DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 34 -> Nie ma prywatnych stanów umysłu, Część II

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Nie ma prywatnych stanów umysłu, Część II

Karol Ślęczek
_________


Tak długo, jak przeżywamy różne lęki, nie jesteśmy w stanie zrozumieć, że umysł jest przestrzenią.

Nie powinniśmy więc oceniać nawet najprzyjemniejszych doznań, ani czynić względem nich żadnych zabiegów. Jeżeli przychodzą, to dobrze, a jeśli odchodzą, to też dobrze. Nasz umysł powinien pozostać wobec nich całkowicie neutralny.

Mu­si­my od­kryć sa­mą na­tu­rę prze­ży­wa­ją­ce­go. Je­śli na­wet ma­my naj­lep­szy sa­mo­chód i nie wie­my jak nim kie­ro­wać, jest on bez­u­ży­tecz­ny. Kie­dy już umie­my go pro­wa­dzić, jest i tak bez­u­ży­tecz­ny, je­że­li nie wie­my któ­rę­dy je­chać, że­by do­trzeć do miej­sca, w któ­rym znaj­dzie­my szczę­ście. Co więc po­win­ni­śmy od­kryć, by zro­zu­mieć na­tu­rę prze­ży­wa­ją­ce­go? Po pierw­sze, wszyst­kie prze­ży­cia po­twier­dza­ją zdol­ność umy­słu do do­świad­cza­nia. Mu­si­my zdać so­bie spra­wę, że na­wet gdy ni­cze­go nie do­świad­cza­my, kie­dy w zwier­cia­dle nie po­ja­wia­ją się żad­ne ob­ra­zy, umysł nie tra­ci swej zdol­no­ści prze­ży­wa­nia. W tym mo­men­cie za­zwy­czaj my­śli­my, że wpa­dli­śmy w czar­ną dziu­rę, że coś stra­ci­li­śmy, a mie­li­śmy tak wie­le. Tra­ci­my za­ufa­nie do na­tu­ry na­sze­go umy­słu, wy­da­je nam się, że zdol­ność zwier­cia­dła do od­bi­ja­nia ob­ra­zów wy­czer­pa­ła się. A to prze­cież nie­po­ro­zu­mie­nie. Bo cho­ciaż w tej chwi­li ob­ra­zy nie po­ja­wia­ją się w nim, w dal­szym cią­gu lu­stro mo­że je od­bi­jać. Po­dob­nie funk­cjo­nu­je nasz umysł. Je­że­li so­bie to uświa­do­mi­my, nie bę­dzie­my już prze­ży­wać na­szych sta­nów umy­słu ja­ko pry­wat­nych. Od­kry­je­my, że nie na­le­żą one do nas, a ich brak wca­le nie po­wo­du­je, że nasz umysł sta­je się nie­przej­rzy­sty. Wów­czas na sce­nę wkro­czy „chór z grec­kich dra­ma­tów”, na go­rą­co ko­men­tu­ją­cy na­sze po­czy­na­nia: te­raz ro­bię to, a tam­to, te­raz mu­szę usiąść i po­wie­dzieć coś mą­dre­go, a te­raz jest czas, aby so­bie pójść, bo wszy­scy już ma­ją dość. Mo­że­my słu­chać te­go chó­ru lub nie - to za­le­ży od nas.
Je­że­li na przy­kład pój­dzie­my do do­mu dla bar­dzo, bar­dzo ner­wo­wych, zo­ba­czy­my tam lu­dzi, któ­rzy pod­cho­dzą do krze­sła al­bo sto­łu i prze­su­wa­ją je o mi­li­metr, uwa­ża­jąc, że to ma wiel­ki sens. Gdy za­py­ta­my ich, dla­cze­go to ro­bią, od­po­wie­dzą, że to zmie­ni świat. Oczy­wi­ście to, że prze­su­nie­my krze­sło ja­koś zmie­ni świat, ale nie za bar­dzo... Tym­cza­sem ja­kiś głos w umy­śle mó­wi nam: „Słu­chaj, je­że­li nie prze­su­niesz te­go krze­sła, to zo­ba­czysz! « Za­czy­na­my po­dej­rze­wać, że fak­tycz­nie mo­że on nas zra­nić... Mi­mo wszyst­ko po­sta­na­wia­my: «Nie, zo­ba­czy­my, co się sta­nie! « I wów­czas przy­cho­dzi ko­lej­na myśl: «Te­raz już na­praw­dę się do­igra­łeś, zo­ba­czysz, co ci zro­bię! « Stwier­dza­my więc, że te­raz już nie ma żar­tów i jed­nak trze­ba bę­dzie to krze­sło prze­su­nąć: «Wiem, że in­ni po­wie­dzą, że je­stem wa­ria­tem, ale jak te­go nie zro­bię, to na pew­no coś złe­go się wy­da­rzy! « I tak wpa­da­my w wiel­ką pu­łap­kę. Na­sze my­śli sta­ją się na­szym sze­fem. W skraj­nej sy­tu­acji miesz­ka­my w do­mu bez kla­mek, któ­re­go wszyst­kie ścia­ny są mięk­kie w do­ty­ku. W rze­czy­wi­sto­ści to, że my­śli i uczu­cia po­ja­wia­ją się jest tak sa­mo cie­ka­we, jak to, że mo­gą odejść.
Je­że­li już ja­kiś pro­blem roz­pu­ścił się, po­win­ni­śmy się cie­szyć, ale nie w idio­tycz­ny spo­sób. Nie chce­my być jak głu­piec, któ­ry cie­szy się z cu­kier­ka, ale jak mę­drzec, któ­ry chce so­bie ku­pić ich fa­bry­kę. Dla­te­go ciesz­my się nie z te­go, że pro­blem znik­nął, ale z te­go, że zro­zu­mie­li­śmy, że pro­ble­my przy­cho­dzą i od­cho­dzą. Kie­dy od­kry­je­my na­szą zdol­ność do roz­po­zna­nia praw­dzi­wej na­tu­ry umy­słu, wszy­scy wo­kół nas po­czu­ją się tro­chę le­piej - za­miast być uciąż­li­wi, sta­nie­my się po­ży­tecz­ni. Jest to moż­li­we, po­nie­waż na ab­so­lut­nym po­zio­mie je­ste­śmy nie­od­dziel­ni od in­nych. Ze świa­do­mo­ści te­go wy­pły­wa ak­tyw­ne współ­czu­cie, któ­re tak na­praw­dę nie jest uczu­ciem, ale ra­czej ak­tyw­no­ścią.
Je­że­li szu­ka­my bud­dy, nie mo­że­my go zna­leźć. Na­wet naj­lep­si mi­strzo­wie me­dy­ta­cji sie­dzie­li czę­sto dłu­go szu­ka­jąc ab­so­lut­ne­go sta­nu umy­słu i nie mo­gli go zna­leźć. Kie­dy jed­nak w koń­cu od­kry­wa­my, że te­go sta­nu nie moż­na po­chwy­cić, wów­czas na­praw­dę go do­świad­cza­my. Nie prze­ży­wa­my już zja­wisk oso­bi­ście, ja­ko cze­goś, cze­go mu­si­my się oba­wiać, al­bo ja­ko cze­goś, co nas po­twier­dza. Prze­ży­wa­my je w praw­dzi­wy spo­sób. Nic nie wy­da­rza się już na na­szych wa­run­kach, w na­szej prze­strze­ni i w na­szym cza­sie. Mo­że­my po­zwo­lić, aby zja­wi­ska dzia­ły się sa­me przez sie­bie. Dzię­ki te­mu ro­zu­mie­my, czym są. To jest za­sad­ni­cza róż­ni­ca.
Zwy­kle, kie­dy ocze­ku­je­my cze­goś przy­jem­ne­go i to do­sta­je­my, póź­niej pa­mię­ta­my tyl­ko, że cze­goś ocze­ki­wa­li­śmy, że to przy­szło i mi­nę­ło - jak gdy­by­śmy za­po­mnie­li to prze­żyć. To nie żart. Wy­obraź­my so­bie, że sie­dzi­my z kimś w re­stau­ra­cji i pi­je­my do­bre wi­no, ale na­praw­dę nie czu­je­my sma­ku, bo ca­ły czas za­sta­na­wia­my się, jak bę­dzie z tym kimś w łóż­ku. Po­tem, gdy je­ste­śmy już w łóż­ku i wy­da­rza się coś przy­jem­ne­go, rów­nież nie prze­ży­wa­my praw­dzi­wej ra­do­ści, bo za­czy­na­my roz­my­ślać o tym, czy wi­no i ser by­ły do­brze do­bra­ne. Jest to pe­wien prak­tycz­ny pro­blem. Pierw­szym eta­pem roz­wo­ju na ścież­ce Wiel­kiej Pie­czę­ci, bę­dą­cej spe­cjal­no­ścią Kar­ma Ka­gyu, jest zro­zu­mie­nie, że po­win­no się osią­gnąć stan, kie­dy umysł jest tam, gdzie ty­łek. Nasz umysł i ty­łek mu­szą być w tym sa­mym miej­scu, czy­li tam, gdzie po­ja­wia­ją się, roz­gry­wa­ją i zni­ka­ją do­świad­cze­nia.
Nie­któ­rzy mo­gą stwier­dzić: «No do­brze, sko­ro ist­nie­je zwier­cia­dło i nie ma więk­szej róż­ni­cy po­mię­dzy tym, czy od­bi­ja ono ob­ra­zy pięk­ne czy nie­przy­jem­ne, sko­ro za­cho­wu­je swo­je wła­ści­wo­ści, na­wet, je­śli nie po­ja­wia­ją się w nim żad­ne ob­ra­zy, po co w ogó­le są one po­trzeb­ne? Dla­cze­go nie zo­sta­wić zwier­cia­dła ja­snym, bez ja­kich­kol­wiek od­bić? « Je­że­li ta­ka myśl się po­ja­wia, to zna­czy, że nie zro­zu­mie­li­śmy, co Bud­da chciał po­wie­dzieć. Kie­dyś pe­wien bar­dzo mą­dry czło­wiek, uczo­ny fi­lo­zof, za­py­tał Ka­lu Rin­po­cze, co to jest sam­sa­ra, a co nir­wa­na? Ten od­po­wie­dział: to jest sam­sa­ra, a to nir­wa­na (Ka­rol coś po­ka­zu­je...). Ten czło­wiek zro­bił dziw­ną mi­nę i nie wiem, czy do dzi­siaj się nie za­sta­na­wia, co to ozna­cza­ło. Na po­zio­mie in­te­lek­tu­al­nym je­ste­śmy cza­sem bar­dzo spraw­ni; wy­da­je nam się, że po­tra­fi­my so­bie wszyst­ko wy­tłu­ma­czyć. A po­tem przy­cho­dzi kil­ka pro­stych te­stów i za­cho­wu­je­my się jak ma­łe dzie­ci: ro­we­rek wje­chał w pia­sek i nie wie­my, co da­lej. To wca­le nie jest ta­kie śmiesz­ne. Wy­obraź­my so­bie, że ku­pu­je­my no­wy sa­mo­chód, na któ­ry pra­co­wa­li­śmy wie­le lat, a po­tem wpa­da­my na­gle w gniew, bo mu­cha usia­dła nam na no­sie i po­wo­du­je­my wy­pa­dek. Tak nas to zde­ner­wo­wa­ło, że roz­bi­li­śmy do­bre au­to! Na pew­no nie jest to wy­da­rze­nie, któ­re świad­czy­ło­by, że po­tra­fi­my pra­co­wać z emo­cja­mi w po­praw­ny spo­sób. Na po­zio­mie in­te­lek­tu­al­nym oczy­wi­ście umie­my wszyst­ko zro­zu­mieć, za­kla­sy­fi­ko­wać, po­wkła­dać w ma­łe pu­deł­ka... Ale kie­dy za­czy­na­my mieć do czy­nie­nia z prze­szka­dza­ją­cy­mi uczu­cia­mi, wszyst­ko to sta­je się bez­u­ży­tecz­ne. Po­ja­wia­ją się one po pro­stu bar­dzo bli­sko nas, a my nie wie­my jesz­cze, jak so­bie z ni­mi ra­dzić.
Bud­da pro­po­no­wał wie­le me­tod pra­cy z emo­cja­mi. Naj­ogól­niej zna­ne są trzy środ­ki. Na naj­bar­dziej pod­sta­wo­wym po­zio­mie, naj­mniej in­te­li­gent­nym lu­dziom ra­dził: «Mo­żesz trak­to­wać wy­da­rze­nia tak, jak­by by­ły tro­chę rze­czy­wi­ste. Rób rze­czy, któ­re po­wo­du­ją przy­jem­ne sta­ny umy­słu i uni­kaj tych, któ­re po­wo­du­ją przy­kro­ści». Tę naj­prost­szą me­to­dę na­zy­wa­my hi­na­ja­ną. Lu­dziom na bar­dziej za­awan­so­wa­nym po­zio­mie Bud­da wy­ja­śniał: «Słu­chaj, mo­żesz na swo­je do­świad­cze­nia spoj­rzeć z dy­stan­su, wte­dy bę­dziesz w sta­nie zo­ba­czyć, co się wy­da­rza. Na­stęp­nie spró­buj za­sta­no­wić się, czy to, co wi­dzisz jest rze­czy­wi­ste... Pa­mię­taj, że zwy­kle sta­jesz się nie­wol­ni­kiem swo­ich wła­snych pro­jek­cji, a to jest zu­peł­nie bez sen­su». Naj­in­te­li­gent­niej­szym uczniom mó­wił: «Wszyst­ko, co się wy­da­rza, jest cie­ka­we i fan­ta­stycz­ne. Czyż to nie cu­dow­ne, że mo­że­my cier­pieć? Czy to nie za­baw­ne, że mo­że­my prze­ży­wać przy­jem­ne sta­ny, że po­ja­wia­ją się one i od­cho­dzą? Mo­żesz się ich oba­wiać lub pra­gnąć ich, ale to jest błąd».
Tak dłu­go, jak prze­ży­wa­my róż­ne lę­ki, nie je­ste­śmy w sta­nie zro­zu­mieć, że umysł jest prze­strze­nią. Nie jest to ła­twe, po­nie­waż je­śli po­ja­wia się lęk, po­ja­wia się tak­że od­dzie­le­nie. Lęk na­to­miast przy­cho­dzi, kie­dy nie chce­my cze­goś za­ak­cep­to­wać. Bo­imy się, a wte­dy nie trak­tu­je­my prze­strze­ni ja­ko nie­skoń­czo­nej. Ma­my wra­że­nie, że moż­na coś wziąć i wy­rzu­cić po­za coś in­ne­go, co tak na­praw­dę nie ma gra­nic. To jest oczy­wi­ście nie­moż­li­we. Ale gdy roz­po­zna­my, że umysł jest jak prze­strzeń, od­kry­je­my rów­nież, że na­sze lę­ki nie ma­ją sen­su. Nie cho­dzi tu o ja­kieś wiel­kie lę­ki, jak zry­wa­nie się w no­cy i krzy­cze­nie przez sen al­bo za dnia, gdy wi­dzi­my coś, co się nam nie po­do­ba. Idzie ra­czej o drob­ne pro­ble­my - o to, że mo­że nam brak­nąć pie­nię­dzy do na­stęp­nej wy­pła­ty al­bo na za­kup no­we­go, lep­sze­go sa­mo­cho­du, a wte­dy wszy­scy na­si zna­jo­mi po­my­ślą, że stra­ci­li­śmy styl. To są wła­śnie oba­wy, któ­re spra­wia­ją, że nie prze­ży­wa­my praw­dzi­wej na­tu­ry umy­słu. Tak dłu­go, jak trak­tu­je­my pro­ble­my oso­bi­ście, ku­pu­je­my je so­bie za wła­sne pie­nią­dze.

Opracowanie: Ania Pa­ła­siń­ska

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Budda w Silicon Valley - Lama Ole Nydahl | O medytacji - Lama Ole Nydahl | Guru joga - Dilgo Czientse Rinpocze | Pieśń oddania - Dziamgon Kongtrul Lodro Thaje | Bohater Marpa - Ar­tur Przy­by­sław­ski | Mar­pa, Część II | Siedem Rozkoszy - Gotzangpa | Sześć wyzwalających działań - Lama Ole Nydahl | Współczujące działanie - 16 Karmapa | Nie ma prywatnych stanów umysłu, Część II - Karol Ślęczek | Praca z emocjami - Gerd Boll | O Wojtku co tak pięknie pudże śpiewał co tak pieknie pudże spiewal - Żwirek | Benalmadena Story - impresje budowlańca, podróżnika | Gdańsk - Adam Jankiewicz | Ziemia w Malborku - Ka­sia Do­ma­lew­ska, Ja­rek Fal­kow­ski | W grodzie Kraka i Karola | Dharma w Beskidach | The Stupa House Courier - Jaś Wój­cik |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: