do dziś przy SH.
Żwirek: Ale się rozgadałeś! Opowiedz - tylko krótko - historie budowy SH.

Żwirek: Sam się rozgadałeś! Zaczęliśmy od komina: była to najcięższa praca ze wszystkich i bardzo ekscytująca: dobry poligon dla wszystkich potencjalnych budowniczych. Później zaczęły się fundamenty, stropy, jeszcze później kolejne piętro i klatka schodowa. W sumie zajęło nam to pięć lat i jak widzisz można to opowiedzieć w kilka sekund. Ja przez ten cały czas byłem za to odpowiedzialny, ale jak sam dobrze wiesz - SH zawsze było i będzie grą zespołową. Osobiście dla mnie najważniejsza była załoga - ale - co chyba oczywiste - gdyby nie cała masa ludzi, która bezpośrednio nie brała udziału w pracach budowlanych, to nie mielibyśmy co robić. Ktoś musiał przecież załatwiać kasę, dokumenty... Myśmy może pracowali na pierwszej linii frontu, ale za plecami był cały czas sztab przyjaciół, który tę linię frontu dla nas tworzył. To naprawdę wielka i wspaniała rzecz. Powtórzę raz jeszcze: SH to praca wielu osób, także tych, którzy czasem krytykowali postęp prac albo ich jakość. Czasem takie wiadra zimnej wody bardzo pomagały.
Żwirek: W wywiadach które robiłeś z Mira czy Karolem jest mowa o tym, że trudno jest być osobą publiczną...

Żwirek: Ja jestem co najwyżej osobą pół-publiczną i tylko w Warszawie. Trudno o tym mówić... kiedy zrozumiałem, że pewne rzeczy dzieją się w przestrzeni publicznej, że jest się z pewnych działań rozliczanym - to wręcz nie miałem ochoty pracować dalej w SH (bom głupi był wtedy). Straciłem tez kilku kumpli - wymagałem od nich większego zaangażowania niż od wynajętych pracowników... których zawsze można zwolnić albo nie zapłacić jak coś zrobią nie tak jak trzeba. A kumplowi możesz chyba powiedzieć, że coś jest nie tak...
Żwirek: Ale i kumpli trzeba szanować!

Żwirek: Z wzajemnością, myślę! Mira zawsze mi mówiła, że ważniejsi są ludzie niż budowa. Pewnie miała rację - być może chciałem żebyśmy zbudowali tę fabrykę oświecenia po trupach... Rozmawiałem o tym z Ole, publicznie. Że jestem za ostry, za surowy dla ludzi, którym musiałem mówić, co mają robić. Odpowiedział mi: „To jest budowa - inaczej nic się nie wydarzy”. Przykro mi, że kilka osób uraziłem, ale nie zmienia to faktu, że również dzięki nim SH powstała i jest taka piękna jaka jest.
Żwirek: A jak ty w ogóle zostałeś buddysta?

Żwirek: Wszystkich pytasz o to samo. Ja nie wiem na czym polega ta defloracja, kiedy już się jest, kiedy jeszcze nie, nie wiem, gdzie jest granica. W każdym razie schronienie przyjąłem w Poznaniu, we wczesnych latach dziewięćdziesiątych... Zanim to się stało, przez dwa lata zamierzałem wybrać się na wykład Lamy Ole i wciąż coś mi przeszkadzało: tam imprezka, tu koncert, tam dziewczyna... W końcu poszedłem do takiego teatru - „maski” się nazywał, ja tam zresztą pracowałem, no i po tym spotkaniu świat mi się odmienił. W ogóle nie wiem o czym Ole wtedy mówił, podszedłem po blesa i potem to już nie wiedziałem gdzie jestem. Oczywiście to nie było tak jak w bajce, że rano już nie jesteś kopciuszkiem i w ogóle. Rok po tym pierwszym spotkaniu byłem zupełnie kimś innym. Wiesz, ja się dość długo zajmowałem dragami: używaniem, detalem, hurtem - to były takie czasy trochę. Trzeba było przetrzeć ścieżki. Część moich dawnych klientów i znajomych spotykam co roku w Kucharach - więc chyba dobrze - razem zdecydowaliśmy się na ten sam film. Bardzo się z tego cieszę. No a potem było tak, że bardzo chciałem pracować dla Olego i pojawiły się Kuchary, Niemcy, Austria, Warszawa, jakieś wyjazdy by pomoc przy budowie stup gdzieniegdzie... W każdym razie zawsze w polu mocy Lamy.
Żwirek: Ale jak to się stało, że tak nagle zacząłeś pracować dla dharmy?

Żwirek: Ja po prostu bardzo chciałem! Karma i motywacja mogą wiele zdziałać. Nie wiem jak to się stało - poznaliśmy się i Ole zaczął mi mówić rożne rzeczy. Zanim to się stało kilku buddystów poprzedniej generacji uznało, że warto we mnie zainwestować, czy coś.... nie wiem. Inna rzecz, iż zdecydowałem, że tak naprawdę to tylko taka aktywność ma sens. Przynajmniej wtedy. Teraz chciałbym móc raczej finansować dharmiczne projekty... służyć wiedzą i doświadczeniem (śmiech) Jak się nie dba o cenne ludzkie ciało, to potem wstajesz rano i tu cię strzyka, tam cię boli...
Żwirek: Czym jest dla ciebie buddyzm i jak się on zmienił w ciągu ostatnich 10 lat?

Żwirek: Widzisz to jest tak, że ja cały czas się zmagam z buddyzmem. Jest najważniejszą sprawą w moim życiu i może dlatego. Nie jestem bezkrytyczny, a ze względu na taką trochę popapraną przeszłość myślę w trochę inny sposób. Mam stuprocentowe zaufanie do Lamy i to jest OK, ale już ze wszystkimi pozostałymi lubię wdawać się w światopoglądowe konflikty... Nie lubię dogmatów, nie lubię takiej swoistej sztuczności, ale i takiego buddyjskiego luzu, wiesz, na pokaz. Ja nie miałem tak naprawdę czasu zajmować się dharmą i to był na pewno błąd - ale do odrobienia - bo wreszcie w moim życiu pojawiła się na to przestrzeń... Buddyzm jest dla mnie najlepszym lekarstwem na przemijanie, bo ja jestem ultra hedonistą i mam z przemijaniem problem. Buddyzm - co może wyda się dziwne - pokazał mi drugiego człowieka. To na przykład zrozumiałem pracując w SH. Pewnie robię „błąd w myśleniu” - ale ja wciąż zamierzam dopiero zacząć praktykować buddyzm. Pomogłem zbudować piękny ośrodek to wreszcie mam gdzie to robić (śmiech). A jeżeli chodzi o te ostatnie 10 lat...
Na zewnętrznym poziomie dokonała się przede wszystkim rewolucja wizualna: te wszystkie koszulki, gadżety, kalendarze, breloczki... bynajmniej tego nie krytykuję - jest to swoiste signum temporis, dla mnie jako kontestatora pop kultury bardzo widoczny. Kiedyś posiadanie koszulki z jakim buddyjskim symbolem to była poważna sprawa, trzeba było to sobie kupić gdzieś na zachodzie. Teraz tych wszystkich przedmiotów jest wiele. Paradoksalnie być może dzięki temu o wiele łatwiej skupić się na praktyce - te wszystkie przedmioty niekoniecznie muszą rozpraszać, mogą też o czymś przypominać, o tym co ważne... W każdym razie wszystko co produkujemy jest najwyższej jakości i to jest fajne. Pamiętaj że ja mówie teraz tylko o takich zewnętrznych zmianach. Pamiętam pierwsze „diamentówki” i widzę te, które robi Rafał teraz. I wiem, że jest to znowu znak czasu i dowód jak zmienia się ten nasz polski buddyzm. Treść jest ponadczasowa i niezmienna, a forma coraz piękniejsza i bardziej wyrafinowana. Na pewno jest też tak jak mówią nasi nauczyciele - że gdy ludzie więcej medytują są poważniejsi... kiedyś ważne było zakładanie ośrodków, budowanie ich - dziś mamy wszystko i można poświęcić się praktyce. Teraz technika pozwala na oglądanie i słuchanie wykładów Lamy prawie codziennie, wszystkie ośrodki medytują w tym samym czasie, połączone netem liczą mantry... To jeszcze lat temu kilka było buddyjskim SF! Na tym przykładzie widać jak genialnie to Lama wymyślił - bo przecież to wizja Olego - kładzenie nacisku na nowoczesne technologie. Absolutnie nie wiem jak to się dalej potoczy - może można będzie przyjąć schronienie za pomocą sms-a? (śmiech).
Żwirek: Co zmieniło praktykowanie Diamentowej Drogi w twoim życiu?

Żwirek: Wszystko. Gdyby nie Ole i jego uczniowie, tacy jak Mira, Misiek, Jakob czy Rafał to pewnie byłbym kolejną tabliczką na cmentarzu lub dogorywałbym na jakimś skłocie w Berlinie, Londynie czy w Moskwie. To, co robię teraz i co mogę teraz robić jest rezultatem przyjęcia schronienia w sandze. Z ludzkiego punktu widzenia tego nie da się przecenić. Oczywiście, że to, co mowie jest dość powszechną kalką myślową, która przewija się mniej czy bardziej w wypowiedziach wszystkich, których o to pytałem. Mnie jest trudno wytłumaczyć jak bardzo mnie DD zmieniła. Cieszę się z wielu drobnych, naprawdę banalnych czasami rzeczy: budzę się rano patrzę na włosy mojej dziewczyny potem patrzę jak światło odbija się w posażku stojącym na ołtarzu... Ja to kiedyś nazwałem „lampką wewnętrznej radości”. Czasem świeci mocniej czasem słabiej ale pali się nieustannie i wiem, ze nigdy nie przestanie.
Żwirek: Ciekawe... nie znalem cię od tej strony. Dzięki za szczerość, rozmowę i zapraszam na piwo.

Żwirek: Dzięki, raczej pójdę pomedytować. Rzadko to robię.

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Krótka Wskazówka - XVI Karmapa Rangdziung Rigpe Dordże | Musicie praktykować naprawdę intensywnie | Oświecona postawa - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Sanga - Lama Ole Nydahl | Medytacja Wielkiej Pieczęci - Szamar Rinpocze | Strażnicy Dharmy | Cytat - Szamar Rinpocze | Moc życzeń | Dziewięć nauk | Natura Buddy - Gerd Boll | 13 Symboli Tilopy | Produkowanie buddyzmu - Lama Ole Nydahl | Partnerstwo i miłość w buddyzmie cz. II - Klaudia Żerebiec | To była miłość od pierwszego wejrzenia - Żwirek | Cywilizacja buddyjska w starożytnych Indiach Część II - Rafał Kowalczyk | Byliśmy Khampami - Michał Bobrowski | Kontrowersja 12 lat później - Tomek Lehnert | Ośrodek w Braunschweig | Elbląg w elitarnym towarzystwie - Andrzej Gołębiewski | Londyn wzięty - Paulina Czaja i Dominik Szweda | Karelia |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: