DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 33 -> Przestrzeń na inteligencję mądrość kokieterię zalotność inteligencję

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Przestrzeń na inteligencję mądrość kokieterię zalotność inteligencję

Wywiad z Mirą przeprowadzony przez Żwirka


Żwirek: Pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z Ole?

Mira: Oczywiście! To był 8 sierpnia 1984 roku, w Domu Kultury w Rembertowie pod Warszawą. Pamiętam dobrze, bo przyjęłam wtedy schronienie. Ole się spóźnił kilka godzin... Był to wtedy pewien rytuał - Ole się spóźniał, a myśmy czekali. Wszyscy mieliśmy wtedy dużo czasu i raczej nigdzie się nie spieszyliśmy. Podczas tego czekania zawiązywały się przyjaźnie, nowe znajomości. Ja na przykład dowiedziałam się, co to jest mala i do czego służy oraz dlaczego nie zabija się komarów. Pojawił się Ole, rozpoczął się wykład. W pewnym momencie wszedł San-soe-nim, mistrz zen w tradycji koreańskiej.
To trwało może kilka minut, wymienili uściski, jakieś słowa... Ten obraz bardzo utkwił mi w pamięci - oto jeden mistrz buddyjski przyszedł na wykład drugiego mistrza, by mu się pokłonić i oddać szacunek. No a później wiadomo - przyszła kolej na schronienie i blessingi. Dostałam karteczkę z wykaligrafowanym na złoto imieniem, sznureczek z węzełkiem - niewiele z tego rozumiałam, ale byłam bardzo szczęśliwa.

Żwirek: Miro, kiedyś powiedziałaś, że bardzo dużo czasu zajęło ci przekonanie się do Olego?

Mira: No wiesz, ludzie mają różne charaktery, wiadomo. Jedni są pełni oddania i otwarcia, błyskawicznie nabierają zaufania do lamów, do rinpocze. Są też tacy, którzy nie kupują wszystkiego od razu, muszą nauczyciela sprawdzić wiele razy, żeby zrozumieć, że to, co mówi i robi ma naprawdę głęboki sens. To, co Ole mówił, jak się zachowywał, było dla mnie czymś zupełnie nowym. Oczywiście, to wszystko było strasznie fascynujące i pociągające, ale zajęłam bardziej wyczekującą pozycję. Ole sam powiedział kiedyś o tym w Kucharach, latem 1994 roku, że ponieważ przyglądałam mu się tak długo i uważnie sprawdzałam go w tylu różnych sytuacjach, na pewno dobrze go poznałam... W następnym zdaniu zaproponował, bym została wiceprzewodniczącą związku. Tak to wyglądało. Może warto jeszcze dodać, że przez te dziewiętnaście lat nigdy się na Ole nie zawiodłam.

Żwirek: W pewnym sensie stałaś się osobą publiczną. Jaki był charakter twojej pracy?

Mira: Żwirek, chciałabym uniknąć tych oficjalnych tytułów... Przede wszystkim uważam się za uczennicę Olego, za jeden z filarów jego pracy w Polsce. Wiadomo, że kiedy Ole powie: „Słuchajcie, jest tak i tak, więc musimy zrobić to i to”, to wszystko się robi, żeby było tak, jak lama chce, bo lama zna się na rzeczy i chce dla nas dobrze. Wiadomo. Ole dostrzegł mnie dość wcześnie. Kiedyś w drodze powrotnej z Petersbuga, zatrzymał się w Warszawie. Zobaczył mnie i powiedział, że byłoby świetnie, gdybym z nim podróżowała. A ja, znając ówczesny styl podróżowania Olego, powiedziałam sobie, że nie mam zamiaru być kolejną kochanką lamy. Zamiast pomyśleć, że może Olemu zależy w jakiś sposób na tym, żebym coś więcej robiła, wolałam schować się w swoich różnych kobiecych lękach, niedowierzaniach i wątpliwościach. Zabawne, że mogłam tak myśleć! Później jeszcze trochę czasu upłynęło. Przyszedł okres mniejszego zaangażowania, dzieci mnie absorbowały, moje kolejne małżeństwo zmierzało do finału, to oddawałam się z zapałem astrologii, a to innym ścieżkom pseudo-duchowym. W końcu zaczęłam coraz częściej jeździć do Kuchar, coraz częściej włączałam się w aktywność warszawskiej sangi, w starym zarządzie pełniłam jakąś funkcję... Wreszcie po kilku latach przekonałam się do końca, że tu jest moje miejsce.
Co do osoby publicznej... Pewnym odkryciem było dla mnie to, że czasami dla niektórych osób to, co mówię, jest istotne i ważne, i że nie zawsze powinnam mówić, to co mi ślina na język przyniesie. Nie mogę też udawać rozlazłego anioła, bo nim nie jestem i pewnie nie będę, ale staram się przywiązywać większą uwagę do bardziej świadomego komunikowania się z ludźmi.

Żwirek: A kiedy poznałaś Wojtka?

Mira: Wojtka poznałam podczas pierwszego kursu poła w Kucharach, podobnie jak Karola, Miśka i Tadeusza. Wtedy po raz pierwszy przyjechali też do Kuchar westmeni. Było zimno, bez przerwy padało, grzęźliśmy w błocie. Polowa kuchnia serwowała rozrzedzony kapuśniak, a my mieliśmy do dyspozycji dwie wiekowe sławojki w parku... Ale poza tym - czysta kraina! Tak naprawę z Wojtkiem zaprzyjaźniliśmy się w Norwegii.

Żwirek: No właśnie, zauważyłem, że Norwegia odegrała jakąś szczególną rolę w życiu wielu polskich buddystów...

Mira: Norwegia - ziemia obiecana przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych polskich buddystów. Można było pracować przez dwa, trzy miesiące wakacji, przez następne kilka miesięcy konsumować zarobione pieniądze i znów wyjeżdżać. Tak, Norwegia była szczególnym okresem w historii polskiej sangi. Mieszkaliśmy wszyscy razem w starym magazynie, ponad dwadzieścia osób z całej Polski, sami buddyści. Pracowaliśmy w podgrupach, chłopcy na budowach, dziewczyny sprzątając domy i mieszkania. Spotykaliśmy się po arbeicie i zaczynało się drugie życie! Wspólne zakupy, gotowanie, plaża do nocy, imprezy, medytacje. W sobotę obowiązkowo „lopety”, czyli pchle targi, wycieczki pod Oslo, najazd na spokojny, lokalny ośrodek i znów imprezy do poniedziałkowego rana. To było wyczerpujące... Pamiętam, że Wojtek na przykład, kierując samochodem, zasypiał na czerwonym świetle, musiałam go budzić, kiedy zmieniało się na zielone i tak znów do następnego skrzyżowania.

Żwirek: To prawda, że mieliście aparaturę do robienia bimbru?

Mira: Alkohol jest towarem luksusowym w Skandynawii, a poza tym można go kupić tylko w określonych godzinach, chyba do 16... Trzeba było coś z tym zrobić... Prawdą jest również, że pędziliśmy go w domku jednego z zaprzyjaźnionych Norwegów i że ta aparatura pewnego dnia po prostu wybuchła! Było naprawdę miło! Robiliśmy jeszcze wiele, wiele beztroskich i tak zwanych lekkomyślnych rzeczy. Spędzaliśmy z tą samą załogą trzy miesiące rok po roku, w bardzo różnych sytuacjach, dzień w dzień (no i noc w noc) i było naprawdę wspaniale, chociaż nasza przyjaźń już niedługo miała być wystawiona na wielką próbę.

Żwirek: OK, wróćmy do Warszawy. Jak to się stało, że sanga nagle się rozpadła?

Mira: Cała ta historia zaczęła się od konfliktu między dzierżawcami linii, dotyczącego poszukiwań, odnalezienia i uznania inkarnacji Karmapy. Było lato 1992 roku, Situ Rinpocze ogłosił, że posiada list XVI Karmapy, przepowiadający jego odrodzenie. Ole był wtedy w Rosji. Prosił nas - tych, którzy nie podróżowali z nim, tylko zostali w Polsce - byśmy napisali listy do ambasad i przedstawicieli władz w Indiach, domagając się potwierdzenia autentyczności listu. Claude Diolosa, wówczas jeszcze bliski uczeń Olego i autorytet medycyny chińskiej, prowadził w Kucharach kurs i właśnie wtedy wszystko się zaczęło. Część z nas chciała się podpisać pod listami, część oponowała, chcąc pozostać przy własnym zdaniu i lamach. Lamowie całej linii bynajmniej nie byli jednomyślni w sprawie reinkarnacji - rozpoczęła się totalna wojna. Doszła jeszcze walka o Rumtek, składanie oświadczeń, konflikty w Karmapa Charitable Trust, odwołane wizyty, Urgyen Trinlej został intronizowany w Tsurpu, wydarzenie goniło wydarzenie. To wszystko miało oczywiście wpływ na nas, w Polsce - zaczynało dochodzić między nami do coraz większych sporów i konfliktów. Ktoś zamieścił w Diamentówce zdjęcie Urgyen Trinleja jako XVII Karmapy, pewna grupa rozesłała po ośrodkach wyjątkowo ohydny paszkwil na temat Lamy Ole, inna chciała usunąć Olego z zarządu związku - nasze drogi musiały się rozejść. My, czyli sanga „a” zostaliśmy przy Olem, a oni czyli sanga „b”, jak o nich mówiliśmy, zostali przy Situ Rinpocze i Tendze Rinpocze. Z kilkudziesięciu osób warszawskiej sangi zostało nas z Olem około pięciu. Pamiętam, że kiedyś Situpa przyjechał do Warszawy. Ole prosił, żebyśmy przywitali go akcją protestacyjno-informującą, z transparentami w stylu „witamy chińskiego szpiega”, ulotkami itp. Spotkanie miało się odbyć na SGGW, a tym, którzy przychodzili na wykład, mieliśmy wręczać ulotki informujące, kim jest Situ Rinpocze, jak wygląda historia z Karmapą i chińskim poparciem dla niego. Centrum dowodzenia, tzn Wojtek i ja, rozlokowało się w pobliskiej księgarni. No, oczywiście po jakimś czasię organizatorzy wykładu zorientowali się, co się dzieje, i z hukiem nas z niego wyrzucili. Toczyła się też wielka batalia o Kuchary... Ktoś tam chciał podziału Kuchar, zwrotu poniesionych kosztów za domki odosobnieniowe, zwrotu pieniędzy, które kiedyś podarował na Kuchary, pamiętam te spotkania i wyliczenia, ile się komu należy... Jak w małżeństwie, które się rozwodzi. To wszystko nie było łatwe, poza tym ciągnęło się prawie półtora roku. Przyjaźniliśmy się kilka lat, razem medytowaliśmy, przyjmowaliśmy te same inicjacje i wypiliśmy razem morze alkoholu. Nawet my z Wojtkiem mieliśmy parę gwałtownych rozmów na ten temat, w czasie których nieraz wypominał mi mój nieustępliwy, serbski charakter. Ja tylko uważałam, że nie ma najmniejszego powodu, aby coś dzielić lub coś komuś oddawać, dlatego że temu komuś coś przestało się podobać.
W całym tym konflikcie między nami tak naprawdę chodziło wtedy o różnicę pomiędzy stylem, który prezentował Ole i stylem pewnych rinpocze, o opowiedzenie się za określoną tradycją: monastyczną albo świecką. Zrozumienie „tybetańskiej“ strony konfliktu przyszło dopiero później.

Żwirek: W pewnym momencie warszawski ośrodek przeniósł się do twojego domu...

Mira: Wędrowaliśmy z ośrodkiem po całej Warszawie od mieszkania do mieszkania - nie mieliśmy stałego miejsca do medytacji. Pomyślałam wtedy, że fajnie byłoby, gdyby medytacje odbywały się u mnie. I dzisiaj kiedy patrzę na swój mały pokój, przez który przewinęło się tak wielu ludzi, gdzie gościł Tseczu Rinpocze, wielokrotnie nocował Ole i liczne tabuny buddystów, zastanawiam się, jak to w ogóle było możliwe.

Żwirek: W jaki sposób ludzie trafiali do ciebie do domu? Skąd się dowiadywali?

Mira: Nie mam pojęcia. Niedawno przyszła do nas dziewczyna - Agnieszka. Podeszła do mnie w Stupa House i powiedziała: „Słuchaj, pamiętam, jak przyszłam do ciebie pierwszy raz. Pamiętam nawet jak byłaś ubrana”.

Żwirek: Szybko zrobiło się za ciasno?

Mira: Rzeczywiście zaczynało się robić o wiele za ciasno. W czasie inicjacji Kalaczakry w 1993 roku, niespodziewanie podszedł do mnie Rafał Olech i powiedział: „Słuchaj, właśnie przeprowadziłem się do Warszawy, mam z bratem dom, mógłbym swoją część odstąpić na medytacje”. Pomyślałam, że to niemożliwe, przecież widzieliśmy już tyle różnych miejsc i nic z tego nie wyszło. Pojechaliśmy jednak do Rafała - okazało się, że miejsce jest super, w stanie surowym, nie było nawet jeszcze podłogi. Ktoś zaproponował, żebyśmy najpierw wykończyli „nasze” piętro, ale ja pomyślałam - nie, wprowadzamy się natychmiast. I tak, na tej betonowej wylewce rozłożyliśmy folie i kartony, na nich poduszki do medytacji i zaczęliśmy. Drewnianą podłogę zrobiliśmy dużo później, deski były tak długie, że wciągaliśmy je przez okno na pierwszym piętrze. Miejsce magiczne - Zielona...
I znów zaczęło przychodzić coraz więcej osób - przyjaciele przyjaciół... I znów zrobiło się za ciasno.

Żwirek: Co było dla ciebie największym sukcesem, jeśli chodzi o pracę dla dharmy?

Mira: Stupa House - miłość od pierwszego wejrzenia. Znalazł to miejsce Rosica. Ole śmieje się zawsze, kiedy mówię, że Stupa House zmieniła moje życie. Do chwili znalezienia Stupa House, wszystko w moim życiu było ciągłym poszukiwaniem. Trochę po omacku, trochę świadomie, jeszcze bardziej świadomie... Ciągle miałam wrażenie niespełnienia, poczucie, że nadal jest coś, co trzeba zrobić, odkryć. Kiedy znaleźliśmy Stupa House, nagle wszystko nabrało innego wymiaru. Pamiętam, że tak bardzo chciałam, żeby udało nam się kupić to miejsce, że podczas negocjacji zgadzałam się na każde postawione warunki. Aż dostałam ochrzan od naszych prawników, że im psuję robotę - obiecałam się nie odzywać i nie robić beznadziejnych min. Kiedy podpisywaliśmy wstępne uzgodnienia, ręce mi się trzęsły - przez kolejny miesiąc, ktory dzielił nas do podpisania aktu notarialnego, nie mogłam w ogóle spać. Nie widziałam obdrapanych ścian, nie myślałam nawet jak to wyremontujemy, skąd weźmiemy pieniądze i ile to może kosztować - piwnica urzekła mnie najbardziej i straciłam zmysł praktyczny. Chciałam tylko, żebyśmy to mieli. Skończyło się przedzieranie przez nieznane i tak wiele stało się możliwe.

Żwirek: Jak się zmienili ludzie przez ten czas?

Mira: Nastąpił wyraźny skok jakościowy. Ludzie przychodzą do nas teraz w bardzo konkretnym celu, mają bardzo sprecyzowane poglądy i wiedzą, czego chcą, są bardziej świadomi. Chcą medytować, chcą poznawać dharmę, pracować z umysłem. Dawniej było trochę inaczej - też medytowaliśmy, ale wszystko było może bardziej hipisowskie, luzackie, a o nasz image i o to, jak jesteśmy postrzegani, w ogóle się nie troszczyliśmy...

Żwirek: Przez jakiś czas redagowałaś Diamentówkę z chłopakami...

Mira: Tak, głównie z Rafałem, kiedy Wojtek był w trasie. Zaczynaliśmy po południu, kończyliśmy nad ranem, i od nowa, spędzaliśmy wiele nocy pracując razem... Bardzo lubiłam ten rodzaj aktywności.

Żwirek: Miro, co Ole zmienił w tobie samej?

Mira: Ole zmusił mnie do zweryfikowania niektórych moich poglądów, w rodzaju „miłość, wierność oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci“. To mnie chyba kosztowało najwięcej. Musiałam się też mocno nagimnastykować, aby zrozumieć, czym jest partnerstwo i jak się ma do naszego osobistego rozwoju. Zrozumiałam, że dobre wrażenia są buddyście niezbędne jak powietrze i nie zawsze się biorą ze znoju ciężkiej pracy, ale również z miłych sytuacji i prostych przyjemności. Musiałam w końcu sprawdzić na własnej skórze, o co chodzi w skakaniu ze spadochronem, więc znów trzeba było wyjść poza własne „coś tam”... Pamiętam taką scenę, jak Ole tuż przed wyskoczeniem z samolotu, na wysokości 3500 metrów, krzyknął do nas, kilkorga szczęściarzy: „Dobrej zabawy, do zobaczenia na ziemi!” i zniknął jako pierwszy w przestrzeni. Czy ktoś może mieć lepszego nauczyciela, niż my? Pokazał mi, że są rzeczy, o które trzeba i warto walczyć... I wiele, wiele innych. Jest dla mnie przykładem tego wszystkiego, co warto robić, więc siłą rzeczy zaczełąm i ja dokonywać wyborów - co jest ważne i czym należy się zajmować, a co nie ma znaczenia.

Żwirek: Rola kobiety w buddyzmie?

Mira: Wspaniale jest być kobietą w Diamentowej Drodze.

Żwirek: Dlaczego?

Mira: Można się rozwijać i wykorzystywać swoje różne właściwości, z innymi i dla innych. Ci inni to często faceci, więc jest to podwójnie miłe... Na wszystko jest przestrzeń - na inteligencję i mądrość, na zalotność i kokieterię. Można być w zależności od sytuacji (i wypadku nas kobiet - od nastroju) na serio, ale też na totalnym wygłupie, można być kobietą, podlotkiem, wampem - wszystko to mieści się w diamentowej drodze i jest strasznie fajne. No i tak ładnie o nas mówicie - inspiracje, dakinie, duże niebieskie oczy...

Żwirek: Ostatnie pytanie: jak to się dzieje, że wciąż jesteś taka piękna?

Mira: Hm, co mogę powiedzieć... Może Ty mnie tak postrzegasz?

Żwirek: Lubię Cię tak postrzegać, dziękuję bardzo.

Wywiad odbył się w historycznym mieszkaniu Miry. Jedliśmy parówki i piliśmy brandy.

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Cytat - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Odejście Tseczu Rinpocze - Lama Ole Nydahl | Cztery podstawowe prawdy - Lobpyn Tseczu Rinpocze | Lobpyn Tseczu Rinpocze | Jeżeli jestem potrzebny | Wypowiedź XVII Gjalwa Karmapy Taje Dordże | Buddyzm przyszłości - Lama Ole Nydahl | Pieśń poruszająca umysł - Randziung Dordże - III Karmapa (1284 - 1339) | Medytacja na współczucie - Szamar Rinpocze | Marpa, Część I | Religia a prawa człowieka | Przekaz tantr wraca do linii Kagyu | Nie ma prywatnych stanów umysłu Część I - Karol Ślęczek | Mózg źródłem świadomości? - Peter Malinowski | Doświadczenia medytacyjne - Manfred Seegers | Przestrzeń na inteligencję mądrość kokieterię zalotność inteligencję | Długa droga do Rumteku | Czy buddyści mogą wykraczać poza rezerwy mentalne? - Steve Connor | Triangle project - Mariusz Pręgowski | Stupa Oświecenia w Jutlandii - Yogi Walker alias Wojtek Choroszewski | Cud nad Odrą | The Stupa House Courier - Żwirek |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: