DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 34 -> O Wojtku co tak pięknie pudże śpiewał co tak pieknie pudże spiewal

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

O Wojtku co tak pięknie pudże śpiewał co tak pieknie pudże spiewal

Z Wojtkiem Tracewskim rozmawia Rafał Żwirek
_________


Dawno, dawno temu...

Wojtek: Za górami, za lasami, w 1980 roku...

Poznałeś dziewczynę...

Wojtek: Tak. Zaprosiła mnie na wykład buddyjski – jak się później okazało na pierwszy wykład Lamy Ole w Warszawie. Nie chciałem iść, bo ze wszystkich rzeczy religia interesowała mnie wtedy najmniej. Ale ponieważ panna była ładna, pomyślałem, że przeżyję te dwie godziny religijnych opowiadań, a później… może kupimy jakieś wino i będzie miło. Tymczasem okazało się, że zostaliśmy prawie do rana – Ole w tamtych czasach wykładał często od wieczora do świtu. Spotkałem się z naukami zupełnie odbiegającymi od moich oczekiwań... Lama nie mówił, czego nie wolno robić, a raczej co dobrze byłoby zrobić dla pożytku innych i własnego. Nie grzmiał o zakazach i nakazach, tylko opowiadał o wolności i radości. Właśnie te dwa słowa popchnęły mnie w stronę buddyzmu.

Nosiłeś długie włosy, kończyłeś Akademię Sztuk Pięknych. Czy z takich właśnie, powiedzmy, artystycznych kręgów wywodzili się pierwsi uczniowie Lamy Ole?

Wojtek: W pewnym stopniu. Jednak w naszych pierwszych grupach byli też inni ludzie – na przykład urzędniczki państwowe w średnim wieku, trybolodzy… W tych czasach tradycja Kagyu była oprócz zen jedyną w Polsce propozycją, jeżeli ktoś chciał medytować. Więc osoby z buddyjską karmą, mające również awersję do dyscypliny, lądowały właśnie u nas.

To znaczy, że ich przynależność do Kagyu wynikała z braku wyboru?

Wojtek: Wybór był niewielki. Sam się wtedy czasami zastanawiałem, co robię w tej sandze. Towarzystwo artystyczne prowadziło bardzo określony tryb życia: balety, popijawy, seks, malowanie... To znaczy czasami również trochę malowania... Więc myślałem sobie: „Co ja właściwie mam z ludźmi z sangi wspólnego, przecież oni są zupełnie inni, poważniejsi, może nawet trochę nudni”. Jeden z naszych ówczesnych braci w dharmie pracował na przykład w Służbie Bezpieczeństwa... Nazywał się Andrzej...

Medytował w godzinach pracy?

Wojtek: Raczej pracował w godzinach medytacji – odpłatnie powtarzał dwa razy w tygodniu mantry i koncentrował się na Karmapie. Wszyscy wiedzieli dla kogo pracuje, tylko on nie wiedział, że wszyscy wiedzą. Było to bardzo śmieszne.

A jak to się stało, że zacząłeś tłumaczyć książki Olego, podróżować razem z nim... Kiedy poznaliście się bliżej?

Wojtek: Jeżeli miałbym przypomnieć sobie pierwszą chwilę bliższego kontaktu... Na kursie poła w Polsce, w 1981 roku, Ole rzucił mi przez pokój swoje spodnie w prezencie. Wtedy nosiło się rurki z wąskimi nogawkami, a on dał mi takie hippissowskie „sztanki rozszerzanki” z lat 60-tych. Później biegałem w nich non-stop i ludzie się ze mnie śmiali, bo było to wbrew wszystkim kanonom mody. Żartowali też, że lepiej byłoby dla mojego rozwoju i otoczenia, gdyby Lama podarował mi swoją czapkę albo koszulę, żeby uruchomić raczej te, odpowiednio wyższe ośrodki energetyczne…

Ale co – rzucił tylko te spodnie, czy później spotkaliście się, zaczęliście rozmawiać…?

Wojtek: Spotykaliśmy się zawsze, kiedy Ole przyjeżdżał do Polski. W 1984 roku pojechałem z nim w podróż po Niemczech – Lama za kierownicą czarnego BMW, autostrada, dziewczyny mówiące cicho po niemiecku na tylnym siedzeniu… Było naprawdę wspaniale. To wtedy pierwsi polscy buddyści zaczęli docierać na Zachód i niepokoić tamtejsze ośrodki. Miałem 10 marek całego majątku, a śniadanie na kursie w ośrodku kosztowało 5… To były piękne czasy. Pod koniec lat osiemdziesiątych Ole zapytał mnie, czy nie chciałbym tłumaczyć jego książek. Wtedy niewielu ludzi w sandze mówiło po niemiecku, a wszystkie prace naszego Lamy były napisane właśnie w tym języku. Wymyślił więc, żebym to ja je przełożył, no i... Okazało się, że muszę przeorganizować całe swoje życie, bo nie da się połączyć tłumaczenia setek stron i kariery artystycznej. W ciągu jednego wieczora zadzwoniłem do przyjaciela i zapytałem, czy nie chciałby kupić moich obrazów po cenie materiałów. Przyjechał ciężarówką i zabrał je. Tego samego dnia oddałem klucze do pracowni, a następnego zacząłem pracować nad „Moją drogą do Lamów”. Był to drugi z kolei przekład tej książki. Pierwszą wersję przetłumaczyła Ania Czapnik, ale to było podziemne wydanie, a Ole chciał mieć nową, normalną książkę z kolorową okładką, zdjęciami itd. Tak się zaczęło, a później już wszystko potoczyło się szybko – jakoś udało mi się przełożyć pozostałe książki Lamy, potem odkryłem, że w Rosji można spędzić z nim dużo czasu, więc w 1989 roku zacząłem tam jeździć... W czasie jednej z tych podróży – dokładnie w Irkucku, w połowie drogi przez Syberię – skończyła mi się kasa. Poszedłem więc do Olego po pożyczkę... Guru jednak powiedział: „Mam inny pomysł – my pojedziemy dalej na wschód do Władywostoku, a ty na zachód do Polski. Po drodze będziesz opowiadał coś o dharmie w ośrodkach, które założyliśmy i jeżeli zrobisz to dobrze, to przyjaciele kupią ci bilet do następnego miasta, a jeżeli źle, to sam będziesz sobie winien...”

I tak zostałeś nauczycielem.

Wojtek: Tak, tak to się zaczęło. Na razie nikt się nie skarży... No, może czasami, ale rzadko...

Wojtek, jak wiesz, celem wywiadów, które przeprowadzamy, jest spisanie historii polskiego buddyzmu. Jak byś opowiedział historię warszawskiej sangi?

Wojtek: Pierwszy wykład Lamy Ole w Warszawie odbył się na Pradze, w mieszkaniu pewnej pani Kopycińskiej. Mieliśmy nauczyciela dwa dni w jednym miejscu i wzięliśmy udział w prawdziwym maratonie dharmy. Ole miał długie włosy, przez cały czas coś opowiadał, medytowaliśmy razem, jedliśmy, naprawdę było genialnie! W pewnym momencie zaczęli oboje z Hannah robić poła, nie tłumacząc nam zupełnie przebiegu medytacji. Śpiewali tekst po tybetańsku, głośno „hikali”. Czuliśmy się jak w innej rzeczywistości, wyraźnie lepszej... Kraków, Radom, Warszawa – to były trzy pierwsze buddyjskie miasta w Polsce. Zaraz potem pojawił się też Gdańsk i Poznań. W Warszawie ciągle musieliśmy się przeprowadzać, błąkać po różnych prywatnych mieszkaniach. W pewnym momencie jeden z przyjaciół, emigrujący do Kanady, podarował ośrodkowi swoje mieszkanie. Niestety ówczesny przewodniczący o pseudonimie „Prezes” (nazwaliśmy tak później tłustego kota w Kucharach) był złodziejem i lekką ręką ukradł lokal. Kiedy przyszliśmy do „naszej” gompy, powiedział że medytacja się nie odbędzie, bo on tam teraz mieszka. Szlachetna sanga chciała go za to rytualnie zlinczować. Jednak Ole patrzył na tę sytuację z bardziej absolutnego poziomu. Powiedział: „Nie oceniajmy ludzi. Marek miał do wyboru – albo dharma, albo mieszkanie. Wybrał mieszkanie. To wszystko.” Później, ze względu na ceny w Warszawie, wydawało się nam, że nigdy nie będziemy mieli własnego ośrodka. Tak naprawdę dopiero Stupa House jest pierwszym naprawdę naszym miejscem...

A jaki był wtedy klimat w ośrodkach?

Wojtek: O wiele bardziej tradycyjny. Wszędzie błyszczały czerwone ołtarzyki, śpiewaliśmy pudże... Ja na przykład bardzo lubiłem je śpiewać i gdy Lama zdecydował, że czas z tym skończyć, poczułem się zawiedziony.

?

Wojtek: Nie mogłem już nikomu imponować swoim niskim głosem. Wiesz, dziewczyny przychodziły, a tu taki piękny bas... Bardzo aktywny był wówczas niejaki Rinczen, którego ty też pamiętasz... Dawniej nazywał się Zyzio, a mówiliśmy też na niego „Wielebny”. Był fajnym człowiekiem – jeździłem z nim na wykłady do różnych miast w Polsce, posłuchać i pouczyć się... Zyzio lubił dharmę, szybko się rozwijał, potem może trochę za szybko... Był taką gwiazdą na firmamencie polskiego buddyzmu. Ole stawiał na niego, bo chłop dużo medytował, znał nauki, błyskawicznie opanował angielski, niemiecki – słowem piął się do góry. Niestety później uznał, że jest już mądrzejszy od Lamy i po kilku nieeleganckich błędach odpłynął w siną dal...

Jaki miałeś związek z ludźmi w szatach? Nie chciałeś zostać drugim Rinczenem?

Wojtek: Nie, proszę, nie... Ani pierwszym, ani drugim, ani nawet trzecim – światu na pewno wystarczy jeden Rinczen. Cała historia Rinczena pozostaje zresztą ciekawa, podobnie jak burzliwe dzieje wszystkich polskich mnichów. Z drugiej strony to... osobna historia.

Ale to jest też nasza historia!

Wojtek: No dobrze... Poza wszystkim kariera naszych mnichów jest rzeczywiście pouczająca... Chociaż w porywach ich frakcja liczyła nawet dziesięciu członków, teraz nie ma ani jednego... Najwyraźniej ten model w Polsce nie wypalił. Na Zachodzie często tak bywa, że ludzie czujący silny pociąg do ślubowań, ogólnie nie przepadają za zjawiskami. Im mniejszy mają z nimi kontakt, tym są szczęśliwsi. Prawdopodobnie odnoszą wrażenie, że dzięki zaprzysiężeniom ich subtelna przypadłość nabiera twórczego i religijnego wymiaru. Niektórzy z naszych przyjaciół przyjmowali mnisie śluby, ponieważ doradził im to ich nauczyciel, inni dlatego, że chcieli się szybciej rozwijać. Pozostali być może po prostu dlatego, że życie im się nie układało. Jak już zaczynali działać, z reguły nic im nie wychodziło. Z niektórymi byliśmy w Norwegii i nikt nie chciał z nimi pracować – psuli całą robotę i robili wstyd... Gdy zachodni buddyzm był jeszcze bardzo tradycyjny – zanim Lama Ole trochę go przewietrzył – mnichów szanowano niejako na wyrost, po prostu dlatego, że nosili szaty. Tymczasem oni często zostawali mnichami z bardzo śmiesznych powodów.

To znaczy?

Wojtek: Ktoś na przykład przyjął ślubowania, bo jego rodzina za bardzo się rozrosła. W każdym ośrodku miał jakąś dziewczynę. W końcu oczywiście dowiedziały się, że każda z nich posiada całkiem sporą liczbę „sióstr”. Kiedyś wszystkie przyjechały na ten sam kurs i wtedy czara goryczy się przelała... Ktoś inny został mnichem, ponieważ miał lekko skośne oczy i wszyscy myśleli, że jest tulku, no i on chciał nim być jeszcze wyraźniej. Po jakimś czasie pojechał na pielgrzymkę do Kopenhagi, gdzie spodobały mu się narkotyki, alkohol i rock and roll. Zamienił szaty na czarną skórę i kowbojki, zaczął ćpać, pić i grać na gitarze. W rezultacie po kilku latach zmarł z przedawkowania. Był też inny przyjaciel, bardzo wesoły człowiek, który się zakochał i nie wiedział, co z tym zrobić. Zapytał o radę Tengę Rinpocze i usłyszał: „Jutro dam ci ślubowania”... To byli często świetni ludzie, sama mnisia ścieżka jednak jakoś się nie przyjęła. Chociaż Ole już wówczas to przewidywał, ale ludzie często myślą, że znają świat lepiej od Lamy. Później się okazuje, że jest inaczej.

Jak doszło do rozłamu i słynnego spotkania w Kucharach?

Wojtek: Lama Ole zawsze starał się dobrze wykorzystać nasz potencjał. Wszystkie nudne prace papierkowe – dokumenty, pieczątki czy wizyty w urzędach – pozostawiał więc ludziom, którzy się w takiej robocie spełniali. Tych, którzy woleli medytować, oszczędzał. W pewnym momencie okazało się, że wszystkie formalne funkcje w naszym zarządzie sprawują osoby, które zaczęły się od Olego odwracać. Nie chodziło nawet o politykę, o sensacje wokół XVII Karmapy... Po prostu, Ole dla jednych z nich miał zbyt dużo radości, dla innych zaś był zbyt „światowy”. W pewnych kręgach obawiano się, że Lama zaszkodzi religijności buddyzmu, że czegoś ważnego ich duchową ścieżkę pozbawi. Tak naprawdę ci ludzie nigdy nie byli bliskimi przyjaciółmi Olego, nie byli z nim związani i nie rozumieli go. Lama Ole nie od razu to spostrzegł – bardzo długo myślał, że ma w Polsce tylko przyjaciół. W dodatku zaczęła wówczas wychodzić „Diamentowa Droga”, którą robiło parę osób z tak zwanej „opcji B”. Byliśmy akurat z Ole w Rosji, kiedy ukazał się pierwszy albo drugi jej numer... oczywiście ze zdjęciem Urdziena Trinleya jako Karmapy. W ten sposób periodyk polskiego Związku Karma Kagyu zajął „chińskie” stanowisko. Nikomu nawet nie przyszło do głowy, że może warto zapytać o zdanie nauczyciela, który stworzył polski buddyzm! Ole aż zazgrzytał zębami, jak się o tym dowiedział – tym bardziej, że bardzo dużo ośrodków na całym świecie popierało wtedy Szamarpę i Olego w ich żądaniach grafologicznego sprawdzenia listu-przepowiedni napisanego jakoby przez XVI Karmapę, dotyczącego jego następnej reinkarnacji. Tylko Polska najzwyczajniej stchórzyła, kierując się taką motywacją, że skoro wielcy lamowie już zadecydowali, co jest słuszne, a Dalaj Lama jeszcze potwierdził, to trzeba się ładnie pokłonić i cześć. Pamiętam, jak Ole kazał mi dzwonić do Polski z Uralu, chyba z Czelabińska, i wyjaśniać, rozmawiać z tymi, którzy byli odpowiedzialni za „Diamentówkę” i za nasze oficjalne stanowisko. Prosił też, żebyśmy, jako polski związek Kagyu, wystosowali list na Wschód, do wszystkich miejsc, gdzie owe ważne wydarzenia przebiegały i zażądali ich zbadania. No i ówczesna redakcja napisała coś zupełnie innego – taki mydlany, śliski tekst, w którym nie występowano po żadnej stronie. Kiedy wróciliśmy z Rosji, w mieszkaniu Miry odbyła się rozmowa z członkami zarządu. Wtedy Lama Ole nagle się zorientował, że nie tylko nie ma w nim przyjaciół, ale że najzwyczajniej go nie lubią.

To było dla naszego Lamy raczej nowe przeżycie. Sądził, że ma do czynienia z uczniami, którzy trochę go nie zrozumieli, że popełnili błąd, bo o sprawie Karmapy nie wiedzieli zbyt wiele. Że postąpili po prostu tak, jak wielcy lamowie kazali... Tymczasem okazało się, że dotychczasowy zarząd składa się praktycznie z samych jego wrogów. Że ci młodsi od niego ludzie, którzy niewiele jeździli po świecie i niewiele w życiu widzieli, po prostu go lekceważą. Zaczęli perorować: „Ty nie możesz tak sobie tego konfliktu przedstawiać, to nie jest tak, jak myślisz, mylisz się”. Potraktowali Lamę jak zwyczajnego bolka, jakby nigdy nie był ich nauczycielem. Ole poprosił ich w końcu, aby zrezygnowali ze swoich funkcji, oni jednak odmówili. W rezultacie zaczęliśmy się zastanawiać, jak się ich pozbyć. Okazało się, że formalnie sanga była w rękach ludzi, którzy występowali przeciwko niej. Taka śmieszna sytuacja.

Jak to się wszystko skończyło, można przeczytać w książce Tomka Lehnerta pt. „Oszuści w szatach”. W każdym razie nie było prosto! Statut nie przewidywał zwolnienia sekretarza Związku, ani nawet prawa veta dla Lamy! Jeszcze kiedy byliśmy w Rosji, Ole próbował sprowadzić do Polski jak najwięcej Rosjan, bo miał przyjechać Beru Czientse Rinpocze. Mogłem na polski paszport zaprosić dwadzieścia osób i zrobiłem to. Ale Rosjan było nie dwudziestu tylko stu, więc potrzebowaliśmy jeszcze osiemdziesięciu zaproszeń. Wobec tego Lama Ole powiedział: „Zadzwoń do Polski i niech Krzysztof Litwiński wystawi zaproszenie od Związku Buddyjskiego. Po to go założyliśmy, aby mieć podobne możliwości”. Tymczasem Krzysztof stwierdził, że tego nie zrobi, bo wszyscy przyjadą i będzie ich bardzo dużo, a my będziemy za nich odpowiedzialni i jak ktoś złamie nogę, to zapłacimy za leczenie... Słuchając go miałem wrażenie, że biorę udział w jakiejś chorej tragikomedii. On po prostu Olemu odmówił. Przy tym nikt z nas nie miał pieczątki Związku, sami nie mogliśmy więc nic zrobić... Kombinowaliśmy na różne sposoby, jak zdobyć tę pieczątkę, nawet poszliśmy do Krzysztofa myśląc, że uda się jakoś go przekonać. Niestety on się rzeczywiście najzwyczajniej bał – że będzie musiał zapłacić za bandaż dla Rosjanina ze złamaną nogą. W końcu wpadliśmy ze Zbyszkiem Andruszkiewiczem na świetny pomysł – duży i silny Zbyszek będzie chudego Krzysztofa trzymał, a ja w tym czasie przeszukam szuflady, znajdę pieczątki, zabierzemy je i pójdziemy sobie... W rezultacie zdecydowaliśmy się jednak na warsztat w Płocku, gdzie zamówiliśmy nowe.
Tak czy inaczej, tych wszystkich ludzi ze starego zarządu należało się pozbyć i trzeba było to zrobić w sposób przemyślany... Zajmował się tym Tadeusz, Karol, zajmowałem się ja – mieliśmy wręcz spisany w punktach plan bitwy, czyli spotkania w Kucharach, na którym wszystko miało się rozstrzygnąć. I zrealizowaliśmy go – punkt po punkcie. Chińska opozycja była pewna, że ma przewagę głosów – nie wzięli pod uwagę faktu, że przed zjazdem intensywnie podróżowaliśmy po Polsce i założyliśmy kilka zupełnie nowych ośrodków. Kiedy więc przyszło do głosowania, kto ma poprowadzić spotkanie, zupełnie niespodziewanie dla opcji „B” dyrygentem został Tadeusz. Tadzio udzielił głosu Olemu, który z miejsca zaproponował, żebyśmy wyrzucili z sali głównego intryganta –Adama K. Kiedy Adam po szybkim głosowaniu wychodził, Krzysztof L – dotychczasowy sekretarz – zaczął protestować. Wtedy usłyszał od Lamy: „Cicho bądź, bo za chwilę sam wylecisz”. Tak też się stało – umiejętnie i z wdziękiem nastraszony przez Karola sądem Krzysztof oświadczył: „Nie będę pracował z takimi ludźmi” i zaczął nerwowo się zbierać do wyjścia. Karol rzucił za nim: „Tylko zamknij za sobą po cichu drzwi!” To był bardzo piękny, buddyjski dzień... Oczywiście pomógł element zaskoczenia, czyli niezapowiedziany przyjazd Lamy Ole – wiedziały o nim dosłownie trzy czy cztery osoby.

No właśnie, wygraliście bitwę, odzyskaliście Kuchary, natomiast w Warszawie chyba sytuacja nie wyglądała tak wesoło. Z tego, co mówiła mi Mira, z całej sangi zostałeś ty, ona i może dwie, trzy osoby.

Wojtek: W Warszawie przed konfliktem mieliśmy w ośrodku około sześćdziesięciu osób. Jedni uważali, że Ole jest wystarczająco dobry, by ich nauczać, inni, że nie... Przez jakiś czas mieszkałem w Warszawie, w gompie na Żoliborzu. Wtedy odbywały się tam takie medytacje i w takim stylu, jaki proponował Lama. Po prostu byłem tam cały czas i jak komuś się coś nie podobało, mógł iść do domu. W pewnym momencie jednak Lama Ole wysłał mnie do Hiszpanii, bym przetłumaczył kolejną książkę w atmosferze spokojnej i wolnej od rozrywek, o którą w Warszawie było bardzo trudno. W gompie pozostawionej sobie a muzom odbywały się w porywach trzy różne medytacje w ciągu jednego wieczoru – Trzy Światła (w formie tybetańskiej pudży, tylko po to, żeby było inaczej niż życzył sobie tego Ole), pudża do Tary i jeszcze jakaś. W ten sposób rozpad sangi się pogłębiał. Dlatego kiedy pojawiły się kontrowersje wokół Karmapy, większość opuściła Lamę Ole i Szamarpę. Została Mira, Elwira, Joasia Niesłuchowska, Piotr Marcinkiewicz i ja; być może kogoś pominąłem, niech mi wybaczy...

Nagle jednak się okazało, że Warszawa ma całkiem nieźle zorganizowaną grupę...

Wojtek: Zawsze tak jest, kiedy sytuacja się oczyści. Wtedy pojawia się przestrzeń z wielką ilością dobrej, bardzo produktywnej energii. Szybko na medytacje zaczęło przychodzić z powrotem sześćdziesiąt, a potem sto osób.

Kiedy byłem ostatnio w Budapeszcie, oglądałem węgierskie i chyba też ukraińskie pismo buddyjskie... Skojarzenia z „Diamentówką” były nieuchronne. Jak to się stało, że stworzyliście tak udane pod każdym względem pismo?

Wojtek: Dzięki... Zaczęło się jak zwykle. Gdy się okazało, że dotychczasowa redakcja „Diamentowej Drogi” prezentuje w niej swoją własną mądrość, Ole redakcję zwolnił i powiedział do mnie: „Teraz będziesz prowadził pismo”. Z dawnej grupy została tylko Joasia Niesłuchowska. Lama Ole zdecydował, że będę prowadzić pismo z Joasią. Wówczas on będzie miał pewność, że reprezentuje się w nim jego opinię bez nieporozumień. Zaczęliśmy więc i na początku było dosyć trudno. Staraliśmy się oboje bardzo, ale była to epoka przedkomputerowa, nie można było zrobić grafiki itd. W kolejnych numerach były same teksty, każdy z jednym zdjęciem jako ilustracją. Skład robiła nam jakaś firma, skanowano zdjęcia, potem woziliśmy wszystko do drukarni. „Diamentówki” zaczęły ukazywać się w formacie dwa razy mniejszym od dzisiejszego, były cienkie i głównie informacyjne. Po jakimś czasie dopiero weszliśmy z większymi artykułami i jakoś to wszystko pojechało do przodu...

Jak się robi pismo w kilka osób, to muszą one mieć ten sam „film”, dobrze się rozumieć. Tymczasem ja wyjeżdżałem za granicę, miałem wykłady... Prosiłem więc niektórych kolegów przez telefon: „Zróbcie tak i tak, dajcie ten rysunek, to zdjęcie i ten tekst”. Gdy wracałem, okazywało się, że wszystko wyglądało inaczej. Kiedy pytałem dlaczego, odpowiadali: „Bo tak!” W końcu zacząłem intensywnie się zastanawiać, kto mógłby na stałe prowadzić ze mną „Diamentową Drogę”. Zależało mi na tym, żeby była piękna – jako były artysta ciągle jeszcze mam słabość do estetyki. Pomyślałem, że naszym genialnym grafikiem sangowym jest Rafał Olech, więc niech on robi ze mną takie pismo, jakie sobie wymarzyłem. Tak ukazał się dziesiąty numer, już w formacie A4. Wyglądał zupełnie inaczej, bo zadbaliśmy o stronę plastyczną, a nie tylko informacyjną. Powoli pojawiało się więcej pieniędzy, więc mogliśmy dodać do druku jeszcze jeden kolor. Potem przyszła kolej na kolorową okładkę, potem jeszcze na coś... Teraz na „Diamentówce” wzoruje się kilka buddyjskich pism. Pozostaje chyba dość prawdziwa i ma dobry, może polski klimat. Sporo się w niej dzieje, znajdziecie trochę poczucia humoru. Mam nadzieję, że nie jest ani zbyt sztywna i religijna, ani zbyt pomieszana i artystyczna – zgodnie z nauką Buddy o najlepszej, środkowej ścieżce.

Co buddyzm Diamentowej Drogi zmieni w Polsce?

Wojtek: Myślę, że da nam więcej wolności. Polska jest doskonałym, ale też katolickim krajem. Wielu ludzi żyje u nas z wewnętrznym dyskomfortem, z poczuciem winy wyniesionym z domu i kościoła. Inni sądzą z kolei, że są w życiu jedynie dwie możliwości – albo tylko kasa i kiełbasa, albo obowiązkowo surowa i cierpiętnicza duchowość, sprowadzona tysiąc lat temu – wbrew woli narodu – z Bliskiego Wschodu... Buddyzm Diamentowej Drogi łączy w sobie wolność i głębię, jest pełen absolutnej mądrości i jednocześnie bliski życiu. Posiada nieprzerwany przekaz i skuteczne metody, ale znajduje się w nim też miejsce na szaleństwo, intensywność i ułańską fantazję... Krótko mówiąc: pasuje do Polski jak ulał – powiedziałbym, że to wręcz typowo polska duchowa ścieżka (śmiech).

Jesteś podróżującym nauczycielem, odwiedzasz wiele ośrodków i robisz to od wielu lat. Co zmienił w nas Lama Ole i buddyzm Diamentowej Drogi przez ten cały czas?

Wojtek: Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że obecny buddyzm stanowi olbrzymia ilość ludzi na całym świecie, również na Zachodzie. Nauki te rozwijają się tak dobrze, ponieważ są elastyczne i humanistyczne. Wszyscy czują, że w dharmie chodzi właśnie o człowieka, a nie o Buddę czy Pana Boga. Na pierwszym wykładzie Lamy Ole w Warszawie było dziesięć, może piętnaście osób. Teraz przychodzi ponad tysiąc. To duża różnica, jeżeli wziąć pod uwagę fakt, iż nauki Buddy nie są łatwe, że ich praktykowanie wymaga szczerości i idealizmu. Oczywiście w buddyzmie ilość praktykujących nie jest ważniejsza niż jakość ich duchowości. Jednak najlepsza pozostaje jak zwykle zasada: „zarówno to, jak też tamto”.

Co Ole w nas zmienił? Myślę, że tak jak każdy dobry nauczyciel, Ole posiada szczególną właściwość wydobywania z ludzi tego, co najlepsze. Nie zawsze jest to to, co w nas najbardziej święte, najbardziej łagodne czy dobrze wychowane. Chodzi tu raczej o twórcze i wartościowe cechy naszego umysłu. Lama Ole lubi i potrafi inspirować. Nie jest mistrzem, który spełnia rolę ojca – przez cały czas wszystkich pilnuje i mówi, że trzeba być ostrożnym. Potrafi motywować ludzi do tego, by się rozwijali – dla pożytku innych. Ole bardzo wielu ludziom „poprzestawiał” życiorys. Niektórym zupełnie – na przykład mnie, albo... tobie. Gdybym nie trafił kiedyś na jego wykład, być może byłbym nadal artystą i miałbym wątrobę wielkości orzecha włoskiego... (śmiech). Tymczasem teraz jest znacznie lepiej.

Dzięki za rozmowę.

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Budda w Silicon Valley - Lama Ole Nydahl | O medytacji - Lama Ole Nydahl | Guru joga - Dilgo Czientse Rinpocze | Pieśń oddania - Dziamgon Kongtrul Lodro Thaje | Bohater Marpa - Wywiad z Lamą Ole Nydahlem | Mar­pa | Siedem Rozkoszy - Gotzangpa | Sześć wyzwalających działań - Lama Ole Nydahl | Współczujące działanie - 16 Karmapa | Nie ma prywatnych stanów umysłu - Karol Ślęczek | Praca z emocjami - Gerd Boll | O Wojtku co tak pięknie pudże śpiewał co tak pieknie pudże spiewal - Z Wojtkiem Tracewskim rozmawia Rafał Żwirek | Benalmadena Story - impresje budowlańca, podróżnika - Żwirek - Rafael Horhe Mendoz | Gdańsk - Adam Jankiewicz | Ziemia w Malborku - Ka­sia Do­ma­lew­ska, Ja­rek Fal­kow­ski | W grodzie Kraka i Karola - Krakowska Sanga | Dharma w Beskidach - Wiadomości z dziedziny nieruchomości | The Stupa House Courier - Jaś Wój­cik | Cytat - Dziamgon Kongtrul Lodro Taje | Szine - Hannah Nydahl |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: