DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 34 -> Benalmadena Story - impresje budowlańca, podróżnika

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Benalmadena Story - impresje budowlańca, podróżnika


Na po­cząt­ku by­ło zim­no, a po­tem go­rą­co. Star­tu­jąc z War­sza­wy by­li­śmy z Pa­ry­sem ubra­ni w cie­płe kurt­ki i czap­ki, trzy go­dzi­ny póź­niej na lot­ni­sku w Ma­la­dze mu­sie­li­śmy wy­ko­nać swo­isty strip­tiz. Róż­ni­ca tem­pe­ra­tur wy­no­si­ła ponad 15 stop­ni. W sa­mo­lo­cie roz­ma­wia­li­śmy o tym, że leci­my z jed­nej bud­dyj­skiej bu­do­wy na dru­ga. Na­wet nie prze­czu­wa­li­śmy, jak bar­dzo się my­li­my. Za­czy­na­ła się ko­lej­na przy­go­da.

Pierw­sza po­ja­wi­ła się Maggy. Wy­sko­czy­ła przed nasz sa­mo­chód, na żół­tym sku­te­rze, z roz­wia­nymi wło­sami i w let­niej kwie­ci­stej su­kien­ce. Zro­zu­mia­łem, że je­stem w Hisz­pa­nii.

Na­gle zo­ba­czy­li­śmy stu­pę. Wiel­ką, be­to­no­wą bu­dow­le, więk­szą od Stupa Ho­use. By­ła tak wiel­ka, że nie da się opi­sać pierw­sze­go wra­że­nia. Poczu­li­śmy się to­tal­nie po­wa­le­ni jej ogro­mem i mo­cą. Choć wciąż by­ła nie­do­koń­czo­na i mia­ła ko­lor be­to­nu, na szczy­cie bra­ko­wa­ło zło­tych pier­ście­nię, a te­ren do­oko­ła był roz­ko­pa­ny i grzą­ski, to jed­nak od ra­zu zro­zu­mie­li­śmy, że ma­my szan­sę uczest­ni­czyć w czymś bar­dzo wy­jąt­ko­wym. Z sa­me­go szczy­tu wy­sta­wał frag­ment drze­wa schro­nie­nia. Wy­da­wa­ło nam się, że nie­moż­li­we jest za­koń­cze­nie tak wiel­kiej bu­do­wy w cią­gu pięciu ty­go­dni - ty­le bo­wiem zo­sta­ło do kur­su.
Wie­czor­ne spo­tka­nie z Wojt­kiem. Pierw­sza bu­tel­ka hisz­pań­skie­go wi­na. Na­gle oka­za­ło się, że ca­ły żel­be­to­wy gi­gant jest efek­tem to­tal­nie do­pra­co­wa­nej kon­cep­cji i że każ­dy frag­ment te­go be­to­no­we­go bun­kra ma swo­je głę­bo­kie i prze­my­śla­ne zna­cze­nie. Woj­tek przez kil­ka go­dzin opro­wa­dzał nas po ca­łej stu­pie, opo­wia­da­jąc hi­sto­rie zwią­za­ne z jej bu­do­wą i po­ka­zu­jąc de­ta­le, któ­rych zro­zu­mie­nie bez nie­go za­ję­łoby nam ko­lej­nych kil­ka dni. Był to naj­pięk­niej­szy i naj­bar­dziej in­spi­ru­ją­cy wy­kład o ar­chi­tek­tu­rze, ja­ki kie­dy­kol­wiek sły­sza­łem.

Bu­do­wa stu­py trwa­ła sie­dem lat. Jest to naj­więk­sza stu­pa w Eu­ro­pie. Jej wy­so­kość, pod­sta­wa, głę­bo­kość skarb­ców nie da­dzą się po­rów­nać do żad­nej in­nej ze stup, któ­re sto­ją w na­szych eu­ro­pej­skich ośrod­kach. Sa­me pier­ście­nie są wyż­sze od każ­dej z nich!

Wszyst­kie pra­ce wy­ko­ny­wa­ły wy­na­ję­te fir­my, dla­te­go te­ren bu­do­wy ogro­dzo­ny był nie tyl­ko pło­tem ale tak­że ca­łym sys­te­mem ad­mi­ni­stracyjnych za­ka­zów. Po­trze­bo­wa­li­śmy aż trzech dni, aby oka­za­ło się, że i my, i pra­cu­ją­cy tam ro­bot­ni­cy ma­my ta­ki sam cel… Od mo­men­tu prze­ła­ma­nia pierw­szych lo­dów sta­li­śmy się peł­no­praw­ny­mi człon­ka­mi eki­py budow­la­nej. Za­czę­li­śmy na­wet spać w środ­ku stu­py. By­ło to bar­dzo cieka­we do­świad­cze­nie: in­ten­syw­ne i nie za­wsze przy­jem­ne sny uroz­maica­ły nam no­ce.

Be­nal­ma­de­na Pu­eblo. Ma­ło kto wie, że kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Kar­ma Gu­en - Rin­po­cze miał swój dom, w któ­rym cza­sem od­po­czy­wał od zgieł­ku bud­dyj­skich kur­sów. Był tam wiel­ki ogród, ta­ras, a przy do­brej po­go­dzie na­wet wi­dok na Afry­kę. Ale rze­czy­wi­sty cel je­go po­by­tu był oczy­wi­ście in­ny. Naj­więk­szym pra­gnie­niem Tse­czu Rin­po­cze by­ło wy­bu­do­wa­nie stu­py, któ­ra nie sta­ła­by na te­re­nie bud­dyj­skie­go ośrod­ka i któ­ra by­ła­by w pew­nym sen­sie „pu­blicz­na”. I przy oka­zji naj­więk­sza. Dzię­ki je­go ży­cze­niom uda­ło się do­ko­nać cu­du. Te­ren, za któ­ry sieć ho­te­li Hil­ton chcia­ła za­pła­cić siedem milionów dolarów, Rin­po­cze otrzy­mał w pre­zen­cie od hisz­pań­skie­go rzą­du.

By­li­śmy „chłop­ca­mi od wszyst­kie­go”. Zaj­mo­wa­li­śmy się sto­lar­ką, ogrod­nic­twem, pra­ca­mi bu­dow­la­ny­mi, a na­wet przy­go­to­wy­wa­niem de­si­gnu oł­ta­rza w gom­pie stu­py. Gdy­by rze­czy­wi­ście opi­sać wszyst­ko to, co po­chła­nia­ło nam w Be­nal­ma­de­na czas - „dia­men­tów­ka” mu­sia­ła­by mieć po­dwój­ną ob­ję­tość. Na przykład, pew­ne­go dnia do­sta­li­śmy zle­ce­nie na wy­ko­na­nie dwu­dzie­stu dwóch sto­li­ków ty­be­tań­skich, któ­re w przy­szło­ści mia­ły słu­żyć VIP­-om. W kra­ju, w któ­rym zdo­by­cie ka­wał­ka deski zaj­mu­je śred­nio je­den ty­dzień by­ło to przed­się­wzię­cie skro­jo­ne na na­szą mia­rę. Wy­my­śli­li­śmy spe­cjal­ny ter­min - „ma­nia­na cul­tu­re”. Ozna­cza­ło to, że gdy pró­bo­wa­li­śmy zdo­być ja­kieś na­rzę­dzia lub ma­te­ria­ły, wie­dzie­li­śmy, że mo­że­my je do­stać naj­wcze­śniej ju­tro lub ni­gdy. Dla­te­go też więk­szość prac wy­ko­na­li­śmy przy po­mo­cy dwóch scy­zo­ry­ków mar­ki Le­ther­man i ma­łej wkrę­tar­ki na ba­te­rie. By­ło to bar­dzo inspi­ru­ją­ce do­świad­cze­nie bu­dow­la­ne. Na­uczy­li­śmy się cier­pli­wo­ści.

Sie­sta. To, co naj­lep­sze w po­łu­dnio­wej - po­wiedz­my - kul­tu­rze. Na bu­do­wie ok. 14.00 wszy­scy na­gle zni­ka­li i za­pa­da­ła ab­so­lut­na cisza. Żad­nych na­rzę­dzi, żad­nych roz­mów. Naj­pierw my­śle­li­śmy, że wy­jeż­dża­ją, ale wciąż sta­ły ich sa­mo­cho­dy. Prze­szli­śmy przez ca­ły teren znaj­du­jąc tyl­ko pa­rę po­rzu­co­nych kom­bi­ne­rek i kil­ka ka­sków. Nic wię­cej. Oko­ło 17.00, cza­sem tro­chę wcze­śniej, po­ja­wia­li się zno­wu, jak­by wy­peł­za­li z pod­ziem­nych kry­jó­wek.

Dni do ini­cja­cji upły­wa­ły co­raz szyb­ciej. Czuć by­ło już ner­wo­we napię­cie przed kur­sem. Po­ja­wi­ły się na­mio­ty prze­zna­czo­ne na ca­fe­te­rię i wy­kła­dy, choć wciąż jesz­cze nie by­ło go­ści. Man­fre­do, nasz hisz­pań­ski przy­ja­ciel z Nie­miec, każ­de­go ran­ka przy­bie­gał do mnie i mó­wił pod­eks­cy­to­wa­nym gło­sem: „Ra­fa­el show starts al­re­ady. To­mor­row first vi­si­tor will co­me!” Na­stęp­nie biegł do swo­je­go biu­ra, gdzie z bu­tel­ką wo­dy zasty­gał na pa­rę go­dzin w ocze­ki­wa­niu. W rze­czy­wi­sto­ści pierw­szym gościem był Sza­mar Rin­po­cze, któ­ry nie­ocze­ki­wa­nie po­ja­wił się na budo­wie, wzbu­dza­jąc po­płoch wśród prze­by­wa­ją­cych tam mni­chów. Jego wizy­ta by­ła tak nie­spo­dzie­wa­na, że chcą­cy go przy­wi­tać mni­si po­gu­bi­li swo­je trąb­ki i bie­ga­li do­oko­ła stu­py krzy­cząc coś po ty­be­tań­sku.

Mni­si. Pew­ne­go dnia Woj­tek wziął nas na stro­nę i po­pro­sił że­by­śmy za­opie­ko­wa­li się dwu­dzie­sto­ma mni­cha­mi, któ­rzy bę­dą sy­pać man­da­lę, tań­czyć i zaj­mo­wać się ry­tu­al­ną stro­ną ini­cja­cji. Od te­go dnia po­czu­li­śmy się z Pa­ry­sem jak kie­row­ni­cy ko­lo­nii dla dzie­ci. Na­si go­ście naj­pierw roz­peł­zli się po ca­łej stu­pie pró­bu­jąc za­brać wszyst­kie nie­umo­co­wa­ne przed­mio­ty, na­rzę­dzia, na­sze sto­li­ki dla VI­P­-ów itd. Sze­gól­nie na­sze sto­li­ki wy­da­wa­ły im się bar­dzo atrak­cyj­ne. Mo­ment za­ła­ma­nia ner­wo­we­go prze­ży­łem wte­dy, gdy zo­ba­czy­łem jak na świe­żo po­ma­lo­wa­nych bla­tach usi­łu­ją le­pić tor­my z ma­sła. Wal­ka o sto­li­ki trwa­ła trzy dni. W koń­cu Woj­tek zde­cy­do­wał, że­by dać im czte­ry w pre­zen­cie. Szko­da, że sam na to nie wpa­dłem.

Mie­li­śmy też oka­zję wdra­pać się na sam czu­bek stu­py. Chwi­lę po zain­sta­lo­wa­niu pier­ście­ni kie­row­nik Ko­ssow­ski wsa­dził nas do dźwi­gu i ka­zał po pro­stu wje­chać na gó­rę i zrzu­cić stam­tąd fla­gi mo­dli­tew­ne. „Ty przy­wią­żesz na gó­rze, ja na do­le i bę­dzie pięk­nie”. By­łem zdu­mio­ny zaufa­niem ja­kim Woj­tek nas ob­da­rzał. Fla­gi mia­ły bo­wiem 40 m dłu­go­ści i przy­wią­za­nie ich w ten spo­sób, by nie mo­gły zo­stać ze­rwa­ne przez wiatr, nie by­ło ta­kie pro­ste. Przy oka­zji za­mon­to­wa­li­śmy też kil­ku­me­tro­wy wi­ze­ru­nek bud­dy na nie­bie­skim tle. Bu­do­wa stu­py wciąż jest za­dłu­żo­na, więc usta­wie­nie du­że­go po­są­gu w pum­bie prze­kra­cza­ło moż­li­wo­ści finan­so­we. Dla­te­go Woj­tek zde­cy­do­wał się po­sta­wić tam tym­cza­so­wo tyl­ko sym­bo­licz­ny por­tret. Kil­ka dni póź­niej sto­jąc ra­zem z Maggy i Wojt­kiem przed stu­pą usły­sze­li­śmy ta­kie zda­nie: „Chło­pa­ki wejdź­cie na gó­rę i prze­ma­luj­cie to tło z nie­bie­skie­go na bia­łe bo się le­piej kom­po­nu­je”. Prze­ma­lo­wa­li­śmy. Bu­do­wa­nie stu­py to na­praw­dę faj­na rzecz.

Sza­mar Rinpocze przy­je­chał z dwój­ką swo­ich bra­ci: Dzig­me­lą Rinpo­cze i Czi­mim Rin­po­cze. Dzig­me­la no­sił mni­sie sza­ty, a Czi­mi gar­ni­tur. Z te­go po­wo­du wła­śnie na­zy­wa­łem go Jim­my Rin­po­cze.

No­ce by­ły co­raz krót­sze, spa­li­śmy już tyl­ko po pa­rę go­dzin. W piw­ni­cy w stu­pie mie­li­śmy swój warsz­tat. Spra­gnio­ny słoń­ca któ­re­goś dnia wy­sze­dłem na ze­wnątrz, przed stu­pą stał te­re­no­wy sa­mo­chód. Ktoś po­ki­wał do mnie przez szy­bę i by­ło to naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wa­ne spo­tka­nie z La­mą Ole w mo­im ży­ciu. Tak sa­mo jak bles­sing.

Wresz­cie nad­szedł dłu­go ocze­ki­wa­ny dzień i mi­mo że cze­ka­li­śmy na nie­go przez ca­ły czas - był to naj­smut­niej­szy dzień ca­łe­go po­by­tu w Hisz­pa­nii. Na­gle zro­zu­mia­łem i my­ślę, że więk­szość z nas zro­zu­mia­ła to rów­nież w tym sa­mym mo­men­cie, że wła­śnie te­raz naj­więk­sze ma­rze­nie Rin­po­cze zo­sta­ło speł­nio­ne. Wszy­scy czu­li­śmy je­go obec­ność, tak bar­dzo, że ce­re­mo­nia ini­cja­cji w pew­nym mo­men­cie prze­kształ­ci­ła się w po­że­gnal­ną ce­re­mo­nię Lobp­y­na Tse­czu. Wie­le osób mia­ło łzy w oczach, a pod­czas ofi­cjal­nych prze­mó­wień i La­ma Ole i Sza­mar­pa i bu­tań­ski mi­ni­ster mó­wi­li przede wszyst­kim o Nim.

Stupa zo­sta­ła otwar­ta w spo­sób ty­po­wo za­chod­ni: roz­cią­gnię­tą wstę­gę prze­cię­li no­życz­ka­mi naj­waż­niej­si go­ście: La­ma Ole, Sza­mar Rin­po­cze, bhu­tań­ski mi­ni­ster i bur­mistrz mia­sta Be­nal­ma­de­na. Wszy­scy, któ­rzy chcie­li, mo­gli wresz­cie wejść do środ­ka (wcze­śniej nie by­ło to moż­li­we) i przez ko­lej­ne trzy dni do­oko­ła stu­py sta­ła nie­prze­rwa­nie dłu­ga ko­lej­ka.

Wie­le osób po raz pierw­szy w ży­ciu mia­ło oka­zję zo­ba­czyć ry­tu­al­ne tań­ce ty­be­tań­skie, któ­re roz­po­czę­ły się za­raz po ce­re­mo­nii ini­cja­cji. Mni­si - na­si ko­lo­ni­ści, w cią­gu go­dzi­ny z­mie­ni­li się w wi­ru­ją­ce szkie­lety. Po­zo­sta­ła część ko­lo­nii przy­gry­wa­ła im na trąb­kach i bę­ben­kach. Ru­pieć, Pa­rys i ja otrzy­ma­li­śmy pa­rę dar­mo­wych lek­cji tań­ca w piw­ni­cach stu­py. I być mo­że, gdy­by nie brak re­kwi­zy­tów, mo­gli­by­śmy za­tańczyć dla Was w Ku­cha­rach.

Tym­cza­sem po dru­giej stro­nie uli­cy trwał kurs bud­dyj­ski - pra­wie dwa ty­sią­ce osób mia­ło oka­zję wy­słu­chać wy­kła­dów La­my Ole i wziąć udział w ini­cja­cjach udzie­la­nych przez Sza­ma­ra. Z po­wo­du na­wa­łu obo­wiąz­ków - tyl­ko Woj­tek i my mie­li­śmy klu­cze do stu­py - po­ja­wia­li­śmy się w du­żym na­mio­cie ak­cy­den­tal­nie. Dla­te­go o sa­mym kur­sie nie po­tra­fię Wam zbyt wie­le na­pi­sać. Ci któ­rzy by­li - wi­dzie­li i słyszeli.

Ostat­nia hi­sto­ria. Ce­re­mo­nie zwią­za­ne z in­au­gu­ra­cją stu­py trwa­ły dwa dni. Na­stęp­ne­go dnia po „ofi­cjal­nej” in­au­gu­ra­cji od­by­ła się jesz­cze pu­dża ognia, a my zno­wu wdra­pa­li­śmy się na sam czu­bek stu­py, tym ra­zem po to by zrzu­cić z nie­go sznur­ki, któ­re jak za­wsze każ­dy mógł trzy­mać wy­sy­ła­jąc do­bre ży­cze­nia. Wszy­scy wy­pa­try­wa­li or­łów. Nie­spo­dzie­wa­nie na nie­bie za­miast nich po­ja­wił się pa­ra­lot­niarz, okrą­żył kil­ka ra­zy stu­pę i znik­nął. Sza­mar Rin­po­cze skwi­to­wał to tak: „Ze wszyst­kich la­ta­ją­cych stwo­rzeń naj­cen­niej­szy jest czło­wiek.”

Na sam ko­niec Woj­tek i Maggy przy­go­to­wa­li nam nie­spo­dzian­kę: dwu­dzie­stu hisz­pań­skich ro­bot­ni­ków bu­dow­la­nych, dwu­dzie­stu ty­be­tań­skich mni­chów i trzy­dzie­stu bud­dy­stów, za­an­ga­żo­wa­nych przy or­ga­ni­za­cji kur­su, spo­tka­ło się ra­zem w wy­na­ję­tym lo­ka­lu na wspól­nej ko­la­cji. Kto nigdy nie wi­dział jak hisz­pań­ski mu­rarz uczy tań­czyć fla­men­ko bud­dyjskie­go mni­cha, ten nie wie czym jest wspól­na pra­ca dla Dar­my.

Tekst: Żwi­rek - Ra­fa­el Hor­he Men­do­z. Współ­pra­ca, in­spi­ra­cja, mo­ty­wa­cja: Mag­da

PS. 1. Nic by się nie wy­da­rzy­ło gdy­by nie Pa­rys i Ru­pieć. Dzieki chlopaki!
PS. 2. Pew­ne­go dnia sto­jąc na scho­dach stu­py zo­ba­czy­łem w od­da­li brze­gi Afry­ki. Wzru­szo­ny za­dzwo­ni­łem do ma­my, że­by jej po­wie­dzieć, co wi­dzę. Za­py­ta­ła się tyl­ko, co pi­łem...

Opracowanie: Żwi­rek

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Budda w Silicon Valley - Lama Ole Nydahl | O medytacji - Lama Ole Nydahl | Guru joga - Dilgo Czientse Rinpocze | Pieśń oddania - Dziamgon Kongtrul Lodro Thaje | Bohater Marpa - Ar­tur Przy­by­sław­ski | Mar­pa, Część II | Siedem Rozkoszy - Gotzangpa | Sześć wyzwalających działań - Lama Ole Nydahl | Współczujące działanie - 16 Karmapa | Nie ma prywatnych stanów umysłu, Część II - Karol Ślęczek | Praca z emocjami - Gerd Boll | O Wojtku co tak pięknie pudże śpiewał co tak pieknie pudże spiewal - Żwirek | Benalmadena Story - impresje budowlańca, podróżnika | Gdańsk - Adam Jankiewicz | Ziemia w Malborku - Ka­sia Do­ma­lew­ska, Ja­rek Fal­kow­ski | W grodzie Kraka i Karola | Dharma w Beskidach | The Stupa House Courier - Jaś Wój­cik |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: