DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 34 -> Benalmadena Story - impresje budowlańca, podróżnika

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Benalmadena Story - impresje budowlańca, podróżnika

Żwirek - Rafael Horhe Mendoz
_________

Na początku było zimno, a potem gorąco. Startując z Warszawy byliśmy z Parysem ubrani w ciepłe kurtki i czapki, trzy godziny później na lotnisku w Maladze musieliśmy wykonać swoisty striptiz. Różnica temperatur wynosiła ponad 15 stopni. W samolocie rozmawialiśmy o tym, że lecimy z jednej buddyjskiej budowy na druga. Nawet nie przeczuwaliśmy, jak bardzo się mylimy. Zaczynała się kolejna przygoda.


Pierwsza pojawiła się Maggy. Wyskoczyła przed nasz samochód, na żółtym skuterze, z rozwianymi włosami i w letniej kwiecistej sukience. Zrozumiałem, że jestem w Hiszpanii. Nagle zobaczyliśmy stupę. Wielką, betonową budowle, większą od Stupa House. Była tak wielka, że nie da się opisać pierwszego wrażenia. Poczuliśmy się totalnie powaleni jej ogromem i mocą. Choć wciąż była niedokończona i miała kolor betonu, na szczycie brakowało złotych pierścienię, a teren dookoła był rozkopany i grząski, to jednak od razu zrozumieliśmy, że mamy szansę uczestniczyć w czymś bardzo wyjątkowym. Z samego szczytu wystawał fragment drzewa schronienia. Wydawało nam się, że niemożliwe jest zakończenie tak wielkiej budowy w ciągu pięciu tygodni – tyle bowiem zostało do kursu. Wieczorne spotkanie z Wojtkiem. Pierwsza butelka hiszpańskiego wina. Nagle okazało się, że cały żelbetowy gigant jest efektem totalnie dopracowanej koncepcji i że każdy fragment tego betonowego bunkra ma swoje głębokie i przemyślane znaczenie. Wojtek przez kilka godzin oprowadzał nas po całej stupie, opowiadając historie związane z jej budową i pokazując detale, których zrozumienie bez niego zajęłoby nam kolejnych kilka dni. Był to najpiękniejszy i najbardziej inspirujący wykład o architekturze, jaki kiedykolwiek słyszałem.

Budowa stupy trwała siedem lat. Jest to największa stupa w Europie. Jej wysokość, podstawa, głębokość skarbców nie dadzą się porównać do żadnej innej ze stup, które stoją w naszych europejskich ośrodkach. Same pierścienie są wyższe od każdej z nich! Wszystkie prace wykonywały wynajęte firmy, dlatego teren budowy ogrodzony był nie tylko płotem ale także całym systemem administracyjnych zakazów. Potrzebowaliśmy aż trzech dni, aby okazało się, że i my, i pracujący tam robotnicy mamy taki sam cel… Od momentu przełamania pierwszych lodów staliśmy się pełnoprawnymi członkami ekipy budowlanej. Zaczęliśmy nawet spać w środku stupy. Było to bardzo ciekawe doświadczenie: intensywne i nie zawsze przyjemne sny urozmaicały nam noce. Benalmadena Pueblo. Mało kto wie, że kilkadziesiąt kilometrów od Karma Guen – Rinpocze miał swój dom, w którym czasem odpoczywał od zgiełku buddyjskich kursów. Był tam wielki ogród, taras, a przy dobrej pogodzie nawet widok na Afrykę. Ale rzeczywisty cel jego pobytu był oczywiście inny. Największym pragnieniem Tseczu Rinpocze było wybudowanie stupy, która nie stałaby na terenie buddyjskiego ośrodka i która byłaby w pewnym sensie „publiczna”. I przy okazji największa. Dzięki jego życzeniom udało się dokonać cudu. Teren, za który sieć hoteli Hilton chciała zapłacić siedem milionów dolarów, Rinpocze otrzymał w prezencie od hiszpańskiego rządu.

Byliśmy „chłopcami od wszystkiego”. Zajmowaliśmy się stolarką, ogrodnictwem, pracami budowlanymi, a nawet przygotowywaniem designu ołtarza w gompie stupy. Gdyby rzeczywiście opisać wszystko to, co pochłaniało nam w Benalmadena czas – „diamentówka” musiałaby mieć podwójną objętość. Na przykład, pewnego dnia dostaliśmy zlecenie na wykonanie dwudziestu dwóch stolików tybetańskich, które w przyszłości miały służyć VIP-om. W kraju, w którym zdobycie kawałka deski zajmuje średnio jeden tydzień było to przedsięwzięcie skrojone na naszą miarę. Wymyśliliśmy specjalny termin – „maniana culture”. Oznaczało to, że gdy próbowaliśmy zdobyć jakieś narzędzia lub materiały, wiedzieliśmy, że możemy je dostać najwcześniej jutro lub nigdy. Dlatego też większość prac wykonaliśmy przy pomocy dwóch scyzoryków marki Letherman i małej wkrętarki na baterie. Było to bardzo inspirujące doświadczenie budowlane. Nauczyliśmy się cierpliwości.

Siesta. To, co najlepsze w południowej – powiedzmy – kulturze. Na budowie ok. 14.00 wszyscy nagle znikali i zapadała absolutna cisza. Żadnych narzędzi, żadnych rozmów. Najpierw myśleliśmy, że wyjeżdżają, ale wciąż stały ich samochody. Przeszliśmy przez cały teren znajdując tylko parę porzuconych kombinerek i kilka kasków. Nic więcej. Około 17.00, czasem trochę wcześniej, pojawiali się znowu, jakby wypełzali z podziemnych kryjówek. Dni do inicjacji upływały coraz szybciej. Czuć było już nerwowe napięcie przed kursem. Pojawiły się namioty przeznaczone na cafeterię i wykłady, choć wciąż jeszcze nie było gości. Manfredo, nasz hiszpański przyjaciel z Niemiec, każdego ranka przybiegał do mnie i mówił podekscytowanym głosem: „Rafael show starts already. Tomorrow first visitor will come!” Następnie biegł do swojego biura, gdzie z butelką wody zastygał na parę godzin w oczekiwaniu. W rzeczywistości pierwszym gościem był Szamar Rinpocze, który nieoczekiwanie pojawił się na budowie, wzbudzając popłoch wśród przebywających tam mnichów. Jego wizyta była tak niespodziewana, że chcący go przywitać mnisi pogubili swoje trąbki i biegali dookoła stupy krzycząc coś po tybetańsku.

Mnisi. Pewnego dnia Wojtek wziął nas na stronę i poprosił żebyśmy zaopiekowali się dwudziestoma mnichami, którzy będą sypać mandalę, tańczyć i zajmować się rytualną stroną inicjacji. Od tego dnia poczuliśmy się z Parysem jak kierownicy kolonii dla dzieci. Nasi goście najpierw rozpełzli się po całej stupie próbując zabrać wszystkie nieumocowane przedmioty, narzędzia, nasze stoliki dla VIP-ów itd. Szególnie nasze stoliki wydawały im się bardzo atrakcyjne. Moment załamania nerwowego przeżyłem wtedy, gdy zobaczyłem jak na świeżo pomalowanych blatach usiłują lepić tormy z masła. Walka o stoliki trwała trzy dni. W końcu Wojtek zdecydował, żeby dać im cztery w prezencie. Szkoda, że sam na to nie wpadłem.

Mieliśmy też okazję wdrapać się na sam czubek stupy. Chwilę po zainstalowaniu pierścieni kierownik Kossowski wsadził nas do dźwigu i kazał po prostu wjechać na górę i zrzucić stamtąd flagi modlitewne. „Ty przywiążesz na górze, ja na dole i będzie pięknie”. Byłem zdumiony zaufaniem jakim Wojtek nas obdarzał. Flagi miały bowiem 40 m długości i przywiązanie ich w ten sposób, by nie mogły zostać zerwane przez wiatr, nie było takie proste. Przy okazji zamontowaliśmy też kilkumetrowy wizerunek buddy na niebieskim tle. Budowa stupy wciąż jest zadłużona, więc ustawienie dużego posągu w pumbie przekraczało możliwości finansowe. Dlatego Wojtek zdecydował się postawić tam tymczasowo tylko symboliczny portret. Kilka dni później stojąc razem z Maggy i Wojtkiem przed stupą usłyszeliśmy takie zdanie: „Chłopaki wejdźcie na górę i przemalujcie to tło z niebieskiego na białe bo się lepiej komponuje”. Przemalowaliśmy. Budowanie stupy to naprawdę fajna rzecz.

Szamar Rinpocze przyjechał z dwójką swoich braci: Dzigmelą Rinpocze i Czimim Rinpocze. Dzigmela nosił mnisie szaty, a Czimi garnitur. Z tego powodu właśnie nazywałem go Jimmy Rinpocze. Noce były coraz krótsze, spaliśmy już tylko po parę godzin. W piwnicy w stupie mieliśmy swój warsztat. Spragniony słońca któregoś dnia wyszedłem na zewnątrz, przed stupą stał terenowy samochód. Ktoś pokiwał do mnie przez szybę i było to najbardziej nieoczekiwane spotkanie z Lamą Ole w moim życiu. Tak samo jak blessing. Wreszcie nadszedł długo oczekiwany dzień i mimo że czekaliśmy na niego przez cały czas – był to najsmutniejszy dzień całego pobytu w Hiszpanii. Nagle zrozumiałem i myślę, że większość z nas zrozumiała to również w tym samym momencie, że właśnie teraz największe marzenie Rinpocze zostało spełnione. Wszyscy czuliśmy jego obecność, tak bardzo, że ceremonia inicjacji w pewnym momencie przekształciła się w pożegnalną ceremonię Lobpyna Tseczu. Wiele osób miało łzy w oczach, a podczas oficjalnych przemówień i Lama Ole i Szamarpa i butański minister mówili przede wszystkim o Nim.

Stupa została otwarta w sposób typowo zachodni: rozciągniętą wstęgę przecięli nożyczkami najważniejsi goście: Lama Ole, Szamar Rinpocze, bhutański minister i burmistrz miasta Benalmadena. Wszyscy, którzy chcieli, mogli wreszcie wejść do środka (wcześniej nie było to możliwe) i przez kolejne trzy dni dookoła stupy stała nieprzerwanie długa kolejka. Wiele osób po raz pierwszy w życiu miało okazję zobaczyć rytualne tańce tybetańskie, które rozpoczęły się zaraz po ceremonii inicjacji. Mnisi – nasi koloniści, w ciągu godziny zmienili się w wirujące szkielety. Pozostała część kolonii przygrywała im na trąbkach i bębenkach. Rupieć, Parys i ja otrzymaliśmy parę darmowych lekcji tańca w piwnicach stupy. I być może, gdyby nie brak rekwizytów, moglibyśmy zatańczyć dla Was w Kucharach. Tymczasem po drugiej stronie ulicy trwał kurs buddyjski – prawie dwa tysiące osób miało okazję wysłuchać wykładów Lamy Ole i wziąć udział w inicjacjach udzielanych przez Szamara. Z powodu nawału obowiązków – tylko Wojtek i my mieliśmy klucze do stupy – pojawialiśmy się w dużym namiocie akcydentalnie. Dlatego o samym kursie nie potrafię Wam zbyt wiele napisać. Ci którzy byli – widzieli i słyszeli.

Ostatnia historia. Ceremonie związane z inauguracją stupy trwały dwa dni. Następnego dnia po „oficjalnej” inauguracji odbyła się jeszcze pudża ognia, a my znowu wdrapaliśmy się na sam czubek stupy, tym razem po to by zrzucić z niego sznurki, które jak zawsze każdy mógł trzymać wysyłając dobre życzenia. Wszyscy wypatrywali orłów. Niespodziewanie na niebie zamiast nich pojawił się paralotniarz, okrążył kilka razy stupę i zniknął. Szamar Rinpocze skwitował to tak: „Ze wszystkich latających stworzeń najcenniejszy jest człowiek.” Na sam koniec Wojtek i Maggy przygotowali nam niespodziankę: dwudziestu hiszpańskich robotników budowlanych, dwudziestu tybetańskich mnichów i trzydziestu buddystów, zaangażowanych przy organizacji kursu, spotkało się razem w wynajętym lokalu na wspólnej kolacji. Kto nigdy nie widział jak hiszpański murarz uczy tańczyć flamenko buddyjskiego mnicha, ten nie wie czym jest wspólna praca dla Darmy.

PS. 1. Nic by się nie wydarzyło gdyby nie Parys i Rupieć. Dzieki chlopaki!

PS. 2. Pewnego dnia stojąc na schodach stupy zobaczyłem w oddali brzegi Afryki. Wzruszony zadzwoniłem do mamy, żeby jej powiedzieć, co widzę. Zapytała się tylko, co piłem...

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Budda w Silicon Valley - Lama Ole Nydahl | O medytacji - Lama Ole Nydahl | Guru joga - Dilgo Czientse Rinpocze | Pieśń oddania - Dziamgon Kongtrul Lodro Thaje | Bohater Marpa - Wywiad z Lamą Ole Nydahlem | Mar­pa | Siedem Rozkoszy - Gotzangpa | Sześć wyzwalających działań - Lama Ole Nydahl | Współczujące działanie - 16 Karmapa | Nie ma prywatnych stanów umysłu - Karol Ślęczek | Praca z emocjami - Gerd Boll | O Wojtku co tak pięknie pudże śpiewał co tak pieknie pudże spiewal - Z Wojtkiem Tracewskim rozmawia Rafał Żwirek | Benalmadena Story - impresje budowlańca, podróżnika - Żwirek - Rafael Horhe Mendoz | Gdańsk - Adam Jankiewicz | Ziemia w Malborku - Ka­sia Do­ma­lew­ska, Ja­rek Fal­kow­ski | W grodzie Kraka i Karola - Krakowska Sanga | Dharma w Beskidach - Wiadomości z dziedziny nieruchomości | The Stupa House Courier - Jaś Wój­cik | Cytat - Dziamgon Kongtrul Lodro Taje | Szine - Hannah Nydahl |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: