DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 35 -> Szczęście

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Szczęście

Lama Ole Nydahl
_________

Co o szczęściu mówią nauki buddyjskie? Odpowiem na to pytanie z rozległego punktu widzenia kogoś, kto w buddyzmie tybetańskim określany jest jako jogin. Zasadniczo w buddyzmie rozróżnia się uwarunkowany i nieuwarunkowany rodzaj szczęścia, bądź inaczej mówiąc, szczęście relatywne i absolutne.


Relatywne wiąże się z tym, czego doświadczamy, absolutne zaś z samym doświadczającym. Powiedzieć można, że wszystko w świecie zewnętrznym: fabryki, ulice, domy i samochody powstały, ponieważ ludzie pragnęli przyjemnych doświadczeń. Szpitale i więzienia zaś wybudowano, by pewnego rodzaju cierpień uniknąć. Właściwie stale próbujemy zmieniać warunki, w których żyjemy, w nadziei, że osiągniemy przyjemne rezultaty. Jednak bez względu na to, jak wspaniałe są domy, samochody, czy otaczające nas krajobrazy, to nie one przecież dają nam poczucie spełnienia. Naprawdę szczęśliwy może być jedynie umysł. To ten, kto patrzy przez nasze oczy i słyszy przez nasze uszy stanowi sferę, w której wszystko się wydarza. Toteż częste próby uchwycenia i zatrzymania szczęścia poprzez oparcie go na czynnikach zewnętrznych, są nie tylko doraźne, ale i z natury chybione, jak porywanie się z motyką na słońce. Żadna próba osiągnięcia trwałego szczęścia w oparciu o czynniki uwarunkowane po prostu nie może się powieść. W chwili śmierci oczywiste staje się, jak powiadają Duńczycy, że ostatnia koszula nie ma kieszeni. Nie możemy niczego ze sobą zabrać. Wtedy liczą się tylko trwałe wartości. Mądrze jest więc poświęcić swój czas na odnalezienie podstaw dla rzeczywiście trwałego szczęścia.

Wszystko, co uwarunkowane, co wytworzone lub zrodzone jest z samej swej natury nietrwałe i relatywne. Nie może istnieć wiecznie i musi ponownie się rozpaść. Dlatego istoty, które nie wiedzą nic o swym ponadczasowym umyśle, napotkają trzy rodzaje cierpienia. Pierwsze wydarza się, kiedy przeżywamy katastrofę, kiedy wszystko w naszym świecie zaczyna się walić. Jesteśmy ciężko chorzy, połowa naszej rodziny i przyjaciół umiera, wszystko się rozpada i życie staje się pełnym bólu dramatem. Drugi rodzaj cierpienia często początkowo bierzemy za szczęście. Polega na doświadczeniu nowości, które związane jest z tym, że rzeczy wciąż się zmieniają. Myślimy więc: „Wciąż nowe obrazki, jakie to ekscytujące!”, dopóki nie nadejdzie moment, kiedy chcemy je zatrzymać, co oczywiście się nie udaje. W końcu wszystko przecieka nam przez palce, pozostawiając uczucie straty. Trzeci rodzaj cierpienia wyraża się jako poczucie niespełnienia lub frustracji. Większość ludzi, zbyt pochłonięta dwoma poprzednimi rodzajami cierpienia, nawet go nie zauważa. Jego działanie polega na tym, że umysł prawie zawsze tkwi w ciemnościach. Ledwie pamiętamy dzień wczorajszy, a zeszły tydzień zdążył już nam całkowicie wywietrzeć z głowy. Nie pamiętamy swych narodzin ani poprzednich żywotów, nie wiemy także, co się wydarzy w przyszłości. Zawsze mamy do czynienia przynajmniej z jednym z tych trzech rodzajów cierpienia. Dziać się tak będzie dopóty, dopóki sobie tego nie uświadomimy i nie zaczniemy zmieniać naszego systemu wartości, kładąc nacisk nie na to, co przemijające, lecz na to, co rzeczywiście godne zaufania.

Na czym możemy naprawdę oprzeć się w tym świecie? Nie wchodzi w rachubę ani materializm, ani nihilizm. Zewnętrzne i wewnętrzne zjawiska nie cechują się ani istnieniem, ani nieistnieniem. Dowiedziono, że można sprawić, aby cząstki składowe atomu najpierw znikały, a potem wyłaniały się znowu w pustej na pozór przestrzeni, podobnie jak myśli i uczucia, które przychodzą i odchodzą. Oba te skrajne poglądy filozoficzne straciły więc już dzisiaj swe naukowe podstawy. Zarówno bytu, jak i niebytu rzeczy nie można dowieść, potwierdzić – trzeba postrzegać te stany raczej jako dwie strony tej samej monety. Kiedy poszukujemy prawdziwej esencji, przedmioty rozpadają się, gdy zaś próbujemy utrzymać świadomość pustości, wypełnia się ona sama z siebie. Jeśli tak właśnie się dzieje, to na czym możemy się oprzeć? Całkowicie można zaufać tu tylko jednemu – potencjałowi przestrzeni.

Przestrzeń to o wiele więcej niż czarna dziura czy nicość. Często wiemy, kto do nas dzwoni, zanim usłyszymy głos w słuchawce, albo otrzymujemy listy od osób, o których intensywnie ostatnio myśleliśmy. Nie wiąże się to z doskonalszym widzeniem lub słyszeniem z powodu medytacji, lecz z tym, że na chwilę zapominamy o oddzieleniu od całości. Kiedy po prostu pozostajemy w przestrzeni, kiedy nadzy i otwarci spoczywamy w tym, co się wydarza, takie rzeczy zaczynają się dziać coraz częściej. Doświadczamy wszystkiego wówczas nie tylko przez nasze zmysły, ale poprzez wibrację każdego atomu w naszym ciele. Ponieważ przestrzeń i energia wewnątrz i na zewnątrz są wyrazem tej samej jedności i nie mogą być rozdzielone, zawsze pozostajemy z tą całością w kontakcie.

W buddyzmie nazywane jest to stanem prawdy (dharmakają w sanskrycie a czöku po tybetańsku). Te słowa oznaczają właśnie, że wszystko jest częścią tej samej całości. Na innym poziomie zaś, że przestrzeń jest jak pojemnik, w którym wszyscy się znajdujemy. Owo odczuwanie jedności nie zwalnia nas z konieczności dostrzegania dystansu między rzeczami. Wymaga tego nasze przetrwanie. Ten, kto kiedyś był w stanie ocenić, jak blisko znajduje się tygrys, a dziś nadjeżdżająca ciężarówka, zwykle był zdolny do przetrwania i przekazywał dalej swoje geny; dlatego zresztą właśnie dziś wielu ludzi na początku opiera się buddyjskiemu rozumieniu przestrzeni. Z drugiej strony, oczywiste jest, że pozostaje jej o wiele więcej poza rzeczami niż pomiędzy nimi. Jeśli ma się świadomość odległości pomiędzy gwiazdami w kosmosie, to nawet Australia jest blisko. Doradzam, żebyście próbowali postrzegać wszystko z takiej perspektywy. To bardzo ważne, aby widzieć przestrzeń jako coś, co jest żywe i łączy istoty, a na dodatek przypomina pojemnik, który umożliwia przekaz informacji między nimi.

Przestrzeń jest ze swej natury radosna i odgrywa tu znacznie większą rolę niż rozumiejąca świadomość. Właśnie dlatego jest ona tak interesująca. Promienność umysłu samego w sobie pozostaje o wiele bogatsza niż uwarunkowane doświadczenia radości, do których wszyscy tak dążymy. Najlepsze chwile życia są w rzeczywistości podarunkami i pojawiają się wtedy, gdy istoty zapominają o sobie samych. Są to takie sytuacje, jak kiedy spoczywamy w ramionach ukochanej osoby i kiedy naturalnie znika uczucie oddzielenia. Wtedy manifestuje się nieodłączna od umysłu, odwieczna radość, która już nas nigdy nie opuści. Pozostajemy odtąd poza nadzieją i strachem, spoczywamy w bogactwie bezpośredniego doświadczania. Stan ten jest nieoddzielny od przestrzeni, wyraża jej nieograniczone właściwości i jest w najwyższym stopniu przekonujący. Najwyższa radość jest zatem nieodłączna od spontanicznego wglądu umysłu i pozostaje przekazem jego mądrości. Przestrzeń jest radością umysłu, stanowi podstawę wszystkiego, co zewnętrzne i wewnętrzne i tak może rozpoznać samą siebie.

Wreszcie, ponieważ przestrzeń jest nieograniczona, wyraża się także jako miłość. Jako ludzie Zachodu, pochodzący z inteligentnego, wysoko rozwiniętego społeczeństwa uważamy, że powinniśmy pomagać innym, w biednych częściach świata. Ale nie mówię tu o takim rodzaju miłości. To postępowanie jest oczywiście bardzo dobre, szczególnie jeśli udaje się nam ich przekonać, żeby nie mieli tak wielu dzieci. Stanowi jednak tylko cień owego nieograniczonego doświadczenia, w którym miłość wyłania się z poczucia bycia całością. Kiedy podmiot, przedmiot i doświadczenie są jednością, a życzeń własnego szczęścia nie można oddzielić od życzeń szczęścia dla innych, znajdujemy się w stanie o charakterze absolutnym. Na świat zaczynamy patrzeć wtedy niezwykle naturalnie.

Nie ma wątpliwości, że wszystkie istoty chcą być szczęśliwe i uniknąć cierpienia. Trzy stare szkoły buddyzmu tybetańskiego oparte na medytacji i przekazie skutecznie wiodą nas do tego stanu. Buddyzm Wielkiej Drogi, czyli Mahajana, przygotowuje umysł do pełnego rozwoju. Osiąga się go szybko dzięki niezliczonym, zręcznym metodom Diamentowej Drogi. Nazwy takie jak Wielka Pieczęć lub Wielka Doskonałość oznaczają, że podstawa, droga i cel są wyzwalające. Szczególnie w linii Kagyu, którą reprezentuję, lustro i jego promienność nigdy nie bywają oddzielane. Przestrzeń i radość pojmuje się tu jako jedność. To, co patrzy przez nasze oczy i słyszy przez nasze uszy, jest samym przejrzystym światłem. Nie przypomina ono jednak błyszczącego światła projektora. Raczej pozostaje ciągłym stanem świeżości, ekscytującym tu i teraz, w którym w bezpośrednim powiązaniu z samym doświadczeniem pojawiają się chwilowe wglądy. Kiedy poczucie «aha» trwale łączy się z każdym naszym przeżyciem, osiągamy prawdziwą radość i jesteśmy u celu.

Trwałość tego stanu możemy sobie zapewnić tylko nieustannie badając, kim naprawdę jesteśmy. Tego rodzaju analiza daje nam przekonanie, że w żadnym razie nie możemy być ciałem. Ciało nie stanowi żadnego oparcia. Kiedyś się urodziło, później umrze, a i teraz podlega ciągłym zmianom. Nie mając stałej natury, nie może istnieć naprawdę. Zrozumienie, że nie jesteśmy ciałem, najpierw nas zdumiewa, potem zaś daje rzeczywiście dużą ulgę. Któż chciałby być czymś, co się starzeje, choruje i w końcu umiera? Bez wątpienia przemijające ciało nie może stanowić podstawy prawdziwego szczęścia.

Niektórzy sfrustrowani faktem, że ciało nie daje oparcia, identyfikują się z kolei ze swoimi myślami i uczuciami. To jednak również zawodzi. Stany umysłowe istot są jeszcze bardziej nietrwałe niż ich zewnętrzne opakowanie. W dialogu Mefistofelesa z Faustem u Goethego ten pierwszy stwierdza, że nic nie zmienia się szybciej niż ludzkie emocje. Ten, kto identyfikuje się z uwarunkowanymi stanami umysłu, stanie się prędzej czy później naprawdę pomieszany. Jedyne prawdziwe uczucia, niezmienne i ponadczasowe, które są jak ocean wobec fal, to nieustraszoność, radość i prawdziwe współczucie. Jest tak, ponieważ ich zasadą pozostaje jedyna, niezmienna przyczyna: promienna i nieogarniona przestrzeń umysłu. Tylko ona nie została stworzona i istnieje sama z siebie. Jest w swej naturze bogata i radosna, przypomina zaś pojemnik bez granic. Bez wysiłku wyraża współczucie i wszystko jednoczy.

To właśnie jest cel nauk Buddy. Chodzi mu o to, aby istoty doświadczały, że są raczej oceanem niż jego falami; wyzwala je pokazując im lustro poza obrazami, które odbijają się na jego powierzchni. Jeśli ktoś może doświadczać siebie samego jako promienności, która jest świadoma, nie będzie go już rozpraszał strumień poznawanych zjawisk. Nieograniczoną radość, którą pokazuje, osiąga się dzięki poznaniu natury samego umysłu. Kiedy rozumiemy, że nie został on ani zrodzony, ani stworzony, że nie może zniknąć, ani się rozpaść, wszystko w życiu stanie się podarunkiem.

Kiedy ludzie są już w stanie zaufać swojej wewnętrznej naturze Buddy, medytacje Diamentowej Drogi umożliwiają pracę nad umysłem poprzez wizualizację form lub w abstrakcyjny sposób. Forma wiąże się z fazą budowania i fazą stapiania lub rozpuszczania w medytacji. Tu Buddowie pojawiają się przed lub nad nami jako postaci z energii i światła. Sprzężenie zwrotne, jakie wywiązuje się pomiędzy nami a nimi, powoduje poruszenie w kanałach energetycznych ciała. To nadzwyczaj radosne doświadczenie zasiewa w nas nasiona ponadosobistych zdolności i właściwości. Kiedy już uprzytomnimy sobie ów aspekt natury Buddy, stwarzamy dodatkowy pomost pomiędzy formami ze światła a nami – za pomocą wibracji mantry. W końcu rozpuszczamy formę i stapiamy się z nią tak naturalnie, jak światło stapia się ze światłem, a woda łączy się z wodą. Wtedy wszystkie formy wokół nas znikają i pozostaje tylko świadomość. Nie ma ona centrum i granic, nie istnieje ani „tutaj”, ani „tam”. Pozostaje w swej nieograniczonej przestrzeni, poza doświadczającym, doświadczeniem i tym, co doświadczane. Umysł dzięki własnej mocy rozpoznaje swoje niezliczone właściwości. Na tym etapie jest mu obcy jakikolwiek wysiłek i napięcie. Stan ten nie wynika ani z postanowienia, aby mieć tylko dobre myśli, jak w chrześcijańskich religiach, ani nie podąża za zaleceniem, by nie mieć ich wcale, jak w hinduizmie, co nawiasem mówiąc z reguły prowadzi do otępienia umysłu. Kiedy spoczywamy w esencji tego, co świadome, pozwalając, żeby myśli naturalnie pojawiały się i znikały bez oceniania ich, osiągamy ponadczasowy wgląd. Zanim świadomość popada w ospałość, znów dajemy pojawić się światu, świeżemu, promieniującemu i nowemu, a w końcu ze wszystkimi istotami dzielimy się dobrymi wrażeniami, które właśnie zebraliśmy.
Poła, praktyka świadomego umierania, to jedna z bardzo głębokich i łatwo dostępnych medytacji Diamentowej Drogi. Rzeczywiście zmienia ona ludzi od podstaw. Dwanaście razy w roku uczę jej na całym świecie. Dziewięć i pół wieku temu bohater Marpa sprowadził jej przekaz od swego nauczyciela Naropy. Dzisiaj tego typu metoda istnieje prawdopodobnie jedynie w trzech „starych” szkołach buddyzmu tybetańskiego. W trakcie tej medytacji uczymy się, jak kontrolować proces umierania, aby później, w chwili śmierci móc wysłać swój umysł do czystej krainy najwyższej radości. W efekcie tej praktyki pojawiają się trzy rodzaje znaków. Znak zewnętrzny jest związany z ciałem i jest nim mały otwór w głowie, w odległości około ośmiu palców od pierwotnej linii włosów. To zwykle mała ranka, nic wielkiego, wrażliwa jednak na dotyk i widoczna dzięki kropelce krwi. Drugi lub wewnętrzny znak stanowią niezapomniane stany radości i wolności. Podczas poła wielu doświadcza swobodnego wychodzenia z ciała. Ponieważ jednak oczyszczamy tu centralny kanał energetyczny ciała, doznajemy licznych podświadomych wrażeń, czasami rodzących także lęk i niepewność. Jeżeli dojrzałość praktykujących lub moc nauczyciela pomoże nam przejść przez te nieprzyjemne stany, często doświadczamy w końcu prawdziwego spełnienia i ogromnej ulgi. Trzeci, tajemny znak powodzenia praktyki, to poczucie, że strach w bardzo dużym stopniu już nas opuścił. Mamy więc świadomość, że jesteśmy w jakiś sposób niezniszczalni, że różne rodzaje cierpienia właśnie nas opuściły.

Dzięki praktyce poła coraz więcej moich uczniów spoczywa we własnym centrum oraz identyfikuje się bardziej z tym, kto doświadcza świadomych stanów niż z licznymi przedmiotami doświadczenia. Mowa tu o doświadczeniu rzeczywistym, a nie intelektualnym. Każdy może z łatwością nauczyć się właściwych słów. Tymczasem tutaj wydarza się coś więcej – nie mamy żadnych wątpliwości, że ciało i mowa są naszym bogactwem, środkami przynoszenia pożytku innym. W ten sposób wzrasta niewzruszona przytomność umysłu. Rozumiemy, że nie musimy niczego udowadniać, ani z niczego się tłumaczyć. Jesteśmy tym, kto właśnie teraz słucha i patrzy, kto doświadcza i jest świadomy. Nie ma sensu pozwalać, żeby przemijające zdarzenia zewnętrznego lub wewnętrznego Disneylandu wybijały nas z naszego centrum. Pozostając w tak bezpiecznym stanie umysłu, używamy ciała i mowy, by pomóc istotom, które owładnięte są przemijającymi i pomieszanymi stanami. Jednak naszym prawdziwym celem pozostaje pomaganie im z poziomu nieustraszonej radości i współczucia.

Budda nauczał tutaj różnych metod. Mniej buntowniczym ludziom, którzy woleli unikać trudności, doradzał drogę wyrzeczenia, mówiąc, aby zostali mnichami lub mniszkami. To dawało im bezpieczeństwo – posiadali prawdziwą ochronę i nie potrzebowali się konfrontować z życiem. Tym, którzy jednak chcieli podejmować życiowe wyzwania i pozostawić po sobie ślad w uwarunkowanym świecie, Budda zalecał życie świeckie. Dawał im nauki nie skupiające się na tym, czego nie należy robić, lecz na tym, co możliwe i atrakcyjne – na tym, jak wzbogacić życie i nadać mu większe znaczenie ze względu na innych i na siebie.

Nauk najwyższego poziomu Budda udzielał joginom, czyli tym, którzy w nieustraszony sposób dążą do oświecenia. Wszystkiego doświadczają jako czystego, doskonałego, na najwyższym poziomie. By osiągnąć ten stan, wystarczy zrozumieć, że nie trzeba koniecznie umrzeć, aby znaleźć się w czystej krainie, ani też nie trzeba się dokądkolwiek udawać, by tam dotrzeć. Rodzi się wtedy głęboko wyzwalający pogląd, że umysł wszystkich istot jest przejrzystym światłem, nie wykluczając nawet bardzo zaciemnionej świadomości pająka, który jest w stanie pojąć tylko kilkanaście centymetrów kwadratowych swojej sieci. Jeśli na dodatek dobra karma pozwala nam rozpoznawać wszystko jako świeże i nowe, odczuwać, że każdy atom wibruje radością i jest utrzymywany w całości przez miłość, to umysł może rzeczywiście dać wyraz swej radosnej mocy. Wtedy to, żeby szczęście trwało zawsze, pozostanie już tylko kwestią zaufania. Ktokolwiek odważa się zaufać swej podstawowej dobroci i poza lustrzanymi odbiciami dotknąć samego lustra, dostaje wszystko. Kiedy świadomość przestanie gonić za falami i spocznie w samym oceanie, kiedy od przemijających doświadczeń zwróci się ku doświadczającemu, wtedy pozostaje już tylko spontanicznie powstająca radość.

U podstaw mojego dzisiejszego wykładu leży proste założenie: „Zachowuj się jak budda, póki się nim wreszcie staniesz”. Zgoda? Konieczne jest, byśmy podnieśli poziom naszego postrzegania. Wystarczy tylko otrzeć kurz z oczu, by zobaczyć, że wszystko wyraża miłość i samopowstałą, doskonałą mądrość, że nieograniczony potencjał umysłu gra sam ze sobą tu i teraz, a także wszędzie i zawsze. Tylko taki wgląd gwarantuje prawdziwe, absolutne i trwałe szczęście, a to właśnie doświadczenie jest bezpośrednim celem buddyjskich medytacji. Dwa i pół tysiąca lat temu, zgodnie z duchem swej epoki Budda określił swój stan jako „koniec cierpienia”. Do dziś pozostaje to jednym z największych niedomówień. Ja porównałbym raczej jego doświadczenie z włożeniem palców do gniazdka elektrycznego i pozwoleniem, żeby prąd całego miasta przepływał przez nasze kości. Intensywność tego przeżycia pozostaje jednocześnie nieoddzielna od najwyższej przejrzystości i radości. Właśnie dlatego buddowie na najwyższym stopniu annutara zawsze ukazywani są w męsko-żeńskim zjednoczeniu. Ludzie najbardziej zbliżają się do tej radości, kiedy się kochają. Do tego stanu mogą doprowadzić nas trzy rodzaje medytacji. Pierwsza uspokaja i powściąga umysł. Działa ona podobnie, jak w wypadku filiżanki kawy, którą przestajemy potrząsać – rzeczy zaczynają naturalnie odbijać się na jej powierzchni.

Druga medytacja zakłada pracę z motywacją. Tutaj angażujemy się w pełniejszy sposób, karmiąc nasze zrozumienie współczuciem i mądrością. Na trzecim i najwyższym poziomie identyfikacji nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. Siła i głęboka pewność, które powstają wraz z tym poglądem i metodami, sprawia, że właściwe dla umysłu przymioty w pełni dojrzewają. Osiągamy tu najpierw jednoupunktowienie – uzmysławiamy sobie swoje bogactwo i nie potrzebujemy już czerpać niczego skądkolwiek. Odtąd gdziekolwiek jesteśmy, pozostajemy szczęśliwi. Następnie przestajemy być sztuczni, ponieważ promienność tego, co jest tu i teraz, wykracza poza wszystko, co możemy sobie wyobrazić. Po trzecie, umysł staje się świadomy samego siebie w tym, co się wydarza, a zasadą każdego doświadczenia staje się nieporuszony doświadczający. Lustro jest bardziej promienne niż odbicia, a bycie świadomym ważniejsze niż wszystkie przemijające przyjemności lub nieprzyjemności. W końcu, na czwartym poziomie, żaden świadomy wysiłek nie jest już potrzebny. Bez wątpliwości i bez oddzielenia między przedmiotem, podmiotem i działaniem automatycznie robimy to, co na dłuższą metę przynosi istotom rozwój.

Tak doszliśmy w końcu do konkluzji, która dla psychologów i terapeutów [wykład ten został wygłoszony na seminarium psychologicznym w Bazylei – przyp. red.] powinna być wyzwalająca. Mianowicie, prawda na poziomie relatywnym, postrzegana powszechnie jako intersubiektywna, pozostaje iluzoryczna. Większość z nas sądzi, że pomiędzy różowymi wzlotami i szaro-czarnymi upadkami musi istnieć coś rzeczywistego, jakiś poziom prawdy, na którym można polegać. W sferze uwarunkowanej nigdy niczego takiego jednak nie odkryto. Jeśli ktoś szuka czegoś niezniszczalnego, naprawdę obecnego, znajdzie tylko przestrzeń. To z przestrzeni wszystko się wyłania, dzięki jej przejrzystości rozpoznawane są przez nas rzeczy, a wszystko, co zewnętrzne i wewnętrzne prędzej czy później powróci do jej bezgranicznej esencji. W jej doskonałości najwyższa radość, miłość, moc, odwaga, energia, mądrość i wgląd wzajemnie się ulepszają. Innymi słowy, istnieje prawdziwa pewność. Najwyższy poziom funkcjonowania jest najwyższym poziomem prawdy. Im lepiej się czujemy, tym łatwiej się wszystko wydarza. Im bardziej ekscytujące stany umysłu się ujawniają, tym bardziej zbliżamy się do natury buddy. Jest tylko jedna różnica pomiędzy Buddą a nami – on rozwinął w najwyższym stopniu wszystkie właściwości ciała, mowy i umysłu. Każdy może zrobić dokładnie to samo. Jak już poprzednio wspomniałem, zarówno droga, jak i cel są wspaniałe. Dużo szczęścia dla was i wokół was!

Opracowanie: Nastia Miało, Artur Przybysławski

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Relacje z innymi - XVII Karmapa Taje Dordże | Szczęście - Lama Ole Nydahl | Cytat - Tilopa | Lagtong - Hannah Nydahl | Dzięki mocy dakiń - Lama Ole Nydahl | Dharma na Zachodzie - Dzigme Rinpocze | Esencja nauk Wielkiej Pieczęci - Maitripa | Natura Buddy - Gerd Boll | Przyszedłem, przyjąłem, rozpocząłem - Wywiad z Karolem Ślęczkiem | Cytat - Dilgo Czientse Rinpocze | Partnerstwo I miłość w buddyzmie - Klaudia Żerebiec | Stupa Kalaczakry, Grecja - Wywiad z Patrycją Schaffrick i Alexem Press | Cytat - Lama Ole Nydahl | Cywilizacja buddyjska w starożytnych Indiach - Rafał Kowalczyk | Wywiad z Pedro Gomezem założycielem ośrodka w Karma Guen | Triangle project w akcji - Triangle Team PL | Dziesięć niemożliwych minut - Dirk Zimmer i Artur Przybysławski | Madryt - Joanna Ilczyk | Olsztyn - Piotr Wierchowicz | The Stupa House Courier - Jaś Wójcik |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: