DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 35 -> Partnerstwo I miłość w buddyzmie

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Partnerstwo I miłość w buddyzmie

Klaudia Żerebiec
_________

Część I

Nasze nauki o partnerstwie, miłości w buddyzmie i o tym, jak funkcjonować w związkach, są bezpośrednio powiązane ze sposobem, w jaki żyjemy i medytujemy. Podobno historyczny Budda nim zdecydował się poświęcić pracy nad umysłem, miał bardzo wiele kobiet i był świetnym kochankiem. Jako ktoś z dużym doświadczeniem pozostawił także na ten temat nauki. Co prawda, że większość lamów i rinpocze, także w historii naszej linii przekazu, wybierało ścieżkę mnisią, wobec tego nie dysponowali tu oni żadnym konkretnym zapleczem. Dlatego, aż do dziś bardzo niewielu nauczycieli mówi o przekazach na temat partnerstwa, a Lama Ole pozostaje jednym z nielicznych, którzy udzielają ich dość dużo. Znajdujemy się więc w bardzo dobrej sytuacji, ponieważ ta sfera to bardzo ważna część naszej ścieżki.


Najpierw parę słów o tym, na czym nasz rozwój polega. Jako jogini i ludzie świeccy rozwijamy się dwutorowo – w życiu codziennym i poprzez praktykę dharmy. Jednak sam postęp, jakiego udaje nam się dokonać, opiera się na medytacji. Jeśli komuś się wydaje, że potrafi stosować nauki odnośnie codzienności i partnerstwa bez trwałej podstawy formalnej praktyki, bez codziennej, wytrwałej pracy nad umysłem, to się myli. Gdyby tak było, w ogóle nie musielibyśmy medytować. Wzięlibyśmy odpowiednie nauki Buddy i po prostu je wykorzystali. Jednak to bardzo trudne. Nawyki zakorzenione w naszym umyśle są silne i nawet jeśli szczerze, z pełną wiarą we własne możliwości obiecujemy sobie, że kiedy przyjdzie kolejna trudna sytuacja w pracy, czy w pożyciu partnerskim, nie zachowamy się jak ostatnio, zazwyczaj nic z tego nie wychodzi. Jeżeli nie medytujemy, to nam się to nie uda. Ludzie z wiekiem nie stają się mądrzejsi, natomiast niewątpliwie dojrzewają, kiedy wkładają energię w swój rozwój. Ważne, żebyśmy to zrozumieli. Medytacja jest jak laboratorium, gdzie przerabiamy swój umysł, tak żeby nie działał w sposób nawykowy, ale z czasem osiągnął stan bliski doświadczeniom naszych nauczycieli. Jeśli nauczymy się systematycznie medytować, proces przemiany będzie mógł się rozpocząć. Nauki dotyczące partnerstwa zadziałają więc tylko w połączeniu z systematyczną praktyką.

Lama Ole coraz częściej określa nas jako Marpa Kagyu. Marpa to dla nas bardzo dobry przykład, ponieważ był jednym z nielicznych praktykujących joginów (ścieżka jogina jest równie skuteczna, jak ścieżka mnicha), a oprócz tego prowadził życie świeckie. Miał rodzinę, dzieci, żonę – nie jedną, ale osiem. Nie przeszkodziło mu to w pełnym urzeczywistnieniu nauk Buddy, więc sposób, w jaki praktykujemy dharmę, z całą pewnością na to pozwala. Nauki o partnerstwie nie zależą od naszej sytuacji osobistej. Zdarza się, że jesteśmy w jakichś związkach, potem się one rozpadają, pozostajemy przez jakiś czas sami – niektórym to nawet odpowiada. Pouczenia te jednak mogą nam zawsze się przydać, mają bowiem taką zaletę, że mówią o tym, jak w ogóle zręcznie budować relacje z ludźmi. Wszystkie więc zawarte w nich wskazówki możemy bardzo łatwo wykorzystać w wielu sferach naszego życia. Oczywiście związki partnerskie przybierają zawsze najgłębszą, a przez to najtrudniejszą formę. Jednak to układy, jakie mamy z ludźmi w ogóle, są podstawą naszego funkcjonowania. Czy mówimy tu o domu, gdzie bardzo się nawzajem kochamy, czy o pracy, w której często wikłamy się w sytuacje o charakterze osobistym, a przy tym nie możemy już w pewnych sprawach spuścić z tonu. Nauki o partnerstwie mówią, jak budować te stosunki tak, aby przynosiły rozwój przy jak najmniejszej stracie czasu.

Kiedyś Wojtek Tracewski powiedział, że mniej więcej 2/3 listów, które wysyłamy do Olego, a także pytań, które osobiście mu zadajemy, to prośby o błogosławieństwo związane z trudnymi sytuacjami w związkach. Widać więc, w jak bardzo dużym stopniu ten temat nas zajmuje i jak pozostaje dla nas ważny. I rzeczywiście, z obserwacji naszego środowiska, świata dookoła i nas samych wynika, że jeśli znajdujemy się w dobrych stosunkach z naszym partnerem, również inne sprawy potrafimy dosyć łatwo sobie poukładać. Stanowi to dla nas pewną podstawę funkcjonowania i jeśli pozostaje ona solidna, jeśli pojawia się między nami dużo dobrych wrażeń, to łatwo radzimy sobie również ze światem. Działa to także na odwrót – jeśli w związku coś nam poważnie się sypie, przeżywamy jakiś duży dramat, to towarzyszy temu zwykle poczucie, że całe życie wali się nam na głowę. Powodują to silne emocje powiązane z naszymi problemami. Dlatego też partnerstwo stanowi rodzaj terytorium, na którym cały czas możemy obserwować umysł, sprawdzać go w różnych sytuacjach i w końcu zobaczyć, ile jeszcze mamy do przepracowania, a ile już zrobiliśmy. To nawet krzepiące, kiedy po paru latach praktyki przypomnimy sobie nasze zachowanie z przeszłości i zauważymy różnicę. Z jednej strony więc, uzyskujemy bieżącą informację o różnych naszych słabościach, a z drugiej, mamy możliwość poznania smaku rozwoju –widzimy, jak nasze neurozy puszczają, jak do spraw, które jeszcze trzy, cztery lata temu nas bardzo obchodziły, nabieramy całkowitego dystansu. To źródło dużej wewnętrznej satysfakcji i taki wewnętrzny dowód dla nas, że jednak nauki Buddy działają. A jak wiadomo, największe zaufanie do dharmy rodzi się wtedy, kiedy ich skutki odczuwamy w naszym życiu.

Związek więc to poligon, na którym możemy cały czas obserwować nasze uczucia. Są one tu szczególnie silne i występują w pełnym wachlarzu. W trudnej sytuacji partnerskiej, jeżeli chcielibyśmy się zastanowić, jakiego uczucia doświadczamy w danej chwili najbardziej, to najpierw będzie nam się wydawało, że zazdrości, za chwilę że jednak jesteśmy przede wszystkim wściekli, potem uznamy, że głównie przywiązani, a w końcu wygrywa urażona duma. Tym sposobem ścieramy się ze wszystkimi przeszkadzającymi uczuciami na raz, włączając w to niewiedzę i wielkie kłopoty z utrzymaniem buddyjskiego poglądu. Jak wszyscy wiemy w buddyzmie właśnie te trudne emocje są materiałem rozwoju, to je w końcu przekształcamy w mądrość. Im więcej tego surowca tym lepiej, tym bardziej możemy optymistycznie patrzeć w przyszłość. Mówi się, że Diamentową Drogę daje się praktykować nie posiadając wielu różnych właściwości, ale prawie niemożliwe żeby to robić bez silnych uczuć. Pewnie wszyscy wiemy, że sytuacje, w których ktoś nas dotknie, są dla nas trudne. Kiedy przychodzimy do ośrodka, pozostajemy jeszcze bardzo czuli na swoim punkcie, a w pierwszych latach praktyki nie mamy należytego dystansu do zjawisk i nie potrafimy go z łatwo utrzymać.

Czym w ogóle jest miłość z punktu widzenia dharmy? Pojęcie to różni się od potocznie stosowanego w naszej kulturze. W naszych krajach przez miłość definiowane są przeszkadzające uczucia, takie jak przywiązanie, zazdrość... Gdy czytamy gazety dla kobiet, dowiadujemy się na przykład, że bez zazdrości nie ma prawdziwego uczucia. Ludzie w ogóle nie wyobrażają sobie, że swoim partnerem można się dzielić, kiedy zejdą się ku temu odpowiednie warunki. Mówi się też czasami: „Moi rodzice są tak do siebie przywiązani” i traktuje się to jako pewien komplement pod ich adresem. Oznacza, że tak bardzo się kochają, że nie mogą bez siebie żyć. W buddyzmie natomiast pozytywnie wartościujemy coś zupełnie innego. Przywiązanie, zazdrość traktujemy jak przeszkadzające uczucia, z którymi miłość nie ma nic wspólnego. Zostaje ona zdefiniowana natomiast już w trakcie jednej z pierwszych medytacji, jaką wykonujemy, jako życzenia szczęścia, współczucie, współradość i równość wszystkich istot. Mowa o praktyce pokłonów, w których pojawia się modlitwa „Czterech niezmierzoności”. W najbardziej niezwykły spośród wszystkich sposób miłość przejawia się w tym czwartym rodzaju, czyli w poczuciu równości wszystkich istot, którego zazwyczaj z nią nie kojarzymy. To coś szczególnego dla buddyzmu. Żyjemy co prawda w społeczeństwach humanitarnych i uważamy się za pełnych współczucia, jednak tak naprawdę dotyczy to wąskiego kręgu osób. Kochamy swoją najbliższą rodzinę, przyjaciół, w stosunku do nich jesteśmy współczujący aż do granic histerii. Cieszymy się też, kiedy coś się im udaje. Ale reszta świata, poza najbliższym otoczeniem, w najlepszym razie pozostaje nam obojętna. Tam właśnie obcy, jak sądzimy, ludzie rzucają nam kłody pod nogi i stajemy się nieszczęśliwi. Przepełnia nas do nich często uczucie niechęci, wraz z którym znikają wszystkie buddyjskie rodzaje miłości. Nie życzymy im wielkiego szczęścia, a kiedy im się przydarzy coś bardzo przykrego, nie tylko nie objawiamy współczucia, ale jeszcze gdzieś głęboko mamy satysfakcję, bo im się należało. Kłopot sprawia nam także tu współradość, cieszenie się sukcesami innych.

W buddyzmie aktywna, wszystko zrównująca miłość to bardzo ważna dziedzina pracy z umysłem. Najbardziej zręczni jogini potrafią siedzieć w miejscu i nic nie robić, tylko cały czas cieszyć się z zasługi, jaką zbierają wszyscy dokoła. I naprawdę potrafią w związku z tym rozwijać się bardzo szybko. Jeżeli kiedyś jednak spróbujemy tego doświadczyć, może nagle okazać się, że współradość wcale nie jest prosta, że tak naprawdę cały czas pozostaje zabarwiona tym, czy kogoś postrzegamy jako bliską osobę, czy jako kogoś, kto w pewnym momencie zalazł nam za skórę i teraz nie potrafimy się na niego otworzyć. Kiedy takiej osobie wydarza się coś naprawdę przyjemnego – na przykład sąsiad, z którym wojujemy, kupuje sobie nowy samochód – ciężko nam z całego serca przejąć się jego radością. Tymczasem współradość pozostaje uczuciem całkowicie wolnym od zazdrości. Jeśli jesteśmy bardzo, bardzo zazdrośni, z definicji nie lubimy, kiedy ci, którzy wywołują w nas tę emocję, są zadowoleni. Dlatego potrzebujemy tego czwartego rodzaj miłości, czyli poczucia równości wszystkich. Sprawia on, że miłość staje się czymś szczególnym. Nagle rozumiemy (najpierw w naszych głowach, po odpowiednim czasie też na poziomie serca), że z absolutnego punktu widzenia wszystkie istoty są dokładnie takie same, że niczym się nie różnimy, ponieważ wszyscy mamy naturę buddy. Po odpowiedniej praktyce widzimy, że pozostajemy częścią tej samej całości, tej samej przestrzeni, a wtedy cieszenie się z cudzych kłopotów, czy niemożność radowania się czyimiś sukcesami staje się czymś nienaturalnym. Gdy patrzymy na nasze ciało, nie przyjdzie nam przecież do głowy, żeby nie lubić naszej nogi i szczerze życzyć jej, żeby odciął ją tramwaj.

Im więcej medytujemy, im bardziej rozumiemy, jakimi są rzeczy, tym częściej zaczynamy postrzegać wszystkich jako od nas nieoddzielnych. Zauważamy, że to niewiedza sprawia, że budujemy dystans pomiędzy nami i że tak naprawdę istoty, które widzimy lub o których tylko wiemy, że istnieją, choć nie możemy ich zobaczyć, że wszystkie one były kiedyś naszymi rodzicami. Tradycyjne nauki Buddy mówią, że żyjemy od nie mającego początku czasu, a to naprawdę bardzo, bardzo długo, możemy więc mieć jakąś pewność w tej mierze. Ten przykład stanowi rodzaj sztuczki pokazującej, jak bardzo bliscy powinniśmy się sobie stać. Nasi rodzice są nam w tym życiu najbliżsi, związek między nimi i dziećmi najsilniejszy. Partnerów czasami albo nawet często zmieniamy, natomiast matkę i ojca mamy tylko jednych, podobnie swoich dzieci nie możemy zmienić. Więzy rodzinne są więc bardzo silne. Tutaj kochamy najbardziej, tutaj życzymy tego co najlepsze, z radości członków bliskiej rodziny szczerze się cieszymy. Jeżeli uznamy jednak, że wszystkie istoty były kiedyś naszymi rodzicami, miłość, którą rezerwujemy dla naszych najbliższych, powinniśmy przenieść na wszystkie istoty. Jeśli pamiętamy o tym, kochanie ich stanie się proste. Życie z absolutnego punktu widzenia to krótki moment, naprawdę mgnienie, a takich chwil było już nieskończenie wiele, musimy więc pojąć, że wcześniej zupełnie inni ludzie byli nam tak samo bliscy. W tym życiu padło na naszych rodziców i jak się coś się z nimi dzieje, doświadczamy rzeczywiście dramatu. Gdy umierają, czujemy, jakby pękało nam serce. Tymczasem w przyszłym życiu, w tej samej sytuacji spotkamy inne istoty, na których nam będzie tak samo mocno zależało. I tak bez przerwy. Dobrze czasami sobie to uświadomić.

Czasem mamy świadomość, że jesteśmy bardzo przywiązani do naszych rodziców i że to stanowi pewną blokadę w naszym rozwoju. Taka miłość potrafi człowieka rzeczywiście sparaliżować, a wówczas trudno zastosować buddyjski pogląd. Przyznam, że miałam z tym przez długi czas kłopot i dopiero dzięki Adasiowi się go pozbyłam. To jedna z zalet bycia w związku. Jeżeli dobrze się w nim funkcjonuje, to zauważamy pewne swoje słabości i staramy się pomóc sobie nawzajem. Adaś uświadomił mi, że próbuję stosować buddyjski pogląd w różnych życiowych sytuacjach, związanych zarówno z ludźmi z sangi, jak i z poza niej, ale rodziców biorę osobiście. Że kiedy dzwoni mama, że coś się stało, ja natychmiast się z tym całkowicie identyfikuję. Zaraz jestem wyprowadzona z równowagi i nie mogę dojść do siebie. Związek z rodzicami często bywa tak silny, że nie potrafimy dostrzec, kiedy pogrążamy się w jakąś paranoję. Z drugiej strony, ten przykład pokazuje, że gdyby tylko udało nam się przenieść takie uczucia na inne istoty – oczywiście nie w zły sposób, chodzi tu o dobre, szczere życzenia – byłoby niesamowicie. I o to chodzi w czwartym rodzaju miłości, czyli poczuciu równości ze wszystkimi.

Miłość w buddyzmie to także coś całkowicie różnego od przywiązania. Dlaczego? Miłość, o której mówią nauki Buddy, jest jak słońce – nikogo nie wyróżnia i niczego nie dzieli. Nie możemy więc powiedzieć, że Budda albo nasi nauczyciele kochają jedną osobę, a drugiej nie. To uczucie pozostaje całkowicie skierowane do wszystkich, bez względu na to, czy ktoś jest mądry czy głupi, czy więcej czy mniej dla nich robi. Nie dokonuje się w niej żadnego wartościowania. Lama Ole łatwo widzi wszystkie istoty na czystym poziomie i przez cały czas dostrzega ich potencjał. Jego miłość, jak mówiłam, pozostaje jak słońce, które nie wybiera, że poświeci na Kowalskiego, ale nie na Nowaka. Jeżeli poddamy przywiązanie analizie, okaże się, że mamy tu do czynienia z czymś zupełnie przeciwnym. Kiedy jesteśmy do kogoś przywiązani, nagle jeden człowiek przesłania nam cały świat; jeden człowiek staje się tak ważny, że kiedy odchodzi lub dzieje się z nim coś przykrego, na przykład choruje, kiedy rozumiemy, że możemy go stracić, razem z nim tracimy cały sens życia. W takich skrajnych stanach ludzie po prostu nie mogą funkcjonować bez tej drugiej osoby. Buddyjska miłość objawiła by się zupełnie inaczej – widzimy wspaniałego, wyjątkowego człowieka i to automatycznie sprawia, że te właściwości rozpoznajemy w innych ludziach. Jeśli kiedyś doświadczymy silnego przywiązania, naprawdę powinniśmy przypomnieć sobie nauki Buddy o równości, w przeciwnym razie świat stanie się bardzo ubogi. Kiedy zobaczymy ukochanego człowieka jako kogoś, kto niczym się nie różni od innych, problem sam się rozwiąże. Wszyscy ludzie wyglądają mniej więcej tak samo: mają dwie ręce, dwie nogi, głowę... To że nagle jedna osoba wydaje nam się kimś, dla kogo gotowiśmy całkowicie zwariować, podczas kiedy inni pozostają nam obojętni, także nawet nie darzymy ich uprzejmością, wynika z błędnego poglądu. Dobrze wtedy wiedzieć, że przeżywamy stan bliższy neurozie niż temu, co o miłości mówi buddyzm.

Dlaczego w ogóle napotykamy osobę, z którą czujemy niezwykle silny związek. Ujawnia się tu po prostu pewien ślad w umyśle, pozostawiony w poprzednich żywotach, pochodzący z naszych poprzednich związków. Nasz umysł pamięta, że ktoś, kogo wyróżniamy z tłumu, kiedyś wykonał dla nas bardzo dużo dobrych działań. Dlatego wydaje się nam bardzo szczególny; coś nas do niego przyciąga, chcemy go bliżej poznać, porozmawiać. To wszystko wrażenia pochodzące z naszej podświadomości. Jeśli zastanowimy się, co leży u podstaw tego, że istoty się obdarzają takim uczuciem, zobaczymy, że jet to szczodrość – tak właśnie określamy dobre rzeczy, które ktoś dla nas kiedyś zrobił. Podobnie, jeśli my w poprzednich żywotach daliśmy komuś wiele dobrego, jeśli byliśmy szczodrzy pod każdym względem, w tym życiu nie będziemy mieć kłopotów ze związkami i pojawi się ich bardzo wiele. Gdzie się nie ruszymy, one zawiążą się spontanicznie i może nawet ucierpimy z powodu ich nadmiaru. Są tacy wśród nas, którzy szczerze żałują, że mają tylko jedno ciało.

Jeżeli natomiast w poprzednich żywotach nasze nastawienie pozostawało egoistyczne, jeżeli mało wykonaliśmy dobrych działań, w tym życiu często mamy kłopot ze związkami, a także z równowagą w nich – to znaczy, my ciągle się w kimś zakochujemy, natomiast nikt specjalnie nam tego uczucia nie oddaje. Jeśli więc zauważymy, że borykamy się z takim problemem, dobrze wiedzieć, na czym polega jego karmiczna przyczyna. Wtedy możemy spróbować pozbyć się go za pomocą buddyjskich wskazówek, zamiast ciągle walić głową w mur, który w takiej sytuacji trudno przebić. Opowiem wam historię, która pokazuje, jak ludzie mogą stracić głowę, jeśli zapominają o karmie. Ta sytuacja musiała być dosyć szczególna, bo Lama Ole bardzo dobrze ją pamięta, chociaż, jak wiadomo, prowadzi życie pełne wrażeń i ciągle dochodzą do niego informacje na temat naszych różnych, niestety dziwnych zachowań. Zdarzyło się to jakieś dziesięć lat temu. Pewien kolega z sangi tak bardzo się zakochał w pewnej koleżance z sangi, że zapomniał, że to wcale nie znaczy, że ona musi koniecznie odwzajemnić jego uczucie. Zapomniał, źe związek musi być jednakowo silny z obu stron. Sądził natomiast, że skoro już tak kocha, ma prawo do mnóstwa wymagań, pretensji i oczekiwań. Dziewczyna w ogóle nie zwracała na niego uwagi. Od początku mówiła, że w ogóle nie jest nim zainteresowana, nie pozostawiała mu najmniejszych złudzeń. On jednak przez cały czas uważał, że to się musi w przyszłości zmienić, ponieważ są dla siebie stworzeni i razem będą przenosić góry. Pojechaliśmy wszyscy razem na kurs, po którym była impreza, zakrapiana alkoholem jak to zwykle bywa, i kolega trochę wypił. Dziewczyna tymczasem bawiła się na zupełnie innym końcu sali. W końcu nie wytrzymał ciśnienia, podleciał i zaczął ją bardzo mocno całować, a ona, żeby się wyrwać, przegryzła mu język. Następnego dnia rano ten kolega mnie obudził i od razu było widać, że coś nie tak z jego twarzą. Był cały spuchnięty i pokrwawiony. Wylądowali na rozmowie u Lamy, osobno, ale całkiem spontanicznie, bez porozumienia. On przez dłuższy czas usiłował Olemu i Hannah tłumaczyć, dlaczego do tego doszło; że on ma z nią bardzo silny związek, że to wielka miłość, że doprowadzi ich do oświecenia. W końcu Hannah uśmiechnęła się i powiedziała: „Tak, tak, macie silny związek ze sobą, tylko że ona o tym nie wie”.

Jeżeli kiedyś znajdziemy się w podobnej sytuacji, po prostu musimy pamiętać, co jest jej przyczyną. Karmicznych uwarunkowań nie da się zmienić tylko dlatego, że nagle przejrzeliśmy na oczy i zobaczyliśmy wszystko w inny sposób. Możemy próbować z tym pracować, ale nie oczekujmy, że nasze relacje z kimś szybko się zmienią. Lepiej jest całkowicie się rozluźnić i poszukać związku, który rzeczywiście stanie się dla nas źródłem inspiracji, w który zaangażują się obie strony i który oparty będzie na dobrych działaniach. Należy dodać, że ludzi łączy nie tylko dobra, ale także zła aktywność. Jeśli kiedyś zrobiliśmy coś kiepskiego, głupiego i całkowicie niepotrzebnego, to istnieje szansa, że tego człowieka spotkamy w tym życiu i poczujemy z nim silny związek, który jednak z góry będzie obarczony pewnym balastem i będzie raczej trudny i mało rozwijający. Łączy nas nie tylko dobra karma. Oczywiście bardzo ciężko samemu to spostrzec, szczególnie jeśli nie mamy zbyt wielu doświadczeń, jesteśmy bardzo młodzi, brak nam wyczucia, jak to wszystko powinno funkcjonować. Wtedy możemy łatwo związać się z kimś, z kim tylko wzajemnie się męczymy. Chwile, kiedy jest kiepsko, przeważają nad tymi, kiedy jest fajnie, ale jednocześnie związek pozostaje tak silny, że nie potrafimy się z niego wyrwać, nie umiemy zrezygnować.

Za pomocą jakich metod możemy się zorientować, że związaliśmy się z nieodpowiednią osobą? W pewnym momencie nasza wewnętrzna intuicja po prostu zacznie nam podpowiadać, że nie jest dobrze. W buddyzmie najwyższa prawda to najwyższa radość, jeżeli więc sami czujemy się z kimś coraz mniej komfortowo, to znaczy, że nie ma tu dużej ilości szczęścia. Jednak zanim nagromadzimy tyle wewnętrznej mądrości, żeby samemu móc to ocenić, zawsze możemy wyciągnąć wnioski z reakcji naszych przyjaciół. To nauka pochodząca bezpośrednio od Lamy Olego. Jeżeli bliscy nam ludzie widząc nas razem cieszą się, mówią komplementy pod adresem naszego związku, jeżeli kiedy pojawiamy się sami na medytacjach, kilka osób pyta o naszego partnera, jeżeli wszyscy cieszą się widząc nas razem, istnieje duża szansa, że nasz związek oparty został na dobrych działaniach, że przynosi rozwój i pożytek. Jeśli natomiast ci, których lubimy, nie cieszą się, kiedy pojawiamy się razem, słyszymy krytyczne głosy, które nie pozostają odosobnione, to prawdopodobnie jest w tym trochę prawdy. Szczególnie w sandze ludzie żyją ze sobą szczególnie blisko i naprawdę dość dobrze się znają. Przyjaciele widzą co się z nami dzieje, co przeżywamy, czy czujemy się coraz bardziej szczęśliwsi, czy coraz bardziej smutni. Są oni więc takim barometrem, który pokazuje, na ile nasz związek pozostaje inspirujący.

Powinniśmy także pamiętać, że jeśli znajdziemy się już w układzie dobrym dla obojga, powinniśmy spróbować zobaczyć w nim te wszystkie cechy, o jakich mówi Budda. Ta miłość, której doświadczamy i która wydaje się czymś całkowicie własnym, nie jest wcale tak osobista, jak myślimy. Jeżeli to zrozumiemy, przestrzeń zamanifestuje się jako pewna całość. Umysł sam w sobie nie ma płci, chociaż odradzamy się albo w ciele męskim, albo kobiecym. Zależy to od tendencji dominujących w naszym umyśle. W momencie, kiedy ciało zaczyna funkcjonować, przejawiamy określonego typu właściwości. Różnimy się nie tylko fizycznie, ale mamy też odmienne skłonności. Wszystkie poglądy głoszące całkowite zrównanie płci, za względu na brak różnic pomiędzy kobietą a mężczyzną, są więc z góry skazane na niepowodzenie. Nauki buddyjskie mówią, że żeńska energia to przestrzeń, intuicja i mądrość, tymczasem właściwości mężczyzn to radość, aktywność i współczucie. Ponieważ reprezentujemy taką albo inną energię, możemy powiedzieć, że stanowimy tylko połowę przestrzeni. Kiedy wchodzimy w odpowiedni związek, nagle stajemy się całością i stąd wyzwala się tyle radości i różnych, niesamowitych wrażeń w umyśle. Doświadczamy świata w tak niezwykły sposób, że wszystko inne staje się mocne i wspaniałe. W najwyższych naukach Buddy formy manifestują się w zjednoczeniu. Także Karmapa, na którego medytowanie pozostaje naszą podstawową praktyką, reprezentuje to, co męskie i żeńskie, trzymając w rękach skrzyżowanych na sercu dzwonek i dordże. Podczas kiedy ten pierwszy symbolizuje właściwości kobiece, a drugi męskie, Karmapa stanowi całość.

Jeśli doświadczymy uczucia pełni w medytacji, właściwe rozumienie miłości pomoże nam pojąć, że to nic osobistego. To ona pozostaje podstawą i naczelną zasadą przestrzeni. Mówimy o tym zawsze w naszej codziennej praktyce, kiedy powtarzamy, że każdy atom wibruje radością i jest utrzymywany w całości przez miłość. To zdanie, jak pamiętam, w pewnym momencie stało się dla mnie dużym odkryciem. Miłość to naturalny stan przestrzeni, dlatego w buddyzmie pozostaje czymś tak ważnym. Jeśli chcielibyśmy ogólnie, w jednym zdaniu określić, czym jest dharma, to można by powiedzieć, że to nauki o wielkiej miłości i współczuciu. Kochanie wszystkich istot to podstawa naszego rozwoju i w ogóle nie ma mowy o tym, żeby praktykować bez budowania motywacji, że naprawdę chcemy im pomóc. To czego doświadczamy w związkach, to namiastka tego, jak w rzeczywistości rzeczy funkcjonują, jakimi są. Kiedy przeżywamy doświadczenie zakochania, kiedy wchodzimy w związek karmiczny zbudowany na dobrych działaniach z przeszłości, w pierwszym okresie wspólnego życia jesteśmy w stanie widzieć tę drugą osobę na najwyższym poziomie – i to stanowi być może największe tutaj odkrycie. Bardzo rzadko przeżywamy coś podobnego w naszym codziennym życiu. W gruncie rzeczy jednak o to właśnie w praktykowaniu Diamentowej Drogi chodzi. Ponieważ podstawowym ślubowaniem na jej poziomie pozostaje to, że będziemy widzieć innych jako buddów i siebie samego jako buddę pomiędzy innymi buddami. Powinniśmy cały czas starać się utrzymywać ten całkowity, czysty i wysoki pogląd. Oczywiście bardzo trudno to robić w codziennych, życiowych sytuacjach. Jeden z wielkich mistrzów buddyjskich powiedział kiedyś, że odkąd praktykuje Diamentową Drogę, gromadzi tylko splamienia. Zdolność utrzymywania tego najwyższego poglądu bez przerwy czy nawet przez większą część dnia, przychodzi dopiero z urzeczywistnieniem. Nie znaczy to, że mamy się załamać i uznać, że w takim razie to my w ogóle nie praktykujemy. Przykład mistrza pokazuje, że wszyscy pokonują te same etapy, te same trudności, które to kiedyś uda się całkowicie przezwyciężyć. Jeśli byliśmy kiedyś mocno zakochani lub w tej chwili jesteśmy, możemy łatwo widzieć tego kogoś jako pozbawionego wad. Coś takiego jak jakaś krytyka w ogóle nie ma tu miejsca. Mamy partnerkę czy partnera, który na przykład ma krzywe nogi i zdajemy sobie z tego sprawę, ale to nam w ogóle nie przeszkadza. Po prostu kochamy te krzywe nogi tak samo, jak wszystko inne. To właśnie jest czyste widzenie.

Jeśli więc naprawdę przeżywamy silny związek, nawet kiedy ktoś usiłuje nam zwrócić uwagę na słabości tego człowieka, nie przyjmujemy tego do wiadomości. Gdyby udało nam się to doświadczenie zachować na całe życie lub przez większą część trwania naszego związku, byłoby to bardzo przyjemne. Nie potrzebowalibyśmy tych wszystkich nauk. Jednak w jakimś momencie, kiedy wyczerpuje się wzajemna inspiracja i okres wielkiej euforii się kończy, zaczynamy funkcjonować trochę inaczej. Nagle coraz bardziej dostrzegamy w ukochanej osobie nie jej naturę buddy i wszystkie piękne właściwości, tylko ludzkie cechy, słabości, które nam zaczynają przeszkadzać. Wtedy właśnie potrzebujemy nauk o partnerstwie. Lama daje nam szereg wskazówek, które pomagają nam pracować z tą sytuacją. Co więc możemy zrobić? Jedna droga, by było cały czas miło i inspirująco, jest taka, że zawsze, kiedy czujemy, że etap wielkiej fascynacji należy do przeszłości, zostawiamy partnera i szukamy sobie nowego. Wtedy jednak musimy mieć świadomość, że skazujemy się na to na całe życie. Jest to możliwe też pod warunkiem, że starczy nam związków – to wielki znak zapytania, bo o silne więzi karmiczne wcale nie tak łatwo. Jeżeli chodzi o drugą drogę, uznajemy, że lubimy związek, w którym się znaleźliśmy, że na podstawowym, tajemnym poziomie być może pozostajemy podobni – na przykład, co ważne, praktykujemy razem nauki Buddy – w końcu decydujemy, że będziemy się razem rozwijać, aż uda nam się osiągnąć ten poziom, na którym zobaczymy wszystkich jako buddów. Wtedy oczywiście znowu będziemy widzieć tak naszego partnera i otrzymywać od niego taką samą inspirację, jak na początku.

Jeśli decydujemy się na pierwszą opcję, ciężko udzielić tu jakichś rad, bo wszystko pozostaje raczej oczywiste. Źródło rozwoju stanowi raczej ta druga opcja. Tak czy inaczej, kiedy nasz partner zaczyna nas męczyć, kiedy widzimy go coraz bardziej jako zwykłego człowieka, dobrze sobie uświadomić, że z każdym partnerem przyjdzie taki moment. To, że zmienimy partnera czy partnerkę, nie znaczy, że sytuacja, której doświadczaliśmy na początku przedłuży się na całe życie. To się nie może zdarzyć, bo tak naprawdę wszystko, czego doświadczamy, jest odbiciem naszego umysłu, naszym własnym filmem. Jeśli nie potrafimy postrzegać partnera na najwyższym poziomie, nie możemy mieć nadziei, że w następnym związku to się nam uda przez powiedzmy dziesięć lat. O wiele rozsądniej więc po prostu budować wzajemną relację w świadomy sposób, krok po kroku, z mądrością, przy zastosowaniu wszystkich potrzebnych nauk. Pierwsza nauka, którą lama zawsze przekazuje, mówi, że powinniśmy uczynić z naszego związku coś w rodzaju kontraktu na rozwój. Problem polega na tym, że nawet dla ludzi z jednej sangi bywa to trudne, nie mówiąc już o takiej sytuacji, kiedy zwiążemy się z kimś, kto nie rozumie dharmy. Oczywiście znamy szczęśliwe związki buddystów z ludźmi, których buddyzm nie pociąga. Jednak Lama Ole mówi, że one kończą się sukcesem tylko wtedy, kiedy potencjał wyjściowy, ta podstawa karmiczna, na której ten związek jest zbudowany, pozostaje bez zarzutu. Czyli w dużym stopniu zachodzi wtedy konsumpcja dobrych działań, które wspólnie wykonywaliśmy w przeszłości. Z takim partnerem jednak ciężko zawrzeć rzeczywisty kontrakt na rozwój, ponieważ jeśli ktoś ma inny pogląd niż nasz, pewnych rzeczy nigdy nie będzie mógł zaakceptować. Dramat się zacznie, gdy ktoś o całkiem zwyczajnym umyśle i odmiennym od buddyjskiego poglądzie i jeszcze na dodatek z dużą ilością sztywnych naleciałości, będzie chciał być dla nas najważniejszym. Będzie wymagał, żeby rodzina stała się dla nas schronieniem, a cała nasza energia skupiała się na nim. Nawet jeśli na początku taka osoba zgadza się, że na wakacje pojedziemy na kurs buddyjski zamiast na urlop, czy że raz w tygodniu znikamy na medytację, istnieje duże prawdopodobieństwo, że w którymś momencie przestanie to robić. Takich przykładów w sandze było sporo. Ludzie odchodzili od dharmy, bo stawali przed dramatycznym wyborem między nią, a szczęściem rodzinnym. Nie wszyscy są w stanie w takiej sytuacji wybrać buddyzm. Jeśli chcemy więc mieć gwarancję, że nigdy nie zostaniemy postawieni przed takim wyborem, rozsądnie poszukać partnera wewnątrz sangi. Wtedy taki kontrakt na rozwój stanie się czymś prostym.

Oczywiście nie chodzi tu o to, żeby ograniczać się do sangi. Pozostaje jeszcze kwestia dobrych życzeń, które wysyłamy. Ludzie, których spotykamy być może zechcą skorzystać z nauk buddy i zaczną praktykować. Jeśli wchodzimy w taki związek, czasami bardzo się różnimy – kiedyś lama tak pięknie to określił, że czasami człowiek widzi, w kim się zakochuje, łapie się za głowę... Kiedy spotkałam Adasia mówiłam, że łączą nas dwie rzeczy: buddyzm i pryszcze. Wszystko inne było odmienne: styl życia, przyzwyczajenia, potrzeby, po prostu wszystko. Początkowo uważałam, że jesteśmy zupełnie nie dobraną parą. Tymczasem udaje nam się funkcjonować już od kilku lat i jakoś idziemy do przodu, właśnie dlatego, że przede wszystkim łączy nas wspólna praca dla dharmy i pogląd dharmiczny, który z gorszym lub lepszym skutkiem próbujemy utrzymywać. Jeśli to ludzi połączy, to kontrakt w sprawie rozwoju stanie się czymś naturalnym. Związki z dharmą sprawiają, że nie szukamy schronienia w rodzinie, w partnerze, w pieniądzach czy innych przemijających rzeczach. Wspólnie natomiast znajdujemy schronienie w naukach. Co to oznacza, ze szukamy schronienia w dharmie? Otóż chodzi o to, że rozwój staje się dla nas czymś najważniejszym. To życie traktujemy jako szansę, żeby rozwinąć swój umysł. Wspólne pragnienie urzeczywistnienia to wtedy coś tak oczywistego, że nawzajem się inspirujemy, wspieramy w różnych trudnych momentach, a praca dla innych staje się dla nas czymś całkowicie naturalnym. Takie związki, będące jasnym kontraktem w sprawie rozwoju, w których ludzie rzeczywiście dużo robią dla innych, pozostają w dużym stopniu otwarte, bo kochankowie nie są cały czas zwróceni do siebie twarzą. Moja koleżanka przy takich okazjach mówiła: „Jedzą sobie bez przerwy z dzióbków”. W związku otwartym kobieta i mężczyzna stoją oparci o siebie plecami, a zwróceni są twarzą na cały otaczający świat. Koncentrują się na tym, co warto zrobić dla przyjaciół, dla ośrodka. To nie muszą być jakieś wielkie działania, wszyscy mamy szansę pomagać innym, nawet jeśli przyszliśmy do ośrodka dwa tygodnie temu. Nie możemy podjąć poważnych aktywności, bo jeszcze nie wyobrażamy sobie, co by to miało być. Jednak nawet kiedy siadamy i wspólnie medytujemy, to wystarczy, ponieważ tak naprawdę ze wszystkich aktywności właśnie medytacja jest taką, która ma największy zasięg. Jeśli więc przyjdziemy do ośrodka i zrobimy dobrą kolację to oczywiście świetnie. Nasze działanie jednak obejmie tylko tych ludzi, którzy ją zjedzą. Natomiast jeśli jeszcze siądziemy wspólnie do medytacji, zrobimy coś dobrego dla nieograniczonej liczby czujących istot. Medytacja to jedyne działanie wykonywane naprawdę dla wszystkich; to coś bardzo niezwykłego. Jak sobie to uświadomimy, zbudujemy większą motywację do praktyki. Więc kontrakt na rozwój oznacza, że przez cały czas próbujemy wspólnie zrobić coś dla innych.

Opracowanie: Andżelika Drużyńska

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Relacje z innymi - XVII Karmapa Taje Dordże | Szczęście - Lama Ole Nydahl | Cytat - Tilopa | Lagtong - Hannah Nydahl | Dzięki mocy dakiń - Lama Ole Nydahl | Dharma na Zachodzie - Dzigme Rinpocze | Esencja nauk Wielkiej Pieczęci - Maitripa | Natura Buddy - Gerd Boll | Przyszedłem, przyjąłem, rozpocząłem - Wywiad z Karolem Ślęczkiem | Cytat - Dilgo Czientse Rinpocze | Partnerstwo I miłość w buddyzmie - Klaudia Żerebiec | Stupa Kalaczakry, Grecja - Wywiad z Patrycją Schaffrick i Alexem Press | Cytat - Lama Ole Nydahl | Cywilizacja buddyjska w starożytnych Indiach - Rafał Kowalczyk | Wywiad z Pedro Gomezem założycielem ośrodka w Karma Guen | Triangle project w akcji - Triangle Team PL | Dziesięć niemożliwych minut - Dirk Zimmer i Artur Przybysławski | Madryt - Joanna Ilczyk | Olsztyn - Piotr Wierchowicz | The Stupa House Courier - Jaś Wójcik |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: