DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 34 -> O Wojtku co tak pięknie pudże śpiewał co tak pieknie pudże spiewal

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

O Wojtku co tak pięknie pudże śpiewał co tak pieknie pudże spiewal

Żwirek
_________

Z Wojtkiem Tracewskim rozmawia Rafał Żwirek


Żwi­rek: Daw­no, daw­no te­mu...

Woj­tek: Za gó­ra­mi, za la­sa­mi, w 1980 ro­ku...

Żwi­rek: Po­zna­łeś dziew­czy­nę...

Woj­tek: Tak. Za­pro­si­ła mnie na wy­kład bud­dyj­ski - jak się póź­niej oka­za­ło na pierw­szy wy­kład La­my Ole w War­sza­wie. Nie chcia­łem iść, bo ze wszyst­kich rze­czy re­li­gia in­te­re­so­wa­ła mnie wte­dy naj­mniej. Ale po­nie­waż pan­na by­ła ład­na, po­my­śla­łem, że prze­ży­ję te dwie go­dzi­ny re­li­gij­nych opo­wia­dań, a póź­niej… mo­że ku­pi­my ja­kieś wi­no i bę­dzie mi­ło. Tym­cza­sem oka­za­ło się, że zo­sta­li­śmy pra­wie do ra­na - Ole w tam­tych cza­sach wy­kła­dał czę­sto od wie­czo­ra do świ­tu. Spo­tka­łem się z na­uka­mi zu­peł­nie od­bie­ga­ją­cy­mi od mo­ich ocze­ki­wań... La­ma nie mó­wił, cze­go nie wol­no ro­bić, a ra­czej co do­brze by­ło­by zro­bić dla po­żyt­ku in­nych i wła­sne­go. Nie grzmiał o za­ka­zach i na­ka­zach, tyl­ko opo­wia­dał o wol­no­ści i ra­do­ści. Wła­śnie te dwa sło­wa po­pchnę­ły mnie w stro­nę bud­dy­zmu.
Żwi­rek: No­si­łeś dłu­gie wło­sy, koń­czy­łeś Aka­de­mię Sztuk Pięk­nych. Czy z ta­kich wła­śnie, po­wiedz­my, ar­ty­stycz­nych krę­gów wy­wo­dzi­li się pierw­si ucznio­wie La­my Ole?

Woj­tek: W pew­nym stop­niu. Jed­nak w na­szych pierw­szych gru­pach by­li też in­ni lu­dzie - na przy­kład urzęd­nicz­ki pań­stwo­we w śred­nim wie­ku, try­bo­lo­dzy… W tych cza­sach tra­dy­cja Ka­gyu by­ła oprócz zen je­dy­ną w Pol­sce pro­po­zy­cją, je­że­li ktoś chciał me­dy­to­wać. Więc oso­by z bud­dyj­ską kar­mą, ma­ją­ce rów­nież awer­sję do dys­cy­pli­ny, lą­do­wa­ły wła­śnie u nas.

Żwi­rek: To zna­czy, że ich przy­na­leż­ność do Ka­gyu wy­ni­ka­ła z bra­ku wy­bo­ru?

Woj­tek: Wy­bór był nie­wiel­ki. Sam się wte­dy cza­sa­mi za­sta­na­wia­łem, co ro­bię w tej san­dze. To­wa­rzy­stwo ar­ty­stycz­ne pro­wa­dziło bar­dzo okre­ślo­ny tryb ży­cia: ba­le­ty, po­pi­ja­wy, seks, ma­lo­wa­nie... To zna­czy cza­sa­mi rów­nież tro­chę ma­lo­wa­nia... Więc my­śla­łem so­bie: „Co ja wła­ści­wie mam z ludź­mi z san­gi wspól­ne­go, prze­cież oni są zu­peł­nie in­ni, po­waż­niej­si, mo­że na­wet tro­chę nud­ni”. Je­den z na­szych ów­cze­snych bra­ci w dhar­mie pra­co­wał na przy­kład w Służ­bie Bez­pie­czeń­stwa... Na­zy­wał się An­drzej...

Żwi­rek: Me­dy­to­wał w go­dzi­nach pra­cy?

Woj­tek: Ra­czej pra­co­wał w go­dzi­nach me­dy­ta­cji - od­płat­nie po­wta­rzał dwa ra­zy w ty­go­dniu man­try i kon­cen­tro­wał się na Kar­ma­pie. Wszy­scy wie­dzie­li dla ko­go pra­cu­je, tyl­ko on nie wie­dział, że wszy­scy wie­dzą. By­ło to bar­dzo śmiesz­ne.

Żwi­rek: A jak to się sta­ło, że za­czą­łeś tłu­ma­czyć książ­ki Ole­go, po­dró­żo­wać ra­zem z nim... Kie­dy po­zna­li­ście się bli­żej?

Woj­tek: Je­że­li miał­bym przy­po­mnieć so­bie pierw­szą chwi­lę bliż­sze­go kon­tak­tu... Na kur­sie po­ła w Pol­sce, w 1981 ro­ku, Ole rzu­cił mi przez po­kój swo­je spodnie w pre­zen­cie. Wte­dy no­si­ło się rur­ki z wą­ski­mi no­gaw­ka­mi, a on dał mi ta­kie hip­pi­ssow­skie „sztan­ki roz­sze­rzan­ki” z lat 60-tych. Póź­niej bie­ga­łem w nich no­n­-stop i lu­dzie się ze mnie śmia­li, bo by­ło to wbrew wszyst­kim ka­no­nom mo­dy. Żar­to­wa­li też, że le­piej by­ło­by dla mo­je­go roz­wo­ju i oto­cze­nia, gdy­by La­ma po­da­ro­wał mi swo­ją czap­kę al­bo ko­szu­lę, że­by uru­cho­mić ra­czej te, od­po­wied­nio wyż­sze ośrod­ki ener­ge­tycz­ne…

Żwi­rek: Ale co - rzu­cił tyl­ko te spodnie, czy póź­niej spo­tka­li­ście się, za­czę­li­ście roz­ma­wiać…?

Woj­tek: Spo­ty­ka­li­śmy się za­wsze, kie­dy Ole przy­jeż­dżał do Pol­ski. W 1984 ro­ku po­je­cha­łem z nim w po­dróż po Niem­czech - La­ma za kie­row­ni­cą czar­ne­go BMW, au­to­stra­da, dziew­czy­ny mó­wią­ce ci­cho po nie­miec­ku na tyl­nym sie­dze­niu… By­ło na­praw­dę wspa­nia­le. To wte­dy pierw­si pol­scy bud­dy­ści za­czę­li do­cie­rać na Za­chód i nie­po­ko­ić tam­tej­sze ośrod­ki. Mia­łem 10 ma­rek ca­łe­go ma­jąt­ku, a śnia­da­nie na kur­sie w ośrod­ku kosz­to­wa­ło 5… To by­ły pięk­ne cza­sy.
Pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych Ole za­py­tał mnie, czy nie chciał­bym tłu­ma­czyć je­go ksią­żek. Wte­dy nie­wie­lu lu­dzi w san­dze mó­wi­ło po nie­miec­ku, a wszyst­kie pra­ce na­sze­go La­my by­ły na­pi­sa­ne wła­śnie w tym ję­zy­ku. Wy­my­ślił więc, że­bym to ja je prze­ło­żył, no i... Oka­za­ło się, że mu­szę prze­or­ga­ni­zo­wać ca­łe swo­je ży­cie, bo nie da się po­łą­czyć tłu­ma­cze­nia se­tek stron i ka­rie­ry ar­ty­stycz­nej. W cią­gu jed­ne­go wie­czo­ra za­dzwo­ni­łem do przy­ja­cie­la i za­py­ta­łem, czy nie chciał­by ku­pić mo­ich ob­ra­zów po ce­nie ma­te­ria­łów. Przy­je­chał cię­ża­rów­ką i za­brał je. Te­go sa­me­go dnia od­da­łem klu­cze do pra­cow­ni, a na­stęp­ne­go za­czą­łem pra­co­wać nad „Mo­ją dro­gą do La­mów”. Był to dru­gi z ko­lei prze­kład tej książ­ki. Pierw­szą wer­sję prze­tłu­ma­czy­ła Ania Czap­nik, ale to by­ło pod­ziem­ne wy­da­nie, a Ole chciał mieć no­wą, nor­mal­ną książ­kę z ko­lo­ro­wą okład­ką, zdję­cia­mi itd. Tak się za­czę­ło, a póź­niej już wszyst­ko po­to­czy­ło się szyb­ko - ja­koś uda­ło mi się prze­ło­żyć po­zo­sta­łe książ­ki La­my, po­tem od­kry­łem, że w Ro­sji moż­na spę­dzić z nim du­żo cza­su, więc w 1989 ro­ku za­czą­łem tam jeź­dzić... W cza­sie jed­nej z tych po­dró­ży - do­kład­nie w Ir­kuc­ku, w po­ło­wie dro­gi przez Sy­be­rię - skoń­czy­ła mi się ka­sa. Po­sze­dłem więc do Ole­go po po­życz­kę... Gu­ru jed­nak po­wie­dział: „Mam in­ny po­mysł - my po­je­dzie­my da­lej na wschód do Wła­dy­wo­sto­ku, a ty na za­chód do Pol­ski. Po dro­dze bę­dziesz opo­wia­dał coś o dhar­mie w ośrod­kach, któ­re za­ło­ży­li­śmy i je­że­li zro­bisz to do­brze, to przy­ja­cie­le ku­pią ci bi­let do na­stęp­ne­go mia­sta, a je­że­li źle, to sam bę­dziesz so­bie wi­nien...”

Żwi­rek: I tak zo­sta­łeś na­uczy­cie­lem.

Woj­tek: Tak, tak to się za­czę­ło. Na ra­zie nikt się nie skar­ży... No, mo­że cza­sa­mi, ale rzad­ko...
Żwi­rek: Woj­tek, jak wiesz, ce­lem wy­wia­dów, któ­re prze­pro­wa­dza­my, jest spi­sa­nie hi­sto­rii pol­skie­go bud­dy­zmu. Jak byś opo­wie­dział hi­sto­rię war­szaw­skiej san­gi?

Woj­tek: Pierw­szy wy­kład La­my Ole w War­sza­wie od­był się na Pra­dze, w miesz­ka­niu pew­nej pa­ni Ko­py­ciń­skiej. Mie­li­śmy na­uczy­cie­la dwa dni w jed­nym miej­scu i wzię­li­śmy udział w praw­dzi­wym ma­ra­to­nie dhar­my. Ole miał dłu­gie wło­sy, przez ca­ły czas coś opo­wia­dał, me­dy­to­wa­li­śmy ra­zem, je­dli­śmy, na­praw­dę by­ło ge­nial­nie! W pew­nym mo­men­cie za­czę­li obo­je z Han­nah ro­bić po­ła, nie tłu­ma­cząc nam zu­peł­nie prze­bie­gu me­dy­ta­cji. Śpie­wa­li tekst po ty­be­tań­sku, gło­śno „hi­ka­li”. Czu­li­śmy się jak w in­nej rze­czy­wi­sto­ści, wy­raź­nie lep­szej...
Kra­ków, Ra­dom, War­sza­wa - to by­ły trzy pierw­sze bud­dyj­skie mia­sta w Pol­sce. Za­raz po­tem po­ja­wił się też Gdańsk i Po­znań. W War­sza­wie cią­gle mu­sie­li­śmy się prze­pro­wa­dzać, błą­kać po róż­nych pry­wat­nych miesz­ka­niach. W pew­nym mo­men­cie je­den z przy­ja­ciół, emi­gru­ją­cy do Ka­na­dy, po­da­ro­wał ośrod­ko­wi swo­je miesz­ka­nie. Nie­ste­ty ów­cze­sny prze­wod­ni­czą­cy o pseu­do­ni­mie „Pre­zes” (na­zwa­li­śmy tak póź­niej tłu­ste­go ko­ta w Ku­cha­rach) był zło­dzie­jem i lek­ką rę­ką ukradł lo­kal. Kie­dy przy­szli­śmy do „na­szej” gom­py, po­wie­dział że me­dy­ta­cja się nie od­bę­dzie, bo on tam te­raz miesz­ka. Szla­chet­na san­ga chcia­ła go za to ry­tu­al­nie zlin­czo­wać. Jed­nak Ole pa­trzył na tę sy­tu­ację z bar­dziej ab­so­lut­ne­go po­zio­mu. Po­wie­dział: „Nie oce­niaj­my lu­dzi. Ma­rek miał do wy­bo­ru - al­bo dhar­ma, al­bo miesz­ka­nie. Wy­brał miesz­ka­nie. To wszyst­ko.” Póź­niej, ze wzglę­du na ce­ny w War­sza­wie, wy­da­wa­ło się nam, że ni­gdy nie bę­dzie­my mie­li wła­sne­go ośrod­ka. Tak na­praw­dę do­pie­ro Stu­pa Ho­use jest pierw­szym na­praw­dę na­szym miej­scem...

Żwi­rek: A ja­ki był wte­dy kli­mat w ośrod­kach?

Woj­tek: O wie­le bar­dziej tra­dy­cyj­ny. Wszę­dzie błysz­cza­ły czer­wo­ne oł­ta­rzy­ki, śpie­wa­li­śmy pu­dże... Ja na przy­kład bar­dzo lu­bi­łem je śpie­wać i gdy La­ma zde­cy­do­wał, że czas z tym skoń­czyć, po­czu­łem się za­wie­dzio­ny.

Żwi­rek:?

Woj­tek: Nie mo­głem już ni­ko­mu im­po­no­wać swo­im ni­skim gło­sem. Wiesz, dziew­czy­ny przy­cho­dzi­ły, a tu ta­ki pięk­ny bas... Bar­dzo ak­tyw­ny był wów­czas nie­ja­ki Rin­czen, któ­re­go ty też pa­mię­tasz... Daw­niej na­zy­wał się Zy­zio, a mó­wi­li­śmy też na nie­go „Wie­leb­ny”. Był faj­nym czło­wie­kiem - jeź­dzi­łem z nim na wy­kła­dy do róż­nych miast w Pol­sce, po­słu­chać i po­uczyć się... Zy­zio lu­bił dhar­mę, szyb­ko się roz­wi­jał, po­tem mo­że tro­chę za szyb­ko... Był ta­ką gwiaz­dą na fir­ma­men­cie pol­skie­go bud­dy­zmu. Ole sta­wiał na nie­go, bo chłop du­żo me­dy­to­wał, znał na­uki, bły­ska­wicz­nie opa­no­wał an­giel­ski, nie­miec­ki - sło­wem piął się do gó­ry. Nie­ste­ty póź­niej uznał, że jest już mą­drzej­szy od La­my i po kil­ku nie­ele­ganc­kich błę­dach od­pły­nął w si­ną dal...

Żwi­rek: Ja­ki mia­łeś zwią­zek z ludź­mi w sza­tach? Nie chcia­łeś zo­stać dru­gim Rin­cze­nem?

Woj­tek: Nie, pro­szę, nie... Ani pierw­szym, ani dru­gim, ani na­wet trze­cim - świa­tu na pew­no wy­star­czy je­den Rin­czen. Ca­ła hi­sto­ria Rin­cze­na po­zo­sta­je zresz­tą cie­ka­wa, po­dob­nie jak burz­li­we dzie­je wszyst­kich pol­skich mni­chów. Z dru­giej stro­ny to... osob­na hi­sto­ria.

Żwi­rek: Ale to jest też na­sza hi­sto­ria!

Woj­tek: No do­brze... Po­za wszyst­kim ka­rie­ra na­szych mni­chów jest rze­czy­wi­ście po­ucza­ją­ca... Cho­ciaż w po­ry­wach ich frak­cja li­czy­ła na­wet dzie­się­ciu człon­ków, te­raz nie ma ani jed­ne­go... Naj­wy­raź­niej ten mo­del w Pol­sce nie wy­pa­lił. Na Za­cho­dzie czę­sto tak by­wa, że lu­dzie czu­ją­cy sil­ny po­ciąg do ślu­bo­wań, ogól­nie nie prze­pa­da­ją za zja­wi­ska­mi. Im mniej­szy ma­ją z ni­mi kon­takt, tym są szczę­śliw­si. Praw­do­po­dob­nie od­no­szą wra­że­nie, że dzię­ki za­przy­się­że­niom ich sub­tel­na przy­pa­dłość na­bie­ra twór­cze­go i re­li­gij­ne­go wy­mia­ru. Nie­któ­rzy z na­szych przy­ja­ciół przyj­mo­wa­li mni­sie ślu­by, po­nie­waż do­ra­dził im to ich na­uczy­ciel, in­ni dla­te­go, że chcie­li się szyb­ciej roz­wi­jać. Po­zo­sta­li być mo­że po pro­stu dla­te­go, że ży­cie im się nie ukła­da­ło. Jak już za­czy­na­li dzia­łać, z re­gu­ły nic im nie wy­cho­dzi­ło. Z nie­któ­ry­mi by­li­śmy w Nor­we­gii i nikt nie chciał z ni­mi pra­co­wać - psu­li ca­łą ro­bo­tę i ro­bi­li wstyd... Gdy za­chod­ni bud­dyzm był jesz­cze bar­dzo tra­dy­cyj­ny - za­nim La­ma Ole tro­chę go prze­wie­trzył - mni­chów sza­no­wa­no nie­ja­ko na wy­rost, po pro­stu dla­te­go, że no­si­li sza­ty. Tym­cza­sem oni czę­sto zo­sta­wa­li mni­cha­mi z bar­dzo śmiesz­nych po­wo­dów.

Żwi­rek: To zna­czy?

Woj­tek: Ktoś na przy­kład przy­jął ślu­bo­wa­nia, bo je­go ro­dzi­na za bar­dzo się roz­ro­sła. W każ­dym ośrod­ku miał ja­kąś dziew­czy­nę. W koń­cu oczy­wi­ście do­wie­dzia­ły się, że każ­da z nich po­sia­da cał­kiem spo­rą licz­bę „sióstr”. Kie­dyś wszyst­kie przy­je­cha­ły na ten sam kurs i wte­dy cza­ra go­ry­czy się prze­la­ła... Ktoś in­ny zo­stał mni­chem, po­nie­waż miał lek­ko sko­śne oczy i wszy­scy my­śle­li, że jest tul­ku, no i on chciał nim być jesz­cze wy­raź­niej. Po ja­kimś cza­sie po­je­chał na piel­grzym­kę do Ko­pen­ha­gi, gdzie spodo­ba­ły mu się nar­ko­ty­ki, al­ko­hol i rock and roll. Za­mie­nił sza­ty na czar­ną skó­rę i kow­boj­ki, za­czął ćpać, pić i grać na gi­ta­rze. W re­zul­ta­cie po kil­ku la­tach zmarł z przedaw­ko­wa­nia. Był też in­ny przy­ja­ciel, bar­dzo we­so­ły czło­wiek, któ­ry się za­ko­chał i nie wie­dział, co z tym zro­bić. Za­py­tał o ra­dę Ten­gę Rin­po­cze i usły­szał: „Ju­tro dam ci ślu­bo­wa­nia”... To by­li czę­sto świet­ni lu­dzie, sa­ma mni­sia ścież­ka jed­nak ja­koś się nie przy­ję­ła. Cho­ciaż Ole już wów­czas to prze­wi­dy­wał, ale lu­dzie czę­sto my­ślą, że zna­ją świat le­piej od La­my. Póź­niej się oka­zu­je, że jest ina­czej.
Żwi­rek: Jak do­szło do roz­ła­mu i słyn­ne­go spo­tka­nia w Ku­cha­rach?

Woj­tek: La­ma Ole za­wsze sta­rał się do­brze wy­ko­rzy­stać nasz po­ten­cjał. Wszyst­kie nud­ne pra­ce pa­pier­ko­we - do­ku­men­ty, pie­cząt­ki czy wi­zy­ty w urzę­dach - po­zo­sta­wiał więc lu­dziom, któ­rzy się w ta­kiej ro­bo­cie speł­nia­li. Tych, któ­rzy wo­le­li me­dy­to­wać, oszczę­dzał. W pew­nym mo­men­cie oka­za­ło się, że wszyst­kie for­mal­ne funk­cje w na­szym za­rzą­dzie spra­wu­ją oso­by, któ­re za­czę­ły się od Ole­go od­wra­cać. Nie cho­dzi­ło na­wet o po­li­ty­kę, o sen­sa­cje wo­kół XVII Kar­ma­py... Po pro­stu, Ole dla jed­nych z nich miał zbyt du­żo ra­do­ści, dla in­nych zaś był zbyt „świa­to­wy”. W pew­nych krę­gach oba­wia­no się, że La­ma za­szko­dzi re­li­gij­no­ści bud­dy­zmu, że cze­goś waż­ne­go ich du­cho­wą ścież­kę po­zba­wi. Tak na­praw­dę ci lu­dzie ni­gdy nie by­li bli­ski­mi przy­ja­ciół­mi Ole­go, nie by­li z nim zwią­za­ni i nie ro­zu­mie­li go. La­ma Ole nie od ra­zu to spo­strzegł - bar­dzo dłu­go my­ślał, że ma w Pol­sce tyl­ko przy­ja­ciół.
W do­dat­ku za­czę­ła wów­czas wy­cho­dzić „Dia­men­to­wa Dro­ga”, któ­rą ro­bi­ło pa­rę osób z tak zwa­nej „opcji B”. By­li­śmy aku­rat z Ole w Ro­sji, kie­dy uka­zał się pierw­szy al­bo dru­gi jej nu­mer... oczy­wi­ście ze zdję­ciem Urdzie­na Trin­leya ja­ko Kar­ma­py. W ten spo­sób pe­rio­dyk pol­skie­go Związ­ku Kar­ma Ka­gyu za­jął „chiń­skie” sta­no­wi­sko. Ni­ko­mu na­wet nie przy­szło do gło­wy, że mo­że war­to za­py­tać o zda­nie na­uczy­cie­la, któ­ry stwo­rzył pol­ski bud­dyzm! Ole aż za­zgrzy­tał zę­ba­mi, jak się o tym do­wie­dział - tym bar­dziej, że bar­dzo du­żo ośrod­ków na ca­łym świe­cie po­pie­ra­ło wte­dy Sza­mar­pę i Ole­go w ich żą­da­niach gra­fo­lo­gicz­ne­go spraw­dze­nia li­stu­-­prze­po­wied­ni na­pi­sa­ne­go ja­ko­by przez XVI Kar­ma­pę, do­ty­czą­ce­go je­go na­stęp­nej re­in­kar­na­cji. Tyl­ko Pol­ska naj­zwy­czaj­niej stchó­rzy­ła, kie­ru­jąc się ta­ką mo­ty­wa­cją, że sko­ro wiel­cy la­mo­wie już za­de­cy­do­wa­li, co jest słusz­ne, a Da­laj La­ma jesz­cze po­twier­dził, to trze­ba się ład­nie po­kło­nić i cześć. Pa­mię­tam, jak Ole ka­zał mi dzwo­nić do Pol­ski z Ura­lu, chy­ba z Cze­la­biń­ska, i wy­ja­śniać, roz­ma­wiać z ty­mi, któ­rzy by­li od­po­wie­dzial­ni za „Dia­men­tów­kę” i za na­sze ofi­cjal­ne sta­no­wi­sko. Pro­sił też, że­by­śmy, ja­ko pol­ski zwią­zek Ka­gyu, wy­sto­so­wa­li list na Wschód, do wszyst­kich miejsc, gdzie owe waż­ne wy­da­rze­nia prze­bie­ga­ły i za­żą­da­li ich zba­da­nia. No i ów­cze­sna re­dak­cja na­pi­sa­ła coś zu­peł­nie in­ne­go - ta­ki my­dla­ny, śli­ski tekst, w któ­rym nie wy­stę­po­wa­no po żad­nej stro­nie. Kie­dy wró­ci­li­śmy z Ro­sji, w miesz­ka­niu Mi­ry od­by­ła się roz­mo­wa z człon­ka­mi za­rzą­du. Wte­dy La­ma Ole na­gle się zo­rien­to­wał, że nie tyl­ko nie ma w nim przy­ja­ciół, ale że naj­zwy­czaj­niej go nie lu­bią.
To by­ło dla na­sze­go La­my ra­czej no­we prze­ży­cie. Są­dził, że ma do czy­nie­nia z ucznia­mi, któ­rzy tro­chę go nie zro­zu­mie­li, że po­peł­ni­li błąd, bo o spra­wie Kar­ma­py nie wie­dzie­li zbyt wie­le. Że po­stą­pi­li po pro­stu tak, jak wiel­cy la­mo­wie ka­za­li... Tym­cza­sem oka­za­ło się, że do­tych­cza­so­wy za­rząd skła­da się prak­tycz­nie z sa­mych je­go wro­gów. Że ci młod­si od nie­go lu­dzie, któ­rzy nie­wie­le jeź­dzi­li po świe­cie i nie­wie­le w ży­ciu wi­dzie­li, po pro­stu go lek­ce­wa­żą. Za­czę­li pe­ro­ro­wać: „Ty nie mo­żesz tak so­bie te­go kon­flik­tu przed­sta­wiać, to nie jest tak, jak my­ślisz, my­lisz się”. Po­trak­to­wa­li La­mę jak zwy­czaj­ne­go bol­ka, jak­by ni­gdy nie był ich na­uczy­cie­lem. Ole po­pro­sił ich w koń­cu, aby zre­zy­gno­wa­li ze swo­ich funk­cji, oni jed­nak od­mó­wi­li. W re­zul­ta­cie za­czę­li­śmy się za­sta­na­wiać, jak się ich po­zbyć. Oka­za­ło się, że for­mal­nie san­ga by­ła w rę­kach lu­dzi, któ­rzy wy­stę­po­wa­li prze­ciw­ko niej. Ta­ka śmiesz­na sy­tu­acja.
Jak to się wszyst­ko skoń­czy­ło, moż­na prze­czy­tać w książ­ce Tom­ka Leh­ner­ta pt. „Oszu­ści w sza­tach”. W każ­dym ra­zie nie by­ło pro­sto! Sta­tut nie prze­wi­dy­wał zwol­nie­nia se­kre­ta­rza Związ­ku, ani na­wet pra­wa ve­ta dla La­my! Jesz­cze kie­dy by­li­śmy w Ro­sji, Ole pró­bo­wał spro­wa­dzić do Pol­ski jak naj­wię­cej Ro­sjan, bo miał przy­je­chać Be­ru Czient­se Rin­po­cze. Mo­głem na pol­ski pasz­port za­pro­sić dwa­dzie­ścia osób i zro­bi­łem to. Ale Ro­sjan by­ło nie dwu­dzie­stu tyl­ko stu, więc po­trze­bo­wa­li­śmy jesz­cze osiem­dzie­się­ciu za­pro­szeń. Wo­bec te­go La­ma Ole po­wie­dział: „Za­dzwoń do Pol­ski i niech Krzysz­tof Li­twiń­ski wy­sta­wi za­pro­sze­nie od Związ­ku Bud­dyj­skie­go. Po to go za­ło­ży­li­śmy, aby mieć po­dob­ne moż­li­wo­ści”. Tym­cza­sem Krzysz­tof stwier­dził, że te­go nie zro­bi, bo wszy­scy przy­ja­dą i bę­dzie ich bar­dzo du­żo, a my bę­dzie­my za nich od­po­wie­dzial­ni i jak ktoś zła­mie no­gę, to za­pła­ci­my za le­cze­nie... Słu­cha­jąc go mia­łem wra­że­nie, że bio­rę udział w ja­kiejś cho­rej tra­gi­ko­me­dii. On po pro­stu Ole­mu od­mó­wił. Przy tym nikt z nas nie miał pie­cząt­ki Związ­ku, sa­mi nie mo­gli­śmy więc nic zro­bić... Kom­bi­no­wa­li­śmy na róż­ne spo­so­by, jak zdo­być tę pie­cząt­kę, na­wet po­szli­śmy do Krzysz­to­fa my­śląc, że uda się ja­koś go prze­ko­nać. Nie­ste­ty on się rze­czy­wi­ście naj­zwy­czaj­niej bał - że bę­dzie mu­siał za­pła­cić za ban­daż dla Ro­sja­ni­na ze zła­ma­ną no­gą. W koń­cu wpa­dli­śmy ze Zbysz­kiem An­drusz­kie­wi­czem na świet­ny po­mysł - du­ży i sil­ny Zby­szek bę­dzie chu­de­go Krzysz­to­fa trzy­mał, a ja w tym cza­sie prze­szu­kam szu­fla­dy, znaj­dę pie­cząt­ki, za­bie­rze­my je i pój­dzie­my so­bie... W re­zul­ta­cie zde­cy­do­wa­li­śmy się jed­nak na warsz­tat w Płoc­ku, gdzie za­mó­wi­li­śmy no­we.
Tak czy ina­czej, tych wszyst­kich lu­dzi ze sta­re­go za­rzą­du na­le­ża­ło się po­zbyć i trze­ba by­ło to zro­bić w spo­sób prze­my­śla­ny... Zaj­mo­wał się tym Ta­de­usz, Ka­rol, zaj­mo­wa­łem się ja - mie­li­śmy wręcz spi­sa­ny w punk­tach plan bi­twy, czy­li spo­tka­nia w Ku­cha­rach, na któ­rym wszyst­ko mia­ło się roz­strzy­gnąć. I zre­ali­zo­wa­li­śmy go - punkt po punk­cie. Chiń­ska opo­zy­cja by­ła pew­na, że ma prze­wa­gę gło­sów - nie wzię­li pod uwa­gę fak­tu, że przed zjaz­dem in­ten­syw­nie po­dró­żo­wa­li­śmy po Pol­sce i za­ło­ży­li­śmy kil­ka zu­peł­nie no­wych ośrod­ków. Kie­dy więc przy­szło do gło­so­wa­nia, kto ma po­pro­wa­dzić spo­tka­nie, zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie dla opcji „B” dy­ry­gen­tem zo­stał Ta­de­usz. Ta­dzio udzie­lił gło­su Ole­mu, któ­ry z miej­sca za­pro­po­no­wał, że­by­śmy wy­rzu­ci­li z sa­li głów­ne­go in­try­gan­ta -Ada­ma K. Kie­dy Adam po szyb­kim gło­so­wa­niu wy­cho­dził, Krzysz­tof L - do­tych­cza­so­wy se­kre­tarz - za­czął pro­te­sto­wać. Wte­dy usły­szał od La­my: „Ci­cho bądź, bo za chwi­lę sam wy­le­cisz”. Tak też się sta­ło - umie­jęt­nie i z wdzię­kiem na­stra­szo­ny przez Ka­ro­la są­dem Krzysz­tof oświad­czył: „Nie bę­dę pra­co­wał z ta­ki­mi ludź­mi” i za­czął ner­wo­wo się zbie­rać do wyj­ścia. Ka­rol rzu­cił za nim: „Tyl­ko za­mknij za so­bą po ci­chu drzwi!” To był bar­dzo pięk­ny, bud­dyj­ski dzień... Oczy­wi­ście po­mógł ele­ment za­sko­cze­nia, czy­li nie­za­po­wie­dzia­ny przy­jazd La­my Ole - wie­dzia­ły o nim do­słow­nie trzy czy czte­ry oso­by.
Żwi­rek: No wła­śnie, wy­gra­li­ście bi­twę, od­zy­ska­li­ście Ku­cha­ry, na­to­miast w War­sza­wie chy­ba sy­tu­acja nie wy­glą­da­ła tak we­so­ło. Z te­go, co mó­wi­ła mi Mi­ra, z ca­łej san­gi zo­sta­łeś ty, ona i mo­że dwie, trzy oso­by.

Woj­tek: W War­sza­wie przed kon­flik­tem mie­li­śmy w ośrod­ku oko­ło sześć­dzie­się­ciu osób. Jed­ni uwa­ża­li, że Ole jest wy­star­cza­ją­co do­bry, by ich na­uczać, in­ni, że nie... Przez ja­kiś czas miesz­ka­łem w War­sza­wie, w gom­pie na Żo­li­bo­rzu. Wte­dy od­by­wa­ły się tam ta­kie me­dy­ta­cje i w ta­kim sty­lu, ja­ki pro­po­no­wał La­ma. Po pro­stu by­łem tam ca­ły czas i jak ko­muś się coś nie po­do­ba­ło, mógł iść do do­mu. W pew­nym mo­men­cie jed­nak La­ma Ole wy­słał mnie do Hisz­pa­nii, bym prze­tłu­ma­czył ko­lej­ną książ­kę w at­mos­fe­rze spo­koj­nej i wol­nej od roz­ry­wek, o któ­rą w War­sza­wie by­ło bar­dzo trud­no. W gom­pie po­zo­sta­wio­nej so­bie a mu­zom od­by­wa­ły się w po­ry­wach trzy róż­ne me­dy­ta­cje w cią­gu jed­ne­go wie­czo­ru - Trzy Świa­tła (w for­mie ty­be­tań­skiej pu­dży, tyl­ko po to, że­by by­ło ina­czej niż ży­czył so­bie te­go Ole), pu­dża do Ta­ry i jesz­cze ja­kaś. W ten spo­sób roz­pad san­gi się po­głę­biał. Dla­te­go kie­dy po­ja­wi­ły się kon­tro­wer­sje wo­kół Kar­ma­py, więk­szość opu­ści­ła La­mę Ole i Sza­mar­pę. Zo­sta­ła Mi­ra, El­wi­ra, Jo­asia Nie­słu­chow­ska, Piotr Mar­cin­kie­wicz i ja; być mo­że ko­goś po­mi­ną­łem, niech mi wy­ba­czy...

Żwi­rek: Na­gle jed­nak się oka­za­ło, że War­sza­wa ma cał­kiem nie­źle zor­ga­ni­zo­wa­ną gru­pę...

Woj­tek: Za­wsze tak jest, kie­dy sy­tu­acja się oczy­ści. Wte­dy po­ja­wia się prze­strzeń z wiel­ką ilo­ścią do­brej, bar­dzo pro­duk­tyw­nej ener­gii. Szyb­ko na me­dy­ta­cje za­czę­ło przy­cho­dzić z po­wro­tem sześć­dzie­siąt, a po­tem sto osób.

Żwi­rek: Kie­dy by­łem ostat­nio w Bu­da­pesz­cie, oglą­da­łem wę­gier­skie i chy­ba też ukra­iń­skie pi­smo bud­dyj­skie... Sko­ja­rze­nia z „Dia­men­tów­ką” by­ły nie­uchron­ne. Jak to się sta­ło, że stwo­rzy­li­ście tak uda­ne pod każ­dym wzglę­dem pi­smo?

Woj­tek: Dzię­ki... Za­czę­ło się jak zwy­kle. Gdy się oka­za­ło, że do­tych­cza­so­wa re­dak­cja „Dia­men­to­wej Dro­gi” pre­zen­tu­je w niej swo­ją wła­sną mą­drość, Ole re­dak­cję zwol­nił i po­wie­dział do mnie: „Te­raz bę­dziesz pro­wa­dził pi­smo”. Z daw­nej gru­py zo­sta­ła tyl­ko Jo­asia Nie­słu­chow­ska. La­ma Ole zde­cy­do­wał, że bę­dę pro­wa­dzić pi­smo z Jo­asią. Wów­czas on bę­dzie miał pew­ność, że re­pre­zen­tu­je się w nim je­go opi­nię bez nie­po­ro­zu­mień. Za­czę­li­śmy więc i na po­cząt­ku by­ło do­syć trud­no. Sta­ra­li­śmy się obo­je bar­dzo, ale by­ła to epo­ka przed­kom­pu­te­ro­wa, nie moż­na by­ło zro­bić gra­fi­ki itd. W ko­lej­nych nu­me­rach by­ły sa­me tek­sty, każ­dy z jed­nym zdję­ciem ja­ko ilu­stra­cją. Skład ro­bi­ła nam ja­kaś fir­ma, ska­no­wa­no zdję­cia, po­tem wo­zi­li­śmy wszyst­ko do dru­kar­ni. „Dia­men­tów­ki” za­czę­ły uka­zy­wać się w for­ma­cie dwa ra­zy mniej­szym od dzi­siej­sze­go, by­ły cien­kie i głów­nie in­for­ma­cyj­ne. Po ja­kimś cza­sie do­pie­ro we­szli­śmy z więk­szy­mi ar­ty­ku­ła­mi i ja­koś to wszyst­ko po­je­cha­ło do przo­du...
Jak się ro­bi pi­smo w kil­ka osób, to mu­szą one mieć ten sam „film”, do­brze się ro­zu­mieć. Tym­cza­sem ja wy­jeż­dża­łem za gra­ni­cę, mia­łem wy­kła­dy... Pro­si­łem więc nie­któ­rych ko­le­gów przez te­le­fon: „Zrób­cie tak i tak, daj­cie ten ry­su­nek, to zdję­cie i ten tekst”. Gdy wra­ca­łem, oka­zy­wa­ło się, że wszyst­ko wy­glą­da­ło ina­czej. Kie­dy py­ta­łem dla­cze­go, od­po­wia­da­li: „Bo tak!” W koń­cu za­czą­łem in­ten­syw­nie się za­sta­na­wiać, kto mógł­by na sta­łe pro­wa­dzić ze mną „Dia­men­to­wą Dro­gę”. Za­le­ża­ło mi na tym, że­by by­ła pięk­na - ja­ko by­ły ar­ty­sta cią­gle jesz­cze mam sła­bość do es­te­ty­ki. Po­my­śla­łem, że na­szym ge­nial­nym gra­fi­kiem san­go­wym jest Ra­fał Olech, więc niech on ro­bi ze mną ta­kie pi­smo, ja­kie so­bie wy­ma­rzy­łem. Tak uka­zał się dzie­sią­ty nu­mer, już w for­ma­cie A4. Wy­glą­dał zu­peł­nie ina­czej, bo za­dba­li­śmy o stro­nę pla­stycz­ną, a nie tyl­ko in­for­ma­cyj­ną. Po­wo­li po­ja­wia­ło się wię­cej pie­nię­dzy, więc mo­gli­śmy do­dać do dru­ku jesz­cze je­den ko­lor. Po­tem przy­szła ko­lej na ko­lo­ro­wą okład­kę, po­tem jesz­cze na coś... Te­raz na „Dia­men­tów­ce” wzo­ru­je się kil­ka bud­dyj­skich pism. Po­zo­sta­je chy­ba dość praw­dzi­wa i ma do­bry, mo­że pol­ski kli­mat. Spo­ro się w niej dzie­je, znaj­dzie­cie tro­chę po­czu­cia hu­mo­ru. Mam na­dzie­ję, że nie jest ani zbyt sztyw­na i re­li­gij­na, ani zbyt po­mie­sza­na i ar­ty­stycz­na - zgod­nie z na­uką Bud­dy o naj­lep­szej, środ­ko­wej ścież­ce.

Żwi­rek: Co bud­dyzm Dia­men­to­wej Dro­gi zmie­ni w Pol­sce?
Woj­tek: My­ślę, że da nam wię­cej wol­no­ści. Pol­ska jest do­sko­na­łym, ale też ka­to­lic­kim kra­jem. Wie­lu lu­dzi ży­je u nas z we­wnętrz­nym dys­kom­for­tem, z po­czu­ciem wi­ny wy­nie­sio­nym z do­mu i ko­ścio­ła. In­ni są­dzą z ko­lei, że są w ży­ciu je­dy­nie dwie moż­li­wo­ści - al­bo tyl­ko ka­sa i kieł­ba­sa, al­bo obo­wiąz­ko­wo su­ro­wa i cier­pięt­ni­cza du­cho­wość, spro­wa­dzo­na ty­siąc lat te­mu - wbrew wo­li na­ro­du - z Bli­skie­go Wscho­du...
Bud­dyzm Dia­men­to­wej Dro­gi łą­czy w so­bie wol­ność i głę­bię, jest pe­łen ab­so­lut­nej mą­dro­ści i jed­no­cze­śnie bli­ski ży­ciu. Po­sia­da nie­prze­rwa­ny prze­kaz i sku­tecz­ne me­to­dy, ale znaj­du­je się w nim też miej­sce na sza­leń­stwo, in­ten­syw­ność i ułań­ską fan­ta­zję... Krót­ko mó­wiąc: pa­su­je do Pol­ski jak ulał - po­wie­dział­bym, że to wręcz ty­po­wo pol­ska du­cho­wa ścież­ka (śmiech).

Żwi­rek: Je­steś po­dró­żu­ją­cym na­uczy­cie­lem, od­wie­dzasz wie­le ośrod­ków i ro­bisz to od wie­lu lat. Co zmie­nił w nas La­ma Ole i bud­dyzm Dia­men­to­wej Dro­gi przez ten ca­ły czas?

Woj­tek: Przede wszyst­kim trze­ba so­bie uświa­do­mić, że obec­ny bud­dyzm sta­no­wi ol­brzy­mia ilość lu­dzi na ca­łym świe­cie, rów­nież na Za­cho­dzie. Na­uki te roz­wi­ja­ją się tak do­brze, po­nie­waż są ela­stycz­ne i hu­ma­ni­stycz­ne. Wszy­scy czu­ją, że w dhar­mie cho­dzi wła­śnie o czło­wie­ka, a nie o Bud­dę czy Pa­na Bo­ga. Na pierw­szym wy­kła­dzie La­my Ole w War­sza­wie by­ło dzie­sięć, mo­że pięt­na­ście osób. Te­raz przy­cho­dzi po­nad ty­siąc. To du­ża róż­ni­ca, je­że­li wziąć pod uwa­gę fakt, iż na­uki Bud­dy nie są ła­twe, że ich prak­ty­ko­wa­nie wy­ma­ga szcze­ro­ści i ide­ali­zmu. Oczy­wi­ście w bud­dy­zmie ilość prak­ty­ku­ją­cych nie jest waż­niej­sza niż ja­kość ich du­cho­wo­ści. Jed­nak naj­lep­sza po­zo­sta­je jak zwy­kle za­sa­da: „za­rów­no to, jak też tam­to”.
Co Ole w nas zmie­nił? My­ślę, że tak jak każ­dy do­bry na­uczy­ciel, Ole po­sia­da szcze­gól­ną wła­ści­wość wy­do­by­wa­nia z lu­dzi te­go, co naj­lep­sze. Nie za­wsze jest to to, co w nas naj­bar­dziej świę­te, naj­bar­dziej ła­god­ne czy do­brze wy­cho­wa­ne. Cho­dzi tu ra­czej o twór­cze i war­to­ścio­we ce­chy na­sze­go umy­słu. La­ma Ole lu­bi i po­tra­fi in­spi­ro­wać. Nie jest mi­strzem, któ­ry speł­nia ro­lę oj­ca - przez ca­ły czas wszyst­kich pil­nu­je i mó­wi, że trze­ba być ostroż­nym. Po­tra­fi mo­ty­wo­wać lu­dzi do te­go, by się roz­wi­ja­li - dla po­żyt­ku in­nych. Ole bar­dzo wie­lu lu­dziom „po­prze­sta­wiał” ży­cio­rys. Nie­któ­rym zu­peł­nie - na przy­kład mnie, al­bo... to­bie. Gdy­bym nie tra­fił kie­dyś na je­go wy­kład, być mo­że był­bym na­dal ar­ty­stą i miał­bym wą­tro­bę wiel­ko­ści orze­cha wło­skie­go... (śmiech). Tym­cza­sem te­raz jest znacz­nie le­piej.

Żwi­rek: Dzię­ki za roz­mo­wę.

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Budda w Silicon Valley - Lama Ole Nydahl | O medytacji - Lama Ole Nydahl | Guru joga - Dilgo Czientse Rinpocze | Pieśń oddania - Dziamgon Kongtrul Lodro Thaje | Bohater Marpa - Ar­tur Przy­by­sław­ski | Mar­pa, Część II | Siedem Rozkoszy - Gotzangpa | Sześć wyzwalających działań - Lama Ole Nydahl | Współczujące działanie - 16 Karmapa | Nie ma prywatnych stanów umysłu, Część II - Karol Ślęczek | Praca z emocjami - Gerd Boll | O Wojtku co tak pięknie pudże śpiewał co tak pieknie pudże spiewal - Żwirek | Benalmadena Story - impresje budowlańca, podróżnika | Gdańsk - Adam Jankiewicz | Ziemia w Malborku - Ka­sia Do­ma­lew­ska, Ja­rek Fal­kow­ski | W grodzie Kraka i Karola | Dharma w Beskidach | The Stupa House Courier - Jaś Wój­cik |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: