DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 23 -> Nagle w przypływie jogicznej radości po prostu wskoczył mi na plecy...

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Nagle w przypływie jogicznej radości po prostu wskoczył mi na plecy...

Lama Ole opowiada o XVI Karmapie


Zanim XVII Karmapa Taje Dordże, przybędzie z Indii do Europy, wszystkich nas zachwyci i udzieli przekazu Linii, ważne jest, byśmy przypomnieli sobie o wspaniałym XVI Karmapie - kim był, co robił i co potrafił. To pozwoli nam sobie wyobrazić, co jego jogiczny umysł chce dać światu w nowej inkarnacji. Razem z Hannah mieliśmy niezwykłe szczęście - byliśmy " synem i córką" XVI Karmapy. Przybyliśmy do niego w czasie, kiedy w jego otoczeniu nie było jeszcze nikogo z Zachodu. Pozwoliło nam to bezpośrednio zetknąć się z kulturą tybetańską. PóĄniej, kiedy nagle wokół Karmapy pojawiło się wielu ludzi, przestało to już być możliwe, ponieważ wszystko zostało wówczas dostosowane do "powszechnego użytku". Chciałbym podzielić się z wami tym, co wówczas przeżyliśmy - wszystkimi wspaniałymi i niezwykłymi doświadczeniami.
Po raz pierwszy usłyszeliśmy o Karmapie w 1967 roku, kiedy pojechaliśmy do Nepalu, by przywieĄć przyjaciołom trochę dobrych rzeczy do palenia - "ziół śmiechu", jak się je teraz nazywa. W Katmandu poszliśmy na Swajambu - wzgórze położone tuż pod miastem, nazywane przez okoliczną ludność "świątynią małp". Wybraliśmy się tam z pewnym świeżo upieczonym, młodym lamą o imieniu Puntsog. Zgodnie z dobrym zwyczajem, daliśmy mu trochę pieniędzy, żeby mógł dalej studiować, a on zabrał nas na samą górę, powtarzając po drodze przez cały czas: "Karmapa, Karmapa, Karmapa". Potem wyjął malę dla strażników, w której każdy ze stu ośmiu koralików jest inny i niewielką, okrągłą plakietkę z wyobrażeniem pana, który z pewnością miał nadwagę i trzymał nad głową koronę. Nasz przewodnik wręczył nam szybko oba te przedmioty, powtarzając nadal, bez przerwy imię Karmapy.
Pierwsze spotkanie z Karmapą było niezwykłe. Nie byliśmy na nie zupełnie przygotowani, nie mieliśmy pojęcia, że Karmapa w ogóle się pojawi. Przez całą drogę do Nepalu nie zdawaliśmy sobie sprawy, co czeka nas na miejscu. Mimo to, jadąc starym, rozpadającym się volkswagenem przez kraje Europy Wschodniej, państwa muzułmańskie, które wtedy nie były jeszcze tak szalone, i Indie, słyszałem dziwny głos gdzieś z tyłu głowy, a może w sercu. Było to głębokie, wewnętrzna odczucie - brzmiało jak: "Już przybywamy, już przybywamy, już przybywamy". Drażniło mnie to. Myślałem: "Kto przybywa, dokąd, zmieńcie płytę", głos jednak nie dał za wygraną i towarzyszył nam przez cały czas.
Kiedy wreszcie, pokonując cztery wzgórza, dojechaliśmy do Nurost w dolinie Katmandu - w latach sześćdziesiątych nie było tam jeszcze wszystkich tych hoteli - zobaczyliśmy nagle tłumy swoich przyjaciół. Ludzie, których tak długo nie widzieliśmy, z którymi podczas pierwszych wizyt w Nepalu przepaliliśmy razem tyle nocy, i doskonale się bawiliśmy, stali wszędzie dookoła, jednak nie po to, by nas przywitać. Oni również powtarzali: "Karmapa, Karmapa przyjechał". Pomyślałem wtedy, że dzieje się coś niezwykłego, że znaleĄliśmy się w jakimś szczególnym polu mocy. Karmapa przyjechał do Nurost dokładnie pięć minut przed nami - jego samochody były w lepszym stanie, niż nasze. Nagle, po raz pierwszy od trzynastu lat, można go było spotkać. Na ogół przebywał w tzw. "restricted areas", strefach do których indyjskie władze nie wpuszczały cudzoziemców. My sami jednak nie pojawiliśmy się w Katmandu po to, żeby go zobaczyć. Chcieliśmy spotkać się z naszym pierwszym lamą, Lobpynem Tseczu - wspaniałym nauczycielem, który podróżuje obecnie również po Zachodzie. To jego chcieliśmy zobaczyć, o nim myśleliśmy, jemu zawdzięczaliśmy uzdrowienia i ochronę i to on uratował życie naszym przyjaciołom w Kopenhadze. Kiedy jednak zapytaliśmy o niego, powiedziano nam: "Jest przy Karmapie".
Karmapa przebywał wtedy na górze, w pobliżu świątyni. Pojechaliśmy tam więc - wzdłuż całej drogi stały tłumy Tybetańczyków w najlepszych odświętnych ubraniach, we wszystkim, co udało się im uratować. Tłum kończył się przy trzech schodach prowadzących na szczyt wzgórza. Ludzie stali tam zupełnie nieprzytomni, wyglądali jak rażeni piorunem. Byliśmy od nich szybsi, więc minęliśmy ich i wspięliśmy się na schody. Kiedy dotarliśmy na górę, cały dziedziniec był wypełniony Tybetańczykami. Słońce świeciło nam w oczy, ale mimo to mogliśmy dostrzec, a może raczej poczuć, że w wielkich żelaznych wrotach obramowanych jedwabiem stoi człowiek, którego podobiznę mieliśmy ze sobą. Słychać było dĄwięki instrumentów towarzyszące inicjacji. W pewnej chwili Karmapa wziął na kolana wielkie pudło. Otworzył je, rozchylił cztery rogi starego jedwabiu i wyjął Czarną Koronę, która zawinięta była w jeszcze jeden kawałek materiału. Po chwili rozwinął również tę chustę, wziął Koronę do rąk i popatrzył w górę. Widać było, że musi ją w jakiś szczególny sposób założyć na głowę. Kiedy już to zrobił, przez pewien czas rzeczywiście przytrzymywał ją prawą ręką w specjalny, mistyczny sposób, którego używał już w średniowieczu - palce wskazujący i środkowy miał złożone razem, a kciuk opuszczony ku dołowi.
Korona jest naprawdę niezwykła. Ma złote chmury po bokach, bliżej środka dwa złote filary wysadzane klejnotami, skrzyżowane dordże w centrum, powyżej słońce i księżyc, a nad nimi klejnot, który symbolizuje czyste krainy lub najwyższą radość. Założywszy Koronę, Karmapa wszedł w stan medytacji -jednocześnie przesuwał w dłoni perły mali, powtarzając mantry. Oczy miał szeroko otwarte i całkowicie przejrzyste. Znajdował się w zupełnie niezwykłym stanie - nie było w nim nic ludzkiego, nic osobistego. Patrzyliśmy na niego i raz widzieliśmy go przed nami, a raz nie, czasem widzieliśmy Czarną Koronę, a czasem była zupełnie niewidoczna - wszystko to nieustannie się zmieniało. Karmapa powtórzył cały rytuał dwu - lub trzykrotnie, za każdym razem przesuwając koraliki mali i wypowiadając inwokację. Następnie schował Koronę, która natychmiast została zabrana i zamknięta w bezpiecznym miejscu. Wtedy Tybetańczycy ruszyli...Zupełnie się nie kontrolowali, chcieli tylko dostać się do Karmapy i otrzymać jego błogostawieństwo - wszyscy pchali się przez jedyne, wąskie, boczne drzwiczki. Zgromadziłem wtedy wiele zasługi - ponieważ jestem po europejsku dobrze zbudowany i byłem lepiej odżywiony, mogłem powstrzymać napór tłumu i przepuścić najpierw starszych i słabszych, dla których nikt nie miał najmniejszych względów. My z Hannah podeszliśmy prawie na końcu, po tym, jak przed Karmapą przewinęło się już około tysiąca ludzi i wszystko już się uspokoiło.
Wtedy przeżyliśmy coś niezwykłego. Długość pasażu, który trzeba było pokonać, by zbliżyć się do Karmapy, nie mogła wynosić więcej niż 3-4 metry, ja jednak pamiętam go tak, jakby miał 20 metrów - tych kilka kroków przypominało przedostawanie się przez śluzę. Było to coś niesamowitego. Podeszliśmy, nasze głowy się zetknęły, w tej samej chwili podnieśliśmy wzrok i zobaczyliśmy twarz, która była ogromna - tak wielka, jak całe pomieszczenie. Promieniowała jak tysiąc słońc. Zupełnie straciliśmy poczucie rzeczywistości, nie wiedzieliśmy co się z nami dzieje. Mnisi prowadzili nas to tu, to tam, zawiązali nam coś na szyjach, dostaliśmy jakieś rzeczy do jedzenia i picia. W końcu wyszliśmy na zewnątrz, na słońce...Długo nie mogliśmy dojść do siebie.
Wieczorem zaprosił nas do siebie pewien bhutański lekarz z otoczenia Karmapy. Poznaliśmy go już wcześniej - zawsze pluł betelem na wszystkie strony. Przekazał nam małe zawiniątko, zawierające - jak się okazało - włosy Karmapy, związane w azjatycki sposób. Włożyłem je beztrosko do górnej kieszeni swej wojskowej koszuli, lecz po pewnym czasie zacząłem czuć, że coś mnie piecze. Pomyślałem, że to przecież niemożliwe, że to tylko włosy. Jednak ciągle miałem wrażenie, iż są ciepłe. Przełożyłem je więc do drugiej kieszeni, wówczas jednak zaczęły mnie palić jeszcze bardziej. I tak przekładałem je z kieszeni do kieszeni, nie mając pojęcia, co o tym myśleć i co z nimi zrobić. Dopiero wieczorem, w małym domku zaprzyjaĄnionych Nepalczyków zbudowanym dla ludzi o wzroście 150 centymetrów, gdzie nie ma miejsca, aby się wyprostować, ściągnąłem koszulę. Poczułem się tak, jakby ktoś wsadził mi nóż w brzuch - aż krzyknąłem, ból był bardzo wyraĄny. Cała ta historia dała nam do myślenia. Przez całą noc mieliśmy bardzo silne sny, a nazajutrz szybko wybraliśmy się na górę, do Karmapy. Kiedy weszliśmy do jego pokoju, wszystko naprawdę się zaczęło... Kazał nam powtarzać nazwy różnych kolorów po tybetańsku. Swój związek z nami budował na wielu poziomach równocześnie i na tak szerokiej podstawie, jak to tylko było możliwe, przede wszystkim dbając o to, aby był on jak najbogatszy. Daliśmy mu w prezencie bardzo mocne magnesy w kształcie podkowy - miał z nimi masę zabawy. Ofiarowaliśmy mu też 100 miligramów LSD najwyższej jakości i powiedzieliśmy, że koniecznie musi je połknąć, że to jest nasze święte lekarstwo. Podziękował i włożył narkotyk do kieszeni - póĄniej powiedział nam, że go nie spróbował, ponieważ jest odpowiedzialny za wielu ludzi; wziął LSD, abyśmy my go nie wzięli.

Z Karmapą w Azji

Pierwsze spotkanie z Karmapą było fascynujące. Oczywiście chcieliśmy przede wszystkim ponownie zobaczyć Lobpyna Tseczu. Myśleliśmy w dosyć staroświecki sposób - skoro oddaliśmy mu nasze serca, nie mogliśmy ich ofiarować nikomu innemu. To on był nadal naszym "numerem jeden", to z nim chcieliśmy się spotkać. Karmapa był czymś wielkim, abstrakcyjnym. Lecz kiedy tylko Lobpyn Tseczu nas zobaczył, powiedział: "Idziecie ze mną do Karmapy. Natychmiast". W chwilę póĄniej zabrał nas ze sobą.
Karmapa położył nam ręce na głowach i udzielił nam błogosławieństwa. Zostaliśmy u niego. Chociaż ciągle przychodzili nowi ludzie, Karmapa nie chciał, żebyśmy opuścili pokój. Wskazał nam kąt, w którym mogliśmy usiąść i medytować w jego pobliżu, podczas kiedy Nepalczycy wchodzili i wychodzili. W ten sposób przyjął nas i uznał już na samym początku. Nie wiedzieliśmy wtedy, że przeprowadził wówczas z Lobpynem Tseczu pewną małą "transakcję" - Rinpocze opowiedział mi o niej w czasie poświęcenia stupy w Karma Guen w Maladze. Karmapa zapytał go, kim jesteśmy. Lobpyn Tseczu odparł, że jesteśmy jego uczniami, czego zazwyczaj nigdy nie mówi. Wtedy Karmapa powiedział: "Oddaj mi ich. W przyszłości będą mi bardzo pomocni".
Przy zejściu ze wzgórza stała wyrzeĄbiona głowa lwa. Nie ma on jednak nic wspólnego z rzymskimi lwami. Mówi się, że jeżeli uczciwy człowiek włoży rękę do jego paszczy, zachowa wszystkie pięć palców, natomiast nieuczciwy - nie. Kiedy przechodziliśmy obok, Karmapa w jednej chwili chwycił moją rękę i wetknął lwu do paszczy, uważnie obserwując, jak zareaguję. Ja jednak nic nie dałem po sobie poznać i Karmapa był zadowolony - zdałem. Następnie udaliśmy się do Bodnath - innej olbrzymiej stupy stojącej po drugiej stronie miasta. To było niesamowite. Również tam czekał już na niego tłum ludzi - wszyscy kłębili się i przepychali. Widząc zachowujących się tak Tybetańczyków, trzeba mieć dla nich trochę zrozumienia. W Tybecie często wielki lama udzieliwszy inicjacji tłumowi ludzi błogosławił sto, czy dwieście osób, po czym...wyjeżdżał. Dopiero kiedy najwyżsi rinpocze opuścili kraj jako uchodĄcy, zaczęli zostawać tak długo, dopóki nie udzielili błogosławieństwa wszystkim. Tybetańczycy zebrani przy stupie Bodnath nie byli jeszcze do tego przyzwyczajeni, wszyscy pchali się więc jak szaleni do przodu. Znalazłem więc szybko długi kij bambusowy, zaparłem się o ścianę i moimi wówczas siedemdziesięcioma pięcioma kilogramami dobrze wytrenowanego ciała powstrzymałem ludzi. Nie wiem, skąd wziąłem siłę, nie można było tego wyjaśnić za pomocą praw fizyki. Na drugi dzień moje mocne sandały były dwa razy większe, a stopy miałem solidnie nadwyrężone przez gwoĄdzie sterczące z butów Tybetańczyków - nie wiem, ile setek takich butów nadepnęło mi wtedy na nogi. Czułem się tak, jakby przez całą noc jeĄdził po mnie pociąg towarowy. Jednocześnie wszystko to było bardzo ciekawe.
Już w czasie jednego z pierwszych spotkań Karmapa przyjrzał mi się i powiedział: "Khampa". Dodał też: "Jesteś jednym z moich wojowników, jednym z moich strażników". Wkrótce potem zaczął nazywać mnie Mahakalą. Mahakala jest głównym strażnikiem naszej linii, dlatego Karmapa prowadził mnie tam, gdzie trzeba było zatrzymywać ludzi, pokazywał mi, w jaki sposób mogę go chronić - oczekiwał ode mnie tej aktywności.
Być może najbardziej niezwykłe - tak niezwykłe, że aż do niedawna w ogóle o tej historii nie pamiętałem i dopiero ostatnio przypomniało mi ją kilku przyjaciół, którzy do tej pory żyją w Tybecie jako biali jogini - było jeszcze inne doświadczenie: na szczyt Swajambu prowadzą trzy drogi - jedna szeroka, z poręczami i dwie bez. Karmapa nie chciał, by po drodze na dół zatrzymywał go tysiąc osób i pragnął możliwie szybko znaleĄć się w swoim jeepie, schodziliśmy więc bardzo stromymi, kamiennymi schodami. Karmapa szedł za mną i nagle, w przypływie jogicznej radości, po prostu wskoczył mi na plecy! Ważył wtedy z pewnością ponad sto kilogramów, a ja byłem całkowicie nieprzygotowany. Nogi ugięły się pode mną - gdybym nie utrzymał się na nich, poturlalibyśmy się co najmniej sto metrów w dół, chyba że on by pofrunął... Mogło się to skończyć naprawdę nieprzyjemnie. Udało mi się jednak utrzymać równowagę i zniosłem Karmapę aż na sam dół, bez żadnego zabezpieczenia, bez żadnej poręczy. Jak wpadł na ten pomysł, nie wiem. Potem udaliśmy się z nim do Nage Gompa - jednego z klasztorów położonych w dolinie Katmandu. Żeby dotrzeć do celu, trzeba było przemielić tony sypkiego piasku, osypującego się spod nóg. W pewnej chwili zobaczyliśmy, że na szczyt wspina się mozolnie kilka młodych kobiet, aby - jak myśleliśmy - dostać błogosławieństwo. Na samej górze siedział Karmapa. Przekonani, że nadarza się świetna okazja, by również je otrzymać, dołączyliśmy do nich. Kiedy Karmapa nas zobaczył, od razu wybuchnął głośnym śmiechem - po prostu pękał ze śmiechu. Okazało się, że dziewczęta zamierzały właśnie przyjąć mnisie ślubowania. Kiedy już odeszły, po tym jak obciął im włosy, powiedział, byśmy usiedli koło niego i zapytał: "Skąd jesteście"? Kiedy opowiedziałem mu trochę o wikingach, klepnął mnie w ramię i oświadczył: "Ja też jestem twardy. Jestem Khampą". Wówczas, nie zastanawiając się, co robię, klepnąłem go także. Aż zgiął się wpół ze śmiechu. To jeszcze mu się w życiu nie zdarzyło! Pomyślałem: "Co teraz będzie", on śmiał się jednak tylko dalej - wykraczało to poza jakiekolwiek powszechnie przyjęte schematy.
Zostaliśmy wtedy w Katmandu przez sześć tygodni, po czym Karmapa wezwał nas i powiedział, żebyśmy pojechali z nim przez Delhi do Sikkimu. Wtedy znów - mając tak staromodne serca i europejskie poczucie sprawiedliwości -pomyśleliśmy sobie, że Karmapa ma wielu uczniów, a Lobpyn Tseczu tylko nas. Odpowiedzieliśmy więc: "Dziękujemy ci, ale zostaniemy przy Rinpocze, ponieważ on ma tak niewielu uczniów, a ty masz ich pod dostatkiem". Wydawało nam się, że jesteśmy wielką nagrodą, podczas kiedy w rzeczywistości byliśmy wówczas raczej wielkim problemem. Karmapa odparł: "Dobrze, zostańcie więc teraz przy nim, a do mnie przyjedziecie póĄniej, jeśli zechcecie". Dodał również: "Powinniście także wiedzieć, jak ważny jest Lobpyn Tseczu - jeżeli ja jestem Buddą, on jest Anandą, moim ukochanym uczniem".
Po tym, jak Karmapa odleciał do Delhi, przez wiele miesięcy czuliśmy się i zachowywaliśmy jak kurczaki bez głowy. Lobpyn Tseczu wyjeżdżał często do Bhutanu, a my mieliśmy niezbyt dobrych tłumaczy. Wprawdzie dostałem posadę nauczyciela w szkole przy amerykańskiej ambasadzie w Katmandu i zarabiałem wystarczająco dużo, by wystarczyło nam na haszysz i zabawy z przyjaciółmi, ale mimo wszystko nie byliśmy zadowoleni. Karmapa zapadł nam w serce i choć tak łatwo pozwoliliśmy mu odejść, luka, która powstała po jego osobie, stawała się coraz większa. Byliśmy rzeczywiście w rozterce. Z jednej strony zamiast o wędrówkach i innych przyjemnościach, myśleliśmy coraz więcej o Karmapie - po prostu nie mogliśmy go zapomnieć - z drugiej zaś pojawiły się zwyczajne, praktyczne trudności. W dziale wizowym doszedł do władzy pewien Hindus, którym dawniej pomiatali tam Nepalczycy. Ponieważ kiedyś, gdy Ąle się zachowywał, ściągnąłem go szybko i niezbyt ostrożnie z krzesła, teraz nie był do nas zbyt przyjaĄnie nastawiony i nie chciał przedłużyć ważności naszych dokumentów. Wszystko jakby się sprzysięgło, byśmy jak najprędzej wyjechali do Sikkimu. Wreszcie wyruszyliśmy. Paliliśmy wtedy jeszcze tyle, że rano nie pamiętaliśmy, czy poprzedniego wieczoru niebo było na górze, a ziemia na dole, czy też wszystko wyglądało odwrotnie. Pociągami i autobusami przedzieraliśmy się na wschód, aż w końcu dojechaliśmy do tego małego państewka, położonego między Nepalem i Bhutanem. Otrzymaliśmy nawet wizy, co w owym czasie było bardzo trudne. Na miejscu czekało na nas oczyszczenie - nigdy przedtem tak nie padało. Było to tuż przed pełnią we wrześniu 1970 roku - lało bez opamiętania, wszystko było rozmyte. Postanowiliśmy przebyć dystans jedenastu kilometrów, dzielących nas od Rumteku, na piechotę. Mimo że kawałek udało nam się podjechać, do siedziby Karmapy dotarliśmy dopiero w środku nocy. Chcieliśmy się natychmiast z nim zobaczyć, ale mnisi nie dopuścili nas do niego - powiedzieli nam, że już śpi. Kiedy weszliśmy do jego pokoju następnego dnia rano, mieliśmy takie samo uczucie, jak wtedy, kiedy widzieliśmy go po raz pierwszy - spojrzał w naszą stronę ponad głowami wszystkich obecnych już ludzi, zauważył nas i wezwał do siebie - kontakt powstał natychmiast. Następnie udzielił nam błogosławieństwa i zapytał o kilka zwyczajnych rzeczy - gdzie mieszkamy itd. Wtedy powiedziałem: "Proszę, daj nam wszystko, co możesz. Chcemy pracować dla ciebie, rozprzestrzeniać twoją aktywność". Karmapa odparł: "Dobrze, ale jutro musicie przyjąć coś, co się nazywa genien". Owe "genien" to różne przyrzeczenia - że nie będzie się zabijać, kraść, krzywdzić innych seksualnie, ogłupiać się przy pomocy różnych środków chemicznych itd. Następnego dnia, w pełnię księżyca, przyjęliśmy wszystkie te zobowiązania. W Sikkimie udało nam się zostać jeszcze sześć tygodni, ale nasza obecność rozzłościła w końcu Hindusów i zapragnęli się nas pozbyć. Karmapa robił, co mógł, ale na pewne rzeczy nie miał wpływu, a może myślał również, że potrzebujemy oczyszczenia? W końcu wyjechaliśmy. Po drodze ukryliśmy się jednak przy szosie, aby razem z nim pojechać do Bhutanu. Czekaliśmy długo, ale ponieważ z powodu deszczu osunął się w przepaść cały odcinek szosy, kolumna samochodów pojechała inną trasą i do Bhutanu musieliśmy dostać się sami.
W Bhutanie Karmapa nie wezwał nas do siebie - najwyraĄniej uważał, że wystarczy już euforii i rzeczywiście przyszła pora na oczyszczenie.
Po wyjeĄdzie z Bhutanu mogliśmy zatrzymać się jeszcze tylko w jednym miejscu - u Kalu Rinpocze w Dardżylingu. Tam też dotarły nasze rzeczy i poczta z Europy. Zostaliśmy u Kalu Rinpocze przez dwa miesiące, ucząc się od niego. W tym czasie udało się nam wybrać na tydzień do Karmapy.
Karmapa coraz wyraĄniej podkreślał wtedy, że naszym zadaniem jest przeniesienie nauk do Europy. Dał nam też pełen przekaz do tej aktywności. Często mówił: "Ochraniajcie ludzi, troszczcie się o nich, pomagajcie im, aby Nauka mogła się rozwijać". I właśnie to ochranianie innych stało się moim zadaniem. Zupełnie jasno uświadomił mi to w 1980 roku, kiedy odlatywał z Londynu. Siedziałem wtedy tuż koło niego i drżałem na całym ciele - w ten sposób reagowałem na jego pole mocy, wszystko we mnie wibrowało i w każdej chwili byłem gotów do skoku. W pewnej chwili Karmapa wskazał na mnie i powiedział wyraĄnie: "On jest Mahakalą". Poczułem się wtedy tak, jakby nagle przestrzeń otworzyła się przede mną i jakbym wszystko przejrzyście zobaczył - zrozumiałem, że tym właśnie jestem.

Ciało i umysł Karmapy

Jeżeli się nie spotkało kogoś takiego, jak Karmapa, trudno jest sobie wyobrazić, w jaki sposób działa i przejawia się oświecony umysł. Ktoś taki jak Karmapa, kto urzeczywistnił, że przestrzeń jest radością, kto naprawdę doświadczył, że wszystko jest swobodną grą umysłu, posiada olbrzymi psychologiczny nadmiar i wielką moc. Jaki właściwie jest taki człowiek? Tylko niewielką część zjawiska, którym był Karmapa, można opisać. Jego pole mocy było niewyobrażalne. Kiedy wchodził do jakiegoś pomieszczenia, ludzie - niezależnie od tego, czy wiedzieli, kim jest, czy też nie - czuli się "przyciskani" do ścian. Działo się tak tylko z powodu otaczającego go pola mocy. Kiedy się śmiał, jego śmiech słychać było pięć domów dalej. To było niesamowite - nie miał żadnych blokad, był wolny od wszelkich ograniczeń. Gdy medytował i wchodził w stany radości, jego twarz całkowicie się zmieniała. Kiedy udzielał inicjacji na szesnastoletnią żeńską formę, noszącą imię Wyzwolicielki, nagle wyglądał jak najpiękniejsza kobieta, którą widziałem w życiu. Spotykały się w nim wszystkie doskonałe właściwości, i w jednej chwili wybuchały pełną mocą. Posiadał naprawdę wszystko. Miał ręce wielkości moich, które mogły sprawnie machać łopatą i trzymać coś mocno, a jednocześnie końce jego palców były zupełnie trójkątne - były to delikatne palce artysty, o wąskich czubkach, którymi był w stanie robić rzeczy wymagające największej precyzji. Czasem dostawał kulki do mali. Jeżeli uważał, że któraś z nich jest za duża - czy była wytoczona z bursztynu, czy też z innego materiału - swoim oficerskim szwajcarskim nożem przycinał kulkę do odpowiedniego wymiaru - na końcu stawała się ona doskonale okrągła. Robił to bez pomocy żadnych maszyn, kierując się tylko wyczuciem. Ciągle też - chociaż może na Zachodzie wyda się to dziwne albo nieprzyjemne - nosił przy sobie małe pudełko, do którego spluwał. Nie przełykał śliny, tylko wypluwał ją zawsze do niego - póĄniej robiono z niej lekarstwa. Być może ktoś z was pomyśli, że to nieestetyczne, ale ta historia pokazuje sposób, w jaki pracował. Każdy jego aspekt był wykorzystywany. Karmapa przypominał olbrzymią fabrykę błogosławieństwa, wszystko czym był, przynosiło pożytek. Miał też niezwykły sposób bycia - ciągle promieniował radością, śmiał się, posiadał potężny duchowy nadmiar i wszystkie doskonałe i pożyteczne właściwości.
"Karmapa" oznacza "pan aktywności" - ten, który wprowadza w świat aktywność buddów, którego działanie sprawia, że rzeczy się wydarzają. Był istną bombą energii. Podobnie jak ja, miał prawie metr osiemdziesiąt wzrostu. Chociaż jego ciało kształtem nie przypominało litery Y, gdyż nie musiał uganiać się za żadnymi kobietami, był niesamowicie silny. Po prostu w pełni panował nad tym, co się wydarzało.
Wszystko wokół niego drgało, wibrowało i żyło.Coś takiego widziałem tylko u Karmapy. Spotkałem chyba wszystkich wielkich nauczycieli, bardzo ich też lubię. Dalaj Lama obejmuje mnie jak starego przyjaciela, znałem wielkiego Dilgo Czientse, Dudzioma Rinpocze i Beru Czientse, ale takiej mocy i takiej radości, tak silnej wibracji jak u Karmapy, nie dostrzegłem u żadnego z nich.
Karmapa był także punktem, przez który przepływały najróżniejsze energie. Kiedy podchodziło się bliżej, można było zobaczyć, że jego twarz znajduje się w ciągłym ruchu; były to bardzo drobne poruszenia, różne mięśnie napinały się i rozluĄniały. Gdy gdzieś się pojawiał, wokół niego spontanicznie powstawała mandala, różni ludzie w naturalny sposób zajmowali różne miejsca - w jego polu energii wszystko rozgrywało się spontanicznie, samoistnie. Zawsze stanowił centrum sytuacji, spoczywał całkowicie w sobie, nie odwołując się do niczego poza własną mocą, błogosławiąc wszystko i wszystkich, pozwalając, aby rzeczy się wydarzały i przekształcając je tak, by przynosiły pożytek. To było fantastyczne. Jego oczy nagle potrafiły stać się ogromne, nieskończone jak przestrzeń. Robił to często z Hannah i ze mną - patrzyliśmy mu prosto w oczy i nagle wszystko znikało, pozostawała tylko przestrzeń i jeszcze jakaś wiedza poza nią, świadomość, że wszystko ma sens i wydarza się w odpowiednim czasie. Pracował z nami w szczególny sposób. Głównie oddziaływał na naszą podświadomość. Przekazywał nam to, co nazywa się "terma" - ukryty skarb. Powtarzał wielokrotnie pewne rzeczy, ale kiedy od niego wychodziliśmy, natychmiast zapominaliśmy wszystko. Nie mogliśmy przypomnieć sobie ani słowa. Dopiero póĄniej, po pół roku, pięciu czy dziesięciu latach, nagle cały ów przekaz przedostawał się do naszej świadomości. W jednej chwili dokładnie przypominaliśmy sobie, co mówił wtedy Karmapa. Umieścił w naszej podświadomości bardzo wiele podobnych przekazów, które ujawniły się dopiero póĄniej. Kierują one nami jeszcze dzisiaj. Podczas gdy siedemnasty Karmapa dorasta w Delhi, nami kieruje nadal program szesnastego.
Można było u niego bezpośrednio zobaczyć wszystkie cechy i możliwości joginów, które znamy z różnych historii. Na przykład prawie wcale nie spał. Czasem odchylał do tyłu głowę, rozluĄniał się, a potem ponownie pochylał się do przodu i mówił: "Ci ludzie robią teraz to i to, a tamci to i to". Wiedział po prostu takie rzeczy, ponieważ pomiędzy nim, a tym, co wydarzało się na zewnątrz, nie było żadnego oddzielenia. Wiedział to spontanicznie i intuicyjnie, wszystkie te informacje czerpał jedynie z własnego umysłu. Gdybyśmy wtedy zawiesili mu na szyi magnetofon i nagrali to, co mówił, jestem pewien, że aż do tej pory wszystko by się sprawdziło. Czasem opowiadał też o swoich poprzednich wcieleniach, na ogół o Wschodzie - o Zachodzie nie mówił prawie wcale. Kiedyś siedzieliśmy w klasztorze w Rumteku na tarasie, z którego roztaczał się widok na dolinę Gantoku i przełęcz Natula, prowadzącą w stronę Himalajów. W pewnej chwili Karmapa powiedział: "Ci ludzie teraz poruszają się pod górę bardzo powoli. Za czasów mojej trzeciej inkarnacji wszyscy przemieszczali się za pomocą "lungum" - olbrzymich skoków, które mogli wykonywać opanowawszy wewnętrzny oddech. Dzięki nim można było w jednej chwili dotrzeć do Kalimpongu". Była to, jakby na to nie patrzeć, odległość wymagająca kilkugodzinnej jazdy samochodem. Ludzie przybywali wielkimi susami, gromadzili się, medytowali z nim i znowu znikali. Karmapa mówił też często, że jego obecna, szesnasta inkarnacja jest trochę nieudana, ale następna będzie rzeczywiście dobra. Dodał także, iż będzie łagodna. Kiedy zapytaliśmy dlaczego - łagodny może być przecież każdy, a nas najbardziej pociągała przecież jego siła i energia - odpowiedział, że w owym czasie ludzie będą o wiele bardziej neurotyczni i będą potrzebowali właśnie łagodności.

Spotkania z Karmapą

Karmapa jest od 1110 roku pierwszym świadomie odradzającym się lamą Tybetu - uczeń IV Karmapy był nauczycielem I Dalaj Lamy. Do tej pory Karmapa trzynaście razy pozostawił pisemne instrukcje dotyczące miejsca, w którym się odrodzi, a w pozostałych czterech przypadkach krótko po narodzinach powiedział: "Jestem Karmapą". Tak było też z XVII Karmapą Taje Dordże, który mieszka obecnie w Delhi. Znakiem szczególnym linii Karmapów jest Czarna Korona, która zawsze znajduje się nad ich głową, jako pole z energii i światła. Cesarz Chin, Tsang Czien, który był uczniem Karmapy, polecił wykonać jej replikę z włosów mądrości stu tysięcy kobiet, które bardzo dobrze medytowały. Wykonując ceremonię Czarnej Korony, Karmapa trzyma ją nad głową i wchodzi w bardzo głęboką medytację.Widok korony powoduje otwarcie się podświadomości obecnych - Karmapa w medytacji nawiązuje wówczas kontakt między swoim umysłem a ich umysłami, usuwając przyczyny cierpienia oraz zasiewając wrażenia prowadzące do trwałego szczęścia.
Pewnego dnia w 1976 roku omal nie straciliśmy Czarnej Korony. Jechaliśmy wtedy z przyjaciółmi i moją kochaną Hannah przez Sikkim, ze wschodu na zachód Himalajów. Kiedy zjeżdżaliśmy w dół jedną z dolin, wydarzyło się coś, czego nikt nie oczekiwał. Na przednim siedzeniu obok mnie jechał lama Lody Szierab z Czarną Koroną na kolanach, gdy nagle w pewnej chwili wysiadły hamulce. Skrzynia biegów była też do niczego, więc nie mogłem wyhamować silnikiem, również ręczny hamulec odmówił posłuszeństwa. Zjeżdżaliśmy coraz szybciej w dół krętą drogą, a ja rozglądałem się gorączkowo za jakimkolwiek wzniesieniem, na którym mógłbym zatrzymać bezwładny samochód. Pomyślałem, że jeżeli wypadniemy z któregoś zakrętu, przez następne pięćset lat będę się odradzał jako kret. To się po prostu nie mogło wydarzyć. Na szczęście w pewnej chwili zobaczyłem kupę żwiru i wjechałem w nią tak, że tylko sam przód jeepa uległ uszkodzeniu. Udało mi się też przytrzymać lamę Lody ręką, aby nic nie stało się Czarnej Koronie. Był to naprawdę pełen napięcia moment, rzeczywiście miałem wtedy w rękach los Czarnej Korony. Karmapa pokładał się potem ze śmiechu. Powiedział: "Hamulce były kiepskie, za to błogosławieństwo było dobre". Niewątpliwie wmieszała się we wszystko nasza Biała Parasolka - to ona przede wszystkim chroni podróżujących.
Pierwsza wizyta Karmapy w Europie była swego rodzaju happeningiem. Podczas gdy obecnie funkcjonujemy już w centrum społeczeństwa - mam nadzieje, że nie stajemy się jednocześnie mieszczańscy ani nudni - wówczas na Karmapę czekała banda hippisów. Byli to w większości nasi starzy przyjaciele z lat sześćdziesiątych, których opuściliśmy z Hannah na kilka lat, wyjeżdżając w Himalaje. Było naprawdę kolorowo. Pewnego dnia wsiedliśmy do starego volkswagena i pojechaliśmy do Oslo, dokąd miał przylecieć Karmapa. To było niesamowite. Natychmiast nas pobłogosławił - póĄniej jeszcze przez jakiś czas nie widzieliśmy wyraĄnie. Potem pojechał z nami. W drodze z Oslo do najwyższej skoczni narciarskiej świata, samochód ślizgał się na lodzie i śniegu. Jadący na przednim siedzeniu Karmapa bawił się świetnie, kiedy zarzucało nami na wszystkie strony, ale nieco sztywnym mnichom siedzącym z tyłu, zupełnie się to nie podobało. Kiedy wreszcie dotarliśmy do Holmenkollen, zabraliśmy Karmapę do ogromnego hotelu, zbudowanego z jasnego drewna - to w nim miał udzielić inicjacji. Zbudował wówczas ogromne pole mocy swojej drugiej inkarnacji, Karma Pakszi. Wydarzyło się wtedy coś zabawnego - z rozrzuconych przez niego ziaren gorczycy powstały małe czarne kulki, które podobno mają moc leczniczą. Kiedy było już po wszystkim i gdy poszliśmy do niego z Hannah, zaczął nam opowiadać różne historie. Niezwykłe było to, że były tak podobne do nordyckich sag - ich bohaterami byli tacy sami silni ludzie o równie mocnych charakterach, ścierający się między sobą. Było to dla nas coś nowego, do tej pory mieliśmy bowiem wizję świętego Tybetu, w którym wszyscy biegają po łąkach trzymając się za ręce i podśpiewują "Om". Tymczasem tak w ogóle nie było. Karmapa opowiedział nam o swoich braciach - najsilniejszy z nich potrafił, jadąc konno, objąć konia nogami i chwyciwszy się poprzecznej belki bramy, podciągnąć się do góry wraz z koniem. "Mimo że wszyscy z nich byli tacy silni, tylko ja mam jeszcze dzisiaj włosy na głowie"- śmiał się. Powiedział nam też wiele o "sprawach wewnętrznych" Tybetańczyków - kto jest czyim szpiegiem, kto współpracuje z Chińczykami, w jaki sposób lamowie odbierają sobie nawzajem uczniów. Rzeczywiście poczęstował nas wtedy porcją bezpośredniej, żywej, tybetańskiej historii.
Potem pojechaliśmy do Sztokholmu. Był środek zimy. Tym razem jechaliśmy przez śniegi większym autobusem. My siedzieliśmy po jednej stronie, po drugiej Karmapa rozmawiał z ludĄmi i ze swoimi ptakami. Przez cały czas ktoś do niego podchodził i o coś go pytał. Było to ruchome centrum komunikacyjne - w autobusie pojawiali się ludzie z całej Skandynawii, którzy z nami współpracowali.
Sztokholm był ciekawy. Szwedzi byli wtedy jeszcze sztywniejsi niż Norwegowie. Czekali w sali Domu Kultury. Karmapa nie chciał w ogóle zacząć, wreszcie powiedział jednak do mnie: "IdĄ teraz do tych ludzi i porozmawiaj z nimi, to jest twoje zadanie". Poszedłem więc i byłem tak podniecony tym, że mogę coś powiedzieć swoim kanciastym szwedzkim, że w ogóle nie zauważyłem, że na sali nie było mikrofonów. Krzyczałem do owych kilku tysięcy ludzi przez jakiś czas i to zadziałało. Kiedy Karmapa przyszedł pół godziny póĄniej, moi słuchacze wiedzieli już trochę o buddyzmie, o tym kim jest i co się tam wówczas miało wydarzyć. Pojawiły się również mikrofony. Karmapa wyczuł, że wszyscy przyszli wówczas na spotkanie z nim po to, żeby poobserwować przez parę minut coś pochodzącego z innej kultury, a potem z mądrą miną pójść do domu. Posłał więc najpierw mnie, żebym potrząsnął tymi ludĄmi za pomocą swojego przekonania i oddania. I to mu się udało - powstał potrzebny "pomost" i wszyscy wychodzili póĄniej z sali bardzo poruszeni. Tak funkcjonuje Karmapa. Trzyma serce na dłoni, daje pełny dostęp do swojego bezgranicznego stanu, ale aby coś z tego wynikło, musi pojawić się trochę ciepła, ludzie muszą być trochę poruszeni, musi się naprawdę coś dziać - w Europie nie wystarczą długie oboje jak w Tybecie.
W Kopenhadze pojawiło się około dwóch tysięcy ludzi. To, że w Danii dwa tysiące ludzi przyszło obejrzeć jakiegoś pana z ciepłych krajów, o którym nikt nic nie wiedział i nikt nic nie słyszał, było bardzo niezwykłe. Niesamowity był również nastrój. Kiedy Karmapa wyjął koronę i trzymał ją nad głową, wszystko było przejrzyste jak kryształ.
W Hamburgu też było ciekawie - Karmapie Niemcy bardzo się spodobały. Mimo że pogoda była nieciekawa - przez cały czas padało i mało co było widać - powtarzał wielokrotnie, że jest to piękny kraj, a ludzie naprawdę mają w nim wielkie możliwości. Podkreślał też, że powinniśmy znaleĄć własny styl, przystosować byddyzm do własnego kraju, do własnego życia, że nie można nikomu na siłę zakładać niewygodnego gorsetu jakiejś obcej, egzotycznej kultury. W ten sposób buddyzm nie mógłby nigdy pozostać czymś żywym. Następnie zabraliśmy Karmapę do miejsc, które stworzyliśmy. Pojechaliśmy do Zagłębia Ruhry, gdzie wtedy głównym ośrodkiem był Duisburg (w tej chwili jest ich pięć albo sześć), byliśmy także we Frankfurcie i Königstein, potem pojechaliśmy do Francji i trochę jeszcze pokręciliśmy się po Europie.
Karmapa przyglądał się uważnie Europie i zauważył, że w przyszłości bardzo ważna będzie jej germańska i słowiańska część. Dwa lata póĄniej, wysyłając mnie po raz pierwszy do Polski, zapytał: "Jak masz na imię"? Odpowiedziałem: "Ocean mądrości". "Taką nazwę będzie nosił pierwszy ośrodek w bloku wschodnim. Powinieneś pracować dalej na wschód, aż do Japonii". Podziękowałem mu. Karmapa dostrzegał, że od Renu po Władywostok znajduje się obszar o bardzo dużych możliwościach rozwoju. Wspaniałe było u Karmapy to, że był autentyczny i bardzo bezpośredni w kontaktach z ludĄmi. Dotykał ich, podchodził do nich blisko. Jeśli mieli brody, ciągnął ich za nie, a gdy byli nieco otyli, klepał ich po brzuchach - naprawdę bardzo się do nich zbliżał i niczego nie udawał. Kiedy jeden z włoskich polityków został zamordowany, staraliśmy się akurat dostać z Austrii do Szwajcarii. Próbowaliśmy różnych dróg, ale wszystkie były zablokowane. Aby dowiedzieć się, czy w danej okolicy jest jakieś otwarte przejście graniczne, wchodziliśmy od czasu do czasu do gospody. Karmapa natychmiast podchodził do miejscowych chłopów z Bawarii albo Szwabii, którzy tam pili i palili, i od razu zaczynał udzielać im błogosławieństw. Byli bardzo poruszeni, choć nigdy przedtem nie widzieli takiego mężczyzny w sukni, w szatach. Wszyscy pchali się do niego, a ja starałem się tłumaczyć. Taki właśnie był. Naprawdę był wśród nich. Nie był wyniosły, nie znikał po wykonaniu paru rytualnych gestów. Rzeczywiście docierał do ludzi, poruszał ich. Właśnie to było jego siłą - naprawdę lubił ludzi.

Opracowanie: Ewa Zachara

 | W TYM NUMERZE RÓWNIEŻ:

Nagle w przypływie jogicznej radości po prostu wskoczył mi na plecy... | By rzeczy wydarzały się w dobry sposób | Padmasambhawa przekazuje nauki dla przyszłych pokoleń Tybetu | Związek pomiędzy nauczycielem i uczniem w Diamentowej Drodze - Dietrich Rowek | Echo | Dakini to żeńska zasada oświecenia | Istnieje jedna rzeczywistość - Kalu Rinpocze | Regularna praktyka - Detlev Göbel | Natura Buddy - Dilgo Czientse Rinpocze | Poczułam się WOLNA - Marcin Mędrzecki i Michał Siwek | MAHAMUDRA '99 - Rafał Żwirek | Nie wiem - Sandra Beczkiewicz | Stupa w Kałmucji - Tolek Sokołow | ... pozdrowienia z San Francisco - Małgorzata Pellarin |

 | PODOBNE ARTYKUŁY: