DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 36 -> Byliśmy Khampami

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Byliśmy Khampami

Michał Bobrowski
_________

Relacja z podróży do prowincji Kham, we wschodnim Tybecie.


Wszystko zaczęło się od tego, że mój tata, który pracował przy odbiorze statku, w Chinach, w przypływie tęsknoty za rodziną, zaprosił moją siostrę i mamę do siebie. A ponieważ mama wykorzystła urlop, ja miałem pojechać zamiast niej.
Kultura chińska nigdy nie była mi bliska, dlatego zacząłem szukać sposobów na połączenie przyjemnego z pożytecznym, tak by przy okazji pojechać do Tybetu. Przeglądałem strony internetowe, rozmawałem z przyjaciółmi, którzy jeżdżą do Azji. W końcu w Hiszpanii, na obiedzie z XVII Karmapą w Tore del Mar, ktoś skierował mnie do Hansa Emberta, który powiedział: „Właśnie jedziemy na miesiąc do Kham we wschodnim Tybcie. Możesz jechać z nami”.
Po powrocie z Hiszpanii okazało się, że siostra nie skończyła pisać pracy dyplomowej i wyjazd do ojca, do Chin, stał się nieaktualny. Zostałem więc z gotową ofertą wyjazdu do Tybetu. Sam bym na to nie wpadł. Dzięki tato! Oczywiście dużo czasu zajęło mi pokonanie naturalnej niechęci do wydawania większej ilości pieniędzy niż posiadam, ale wszystko układało się pod wyjazd. Pojawiły się pieniądze, a w najbardziej krytycznym momencie szale przeważyły „Wysokie Obcasy” ze zdjęciami tybetańskich dziewcząt na targu koni w Kham.

SŁOWIANIN I RAJSTOPY NIEMICKIEJ DAMY
I tak z cyfrowym aparatem, 20GB dyskiem na zdjęcia, sangową kamerą cyfrową, wódką z imbirem, tabletkami na zatrucie i wieloma innymi niezbędnymi rzeczami, pojawiłem się na lotnisku w Czengdu. Miasto leży na wysokości 126 m. npm. i jest stolicą prowincji Siczuan, do której Chińczycy przyłączyli większą część Kham. Od dawnej granicy tybetańsko-chińskiej dzieliło nas około 200 km. Jako jedyny Słowianin, dołączyłem do grupy siedemnastu osób z niemieckojęzycznej części naszej sangi, składającej się głównie z obywateli Szwajcarii, Austrii i Niemiec. Naszym przewodnikiem był Gompo - Tybetańczyk, który do dwudziestego roku życia był nomadem, a po ucieczce z Tybetu wykształcił się na przewodnika. Pomagali mu dwaj Tybetańczycy: Dawa - mieszkający w Katmandu (Nepal) i pracujący w „Shambala Travel” oraz Khempo Karma Ngedon, znany ze „study course” z Karma Guen w Hiszpanii. Oprócz nich do grupy należało pięciu kierowców ze swoimi mitshubishi pajero.
Pierwsze auto zepsuło się już na drodze z Czengdu do dawnej granicy tybetańsko-chińskiej. Pękł pasek napędzający wentylator chłodnicy. Okazało się, że kierowcy zapasowego nie mają. Najpierw zastąpiły go rajstopy niemieckiej damy, a później, gdy nie wytrzymały, kierowcy połatali stary pasek drutem i tak dojechaliśmy do warsztatu. Drogę do Dartsedo, miasta na dawnej granicy tybetańsko-chińskiej, pokonywaliśmy o zmroku.

PO CIEMKU I POD PRĄD
Przed wyjazdem do Tybetu zastanawiałem się, czy będę pamiętać o codziennym powtarzaniu mantry do Mahakali, o co prosił nas Karmapa podczas inicjacji w Karma Guen. Obawy okazały się bezpodstawne. Powodów do powtarzania mantry było mnóstwo. Pierwszego dostarczyli kierowcy. Ich sposób jazdy można podsumować jednym zdaniem: „Trąbię, jadę i na pewno mi się uda”. Dwa dni zajęło nam nabranie zaufania do tego, że może naprawdę im się uda. Drugi powód to oznakowanie robót drogowych. Chińczycy nie stawiają słupków ostrzegawczych lub znaków, po prostu na jezdni kładą wielkie kamienie, tak by nikt nie zniszczył ich pracy. Nocna jazda do Dartsedo przypominała więc grę komputerową - co parę metrów trzeba było wymijać wielkie kamienie na drodze, a kierowcy dodatkowo jechali po tej stronie drogi, którą uważali za lepszą (droga była oczywiście dwukierunkowa i bardzo kręta). Kamienie jednak nie zabezpieczały drogi przez cały czas. Chińczycy pewnie uznali, że wycięty jeden pas jezdni o głębokości jednego metra i długości pięćdziesięciu metrów, będzie z daleka widoczny. Jednak po zmroku nie był. Do wykopu udało się nam wpaść tylko prawymi kołami, rysując podwoziem o krawędź. Nikomu nic się nie stało, a kierowca nawet nie zajrzał pod auto.

TO MA BYĆ TYBET?!
Dartsedo leży na wysokości 2590 m. npm., około 20 km. od dawnej granicy tybetańsko-chińskiej. Kiedyś było stolicą królestwa Czakla, jednego z pięciu niepodległych królestw w Kham. Prosperowało jako centrum handlu herbatą pomiędzy Tybetem a Chinami. Tybetańczycy przywozili tu zioła z odległych rejonów Tybetu i wymieniali na herbatę, która po dodaniu soli i masła stanowi główny napój Tybetańczyków. Teraz w związku ze stale rosnącą populacją Chińczyków, miasto jest prawie zupełnie chińskie. Rano zajrzeliśmy do Ngacza Gompa, klasztoru szkoły Gelug z XVII wieku. Wewnątrz zachwyciły nas wielkie posągi: Siakjamuniego w otoczeniu swoich najważniejszych uczniów: Shiariputry i Mandgalyayany, Padmasambawy z głównymi partnerkami - Mandarawą i Jeszie Tsodzial. Potem widzieliśmy Tsongkhapę i dwa posągi jego uczniów, Kochające Oczy, Wadżrapani, Białą i Zieloną Tarę, posągi strażników i wielką liczbę tanek. Dalej wysoki na trzy piętra posąg Maitreji i pokój Mahakali, gdzie w otoczeniu posągów i tanek mnich śpiewał pudżę, waląc w wielki bęben.
Jechaliśmy dalej w kierunku miasta Tału. Po drodze mijaliśmy miasteczka zupełnie „schińszczone”. Chińczycy, budując drogę, stawiali w pobliskich miejscowościach nowe domy i sklepy w beznadziejnym nowo-chińskim stylu. To ma być Tybet? Byłem załamany. Zacząłem się zastanawiać, po co wziąłem tyle kaset do kamery i tak duży dysk na zdjęcia.

JAK NA POLSKIEJ WSI
Na pierwszej przełęczy (Gje La 4298 m. npm.) poczułem, co to znaczy brak tlenu. Podbiegłem radośnie do stojącej stupy i flag modlitewnych, by zrobić kilka zdjęć i nakręcić trochę filmu. Po kilku krokach poczułem, że robi mi się słabo, serce wali mi mocno, a oddech przyspiesza maksymalnie. Były to, jak się okazało, normalne objawy związane z aklimatyzacją. Co ciekawe, organizm reaguje na wysokość intensywnym wydalaniem wody z organizmu. Sika się więc od dziesięciu do piętnastu razy dziennie. Alkohol dodatkowo odwadnia, wtedy trzeba pić jeszcze więcej (wody oczywiście). Duże wysokości uaktywniają jeszcze inną właściwość organizmu - ciało przestaje się mocno pocić, przez co mniej się śmierdzi, nawet jeśli człowiek nie myje się kilka dni. Tą cechę mieliśmy sprawdzić wielokrotnie.
Pierwsza wioska za przełęczą przywróciła mi wiarę. Sądząc po jej przepięknej arhitekturze, znaleźliśmy się w Tybecie! Potem poczułem się prawie jak na polskiej wsi. Tyle, że zamiast kapliczek, krzyży i kościółków stały co kilka metrów stupy, klasztory, kamienie mani i powiewały flagi modlitewne. Styl domów, w zależności od doliny, lekko się zmieniał. W każdej mieszkańcy mieli po prostu inne materiały do dyspozycji. Tam gdzie było dużo kamieni, domy budowano z kamienia, później pojawiło się więcej elementów drewnianych, by w bardziej pustynnych miejscach ustąpić miejsca glinie. Widoki przepiękne, taka trochę bardziej górzysta południowa Hiszpania lub Szwajcaria (jeśli w ogóle można porównywać).
Noc spędziliśmy w Tału (3125 m. npm.), w hoteliku urządzonym w kiczowatym tybetańsko-chińskim stylu, tak kolorowym, że gdyby podobnie było w pokojach, nie dałbym rady zasnąć. Miasto, niestety, jak większość miast w Tybecie, zdominowane nową chińską architekturą. Większość ludzi ubranych jeszcze po europejsku, ale zaczynały się już gdzieniegdzie pojawiać także tradycyjne tybetańskie stroje.

TAM, GDZIE KARMAPA OWCE PASŁ
Jechaliśmy dalej drogą do Kandze, co chwila zatrzymując się, żeby wydalić wodę z organizmu, z przerwą na medytację koło przydrożnej stupy Guru Rinpocze. Medytacja poprowadzona została specjalnie dla mnie po angielsku, podobnie jak i w przyszłości większość rozmów w czasie naszej podróży - byłem pod wrażeniem.
W Kandze (3581 m. npm.), mieście, gdzie Lama Ole w poprzednim wcieleniu walczył z Chińczykami, czekał już na nas prawdziwy folklor. Tybetańczycy w większości ubrani tradycyjnie (Chińczyków już się prawie nigdzie nie widziało) - bardzo otwarci, radośni, przejrzyści i ciekawscy. Wspaniale bylo zanurzyć się w tłum i chłonąć klimat życia w mieście. Poczułem się jak w domu. Oczywiście starałem się nie popadać w egzaltację pamiętając słowa Lamy Ole o trzech najbardziej popularnych zawodach w dawnym Tybecie: mnichu, wieśniaku i bandycie. Rzeczywiście, nie wszystkim dobrze z oczu patrzyło. A ponieważ robiąc zdjęcia i kręcąc film starałem się uchwycić klimat miejsca bez pokazywania naszej wycieczki, spontanicznie pojawiła się kolejna okazja do powtarzania - profilaktycznie - mantry do Mahakali.
Następnego dnia, jadąc w kierunku Manigango, kilka minut drogi od Kandze, zatrzymaliśmy się koło wioski, gdzie wychował się I Karmapa. W pobliżu miało być miejsce, w którym się urodził. Poszliśmy na wzgórze obejrzeć klasztor Saiakjapów z XII wieku i zasięgnąć języka. Klasztor jest pięknie położony na szczycie wzgórza, górując nad malowniczą wioską z jeziorkiem po środku. Co więcej, nie został w ogóle zniszczony w czasie rewolucji kulturalnej, co w tym rejonie należy do rzadkości. Ponadto, na wzgórzu tym, jak się okazało, I Karmapa pasł owce. Wewnątrz w klasztorze zobaczyliśmy wiele posągów (m.in. Zielonej Tary), mnóstwo tanek i przepiękne freski na ścianach. Okazało się jednak, że miejsce, w którym urodził się I Karmapa, jest gdzie indziej, ale za to lokalny Lama pokazał nam leżące u podnóża góry kamienie, w których I Karmapa, będąc jeszcze dzieckiem, odcisnął swoje kolana, bok i procę. Ciekawe, że te kamienie, w żaden sposób nie zabezpieczone, leżą po postu na polu. Obok nich jaki tną ząbkami trawę i robią kupy. Kawałek dalej zobaczyliśmy nieduży strumień. Wypływał spod drogi, gdzie znajdowało się jego źródło, które powstało dzięki mocy I Karmapy. Chińczycy zasypali je po rewolucji kulturalnej, wybudowując na nim drogę, ale teraz wytrysnęło znowu.
Przejechaliśmy samochodami kilka minut i weszliśmy na wzgórze do miejsca, gdzie I Karmapa zostawił swoje normalne ubranie, kiedy postanowił zostać mnichem. Wybudowano tutaj trzy stupy. Bazę dla największej stanowiła owcza skóra, a dwie mniejsze zostały zbudowane na butach I Karmapy. Wszystkie stupy stoją wewnątrz pomieszczenia, którego ściany zdobią, mocno już zniszczone, freski przedstawiające m. in. Kamapę, Milarepę i Mahakalę. Zrobiliśmy tam wspólną medytację „Trzech świateł” i zaśpiewaliśmy przywołanie Mahakali, budząc tym szacunek w przyglądających się nam miejscowych Tybetańczykach.

TACY JAK MY
Jadąc dalej w kierunku Manigango, około 50 km. przed miastem, zatrzymaliśmy się w miejscu zwanym Jankar Dordże Pamo. Tutaj koło wzgórza, pod którym przepływa rzeka, znajduje się wiele jaskiń medytacyjnych. Podobno medytowali tutaj wielcy naszej linii (m.in. Kalu Rinpocze, Czeczu Rinpocze), a ciotka XVI Karmapy osiągnęła tu tęczowe ciało. Całe wzgórze, oczywiście, obwieszone jest flagami modlitewnymi.
Do Manigango dojechaliśmy późnym popołudniem. Odbywał się tutaj festiwal kulturalny, dzięki czemu mogliśmy się cieszyć widokiem kilku tysięcy Khampów ubranych w tradycyjne stroje - pięknych kobiet, silnych i dumnych mężczyzn, którzy przyjechali tu konno lub na motocyklach. Wszyscy ubrani byli tak pięknie i mieli na sobie tyle ozdób, że my w naszych polarkach i dżinsach wyglądaliśmy na biedaków. Dawa miał tutaj, i jak się później okazało również w niezliczonych innych miejscach, rodzinę, która ugościła nas w swoim namiocie. Dzięki temu mogliśmy w stu procentach przekonać się o prawdziwości słów Lamy Ole, który wielokrotnie mówił, że większość jego uczniów była w poprzednich wcieleniach Khampami - mamy bardzo podobny styl imprezowania. W namiocie Khampów pierwszy raz piliśmy tradycyjną tybetańską herbatę. Wbrew obiegowej opinii smakowała nieźle. W czasie całej podróży udało się nam wypić trzy jej rodzaje: czarną herbatę z dodatkiem soli, czarną herbatę z dodatkiem soli i masła z mleka jaka oraz czarną herbatę z solą, masłem i mlekiem. W namiocie Khampów degustacje zaczęliśmy od tej ostatniej. Smakowała trochę jak słona zupa mleczna. Dla Tybetańczyków to ważny napój, idealnie dostosowany do ich klimatu. Natłuszcza skórę i zapobiega pękaniu warg od ostrego na tych wysokościach słońca. Nomadowie potrafią wypić nawet 40 filiżanek herbaty dziennie.
Następnego dnia, po obejrzeniu porannych występów kulturalnych, postanowiliśmy zobaczyć z bliska wielkie pole flag modlitewnych, pokrywające szczyt pobliskiego wzgórza. Po drodze musieliśmy ominąć szerokim łukiem stado jaków. Wielki byk poczuł się za nie odpowiedzialny i postanowił nam to zaprezentować. Tuż pod szczytem trafiliśmy na stupę otoczoną murem z kamieni mani oraz wielką ilością flag modlitewnych. Obok stał kompleks ponad dwudziestu domków odosobnieniowych. Sądząc po kolorach ścian, należały do szkoły Siakja. Na sąsiednim wzgórzu zobaczyliśmy ułożoną z kamieni mantrę. Ponieważ widzieliśmy ją wyraźnie, musiała być ogromna. W końcu doszliśmy do naszych flag modlitewnych. Pod nimi stało kilka domków odosobnieniowych, powyżej osiem małych stup, a przed nami rozciągał się widok na wielkie ośnieżone szczyty. Trudno w takim miejscu być oddzielonym od przestrzeni. Drogę w dół umilił nam widok pięknej pastereczki na koniu.
Noc spędziliśmy w miejscowej gospodzie, a rankiem obudziło nas krakaniem stado wielkich kruków. Obejrzeliśmy jeszcze wyścigi konne i wkrótce potem wyruszyliśmy w dalszą drogę. Po przejechaniu przełęczy Muri La (4633 m. npm.) dotarliśmy do klasztoru Dzogczen (1684-85 r., 4023 m. npm.). Stanowi on jedno z głównych miejsc pielgrzymek we Wschodnim Tybecie i jest jednym z największych klasztorów szkoły Ningma w Kham. Droga do niego prowadziła przez bajkową wioskę, w której chyba nic się nie zmieniło od dwustu lat. Okolica usiana była stupami, a na wielkich głazach zostały wyryte mantry. Minęliśmy osiem dużych (podobno uzdrawiających) stup, pełną mocy stupę Hajagriwy i znaleźliśmy się w klasztorze. W jego wspaniale odnowionym wnętrzu stały wielkie posągi Siakjamuniego, Diamentowego Umysłu i Guru Rinpocze, a ściany pokryte były pięknymi freskami. Obok znajdował się mniejszy klasztor, domki dla mnichów i zabudowania szkolne. Nad doliną górował ośnieżony, mający prawie sześć tysięcy metrów szczyt. Na pobliskich wzgórzach położone są jaskinie, gdzie medytowali wielcy jogini szkoły Ningma. Leżący dziesięć kilometrów dalej klasztor Zheczen (1735 r., 3780 m. npm.) zrobił na nas również wielkie wrażenie. Ściany wyłożone były setkami posążków, a piękne freski i tanki dopełniały całości. Mieliśmy nawet czas na medytację.

W KLASZTORZE OJCA KARMAPY
Kolejny etap naszej podróży to klasztor Mipama Rinpocze, ojca XVII Karmapy Taje Dordże. U podnóża góry, poniżej klasztoru leżał otoczony flagami modlitewnymi dom Mipama, a zarazem miejsce, gdzie XVII Karmapa spędził wczesne lata dzieciństwa. Swoje namioty rozbiliśmy w jego ogrodzie. Co ciekawe, Mipam Rinpocze, jeden z ważniejszych lamów szkoły Ningma, jest ojcem nie tylko głównego lamy naszej linii, ale również wysokiej inkarnacji szkoły Gelug. Ponieważ całej rodzinie Mipama szczęśliwie udało się opuścić Tybet, jego klasztor jest poddany dużej presji ze strony chińskich władz. Nie zaszkodziło to jednak polu mocy, które jest tam obecne. Mnisi, mimo że strasznie biedni, gościli nas u siebie przez dwa dni. Tu po raz pierwszy jedliśmy prawdziwą tsampę - prażoną mąkę jęczmienną z masłem z mleka jaka i dodatkiem tybetańskiej herbaty. Całość miesza się palcami i ugniata w kulkę. My dostaliśmy jeszcze trochę cukru i jakiejś słodkiej przyprawy. W smaku niczego sobie, oczywiście jeśli nie je się tego na każdy posiłek.
Kilkadziesiąt metrów powyżej klasztoru znajduje się domek odosobnieniowy, w którym Mipam Rinpocze medytował przez 30 lat. Medytacja w tym miejscu była dla mnie prawdziwym przeżyciem. Poniżej, koło domku, znajdowało się miejsce, gdzie ze skały wyłoniła się sylaba. Wokół można znaleźć górskie kryształy, a po drugiej stronie wzgórza mantrę Buddy Mądrości wykutą przez I Mipama. Kolejną pamiątkę po I Mipamie można znaleźć w klasztorze. Jest to odcisk jego stopy w skale.
Na wzgórzu koło klasztoru znajduje się również domek odosobnieniowy Khempo z klasztoru Mipama. Miejsce, gdzie medytował przez prawie całe życie, a zmarł w wieku siedemdziesięciu lat. Po kremacji jego kości stopiły się w formy, na które medytował: figurki Dordże Czang i Cziano Dordże. Lekko odmalowane mogliśmy podziwiać je na jego ołtarzu.
Więcej zdjęć do obejrzenia na stronie foto.buddyzm.pl

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Krótka Wskazówka - XVI Karmapa Rangdziung Rigpe Dordże | Musicie praktykować naprawdę intensywnie | Oświecona postawa - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Sanga - Lama Ole Nydahl | Medytacja Wielkiej Pieczęci - Szamar Rinpocze | Strażnicy Dharmy | Cytat - Szamar Rinpocze | Moc życzeń | Dziewięć nauk | Natura Buddy - Gerd Boll | 13 Symboli Tilopy | Produkowanie buddyzmu - Lama Ole Nydahl | Partnerstwo i miłość w buddyzmie cz. II - Klaudia Żerebiec | To była miłość od pierwszego wejrzenia - Żwirek | Cywilizacja buddyjska w starożytnych Indiach Część II - Rafał Kowalczyk | Byliśmy Khampami - Michał Bobrowski | Kontrowersja 12 lat później - Tomek Lehnert | Ośrodek w Braunschweig | Elbląg w elitarnym towarzystwie - Andrzej Gołębiewski | Londyn wzięty - Paulina Czaja i Dominik Szweda | Karelia |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: