DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 20 -> Osiem miesięcy w Mongolii

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Osiem miesięcy w Mongolii

Krzysztof Smirnow
_________


Przekraczając granicę Mongolii cieszyłem się, że oto będę miał możliwość poznać kraj i naród, którego tradycja buddyjska sięga więcej niż sześciu wieków wstecz. Byłem przekonany, że nawet te nędzne resztki, które pozostały po czystkach religijnych lat trzydziestych zapewnią mi oprócz turystycznych wrażeń także przygodę duchową. Wielki klasztor Gandan zachowany wraz z kilkudziesięciu mnichami jako relikt przeszłości, ruiny niegdyś największego skupiska mnichów na stepach, Erdeni Zuu, kompleksu świątyń otoczonego murem ze 108 stup, wysokich na kilka pięter, Cecerleg, Uliastaj i wiele, wiele innych miejsc, które jeszcze sto lat temu wyznaczały rytm życia prostych pasterzy, książąt i oczywiście lamów. Rzeczywistość okazała się bardziej prozaiczna.
Przez osiem miesięcy pobytu w Mongolii mieszkałem naprzeciwko niewielkiego klasztoru założonego kilka lat temu w budynku starego cyrku. Znajdował się pośrodku osiedla z tzw. wielkiej płyty, i składał się z kilku przypominających ogromne jurty (lub niewielki cyrk) murowanych budynków. Codziennie około dziewiątej rano słyszałem trąby oznajmiające światu, że mnisi już nie śpią i właśnie przystępują do ceremonii. Dwóch kilkuletnich brzdąców, w niezbyt czystych szatach koloru bordowego, hałasowało na wieży, a procesja wędrowała po asfaltowym dziedzińcu z jednej świątyni do drugiej. W tym samym czasie z głośnika na dachu barakowozu z napisem "Artykuły religijne" zaczynały się dobywać raz dźwięki pudż odtwarzane przez sprzedawcę z magnetofonu, a czasem, cieszące ucho, chińskie piosenki w rytmie marsza.
Centralny klasztor Mongolii, Gandan, po ponad pięćdziesięciu latach służenia wyłącznie jako turystyczna atrakcja, odzyskał dawne tereny i zajmuje teraz powierzchnię kilku boisk do piłki nożnej pośrodku dzielnicy jurt i ruder. W jego skład wchodzą budynki administracji, tzw. Mały Gandan z biblioteką, szkoła buddyjska dla mnichów, sklep z dewocjonaliami i wielka świątynia Kochających Oczu. Została odbudowana jako jedna z pierwszych po nastaniu odwilży religijnej i mieści teraz w środku figurę Czenrezig wysokości kilku pięter. Za zrobienie zdjęcia trzeba zapłacić 10 dolarów, za film wideo, dwadzieścia.
Mongołowie przystąpili do odbudowy buddyzmu w kraju metodą kalkowania wszystkiego, co udało im się zapamiętać z przeszłości. Początki były trudne, w całej Mongolii było zaledwie kilkudziesięciu lamów, w większości po praniu mózgu na komunistycznych szkoleniach, bez wykształcenia i w wieku mocno podeszłym. Natychmiast jednak nawiązano kontakty z Dharamsalą, przyjechał Dalaj Lama i wyjeżdżając zabrał ze sobą grupkę chłopców. Rząd oddał ruiny klasztorów mnichom i rozpoczęła się odbudowa.
Główną szkołą buddyjską w Mongolii od szesnastego wieku była Gelugpa. Karma Kagyu - Czerwone Czapki wegetowały na obrzeżach państwa. Wśród piasków Gobi, w niedostępnych górach Ałtaju, kultywowali praktyki jogiczne, przeważnie czod. Tymczasem, zajmująca najżyźniejsze tereny, szkoła Bogdo Gegena, do momentu swego upadku w latach trzydziestych, zdołała stworzyć na stepach znakomicie funkcjonujący kościół z rozbudowanym systemem darowizn, dziesięcin i opłat za ceremonie przynoszące pomyślność. W każdym somonie (coś jakby powiat) była świątynia, w każdym ajmaku (podobne do niemieckiego landu) duży klasztor z oficjalnie uznaną inkarnacją wysokiego lamy. Na szczycie tej hierarchii stał Dzietsyn Damba Hutukta czyli Bogdo Gegen, który podlegał bezpośrednio Dalaj Lamie. Zasada była prosta, mnisi mieli się modlić, lud pracować i płacić daniny, szlachta podlizywać się chińskim namiestnikom. Za każdą ceremonię trzeba było wnieść opłatę. Wśród ludzi świeckich pokutowały przeróżne sztywne poglądy na temat zarówno Dharmy, jak i oświecenia.
Dziś restauracja buddyzmu w Mongolii polega na całościowym odtworzeniu przeszłości. W świątyniach nie podłącza się prądu (tradycyjne oświetlenie to maślane lampki), ani nie instaluje się podstawowych urządzeń sanitarnych. Zapach poprawia dym z kadzideł. W Gandanie za równowartość dwóch, trzech dolarów można zamówić modlitwę np. za duszę kieszonkowca, który nas okradł w autobusie. Sprawą prestiżu jest zaprosić lamę do domu, aby odprawił ceremonię pomyślności tylko dla rodziny. Przeważnie lama zaprasza kolegów i gości się ich cały dzień, a jedzenie i picie nie znika ze stołu.
Ludzie świeccy nie praktykują, zresztą skutecznie im w tym przeszkadzają odpowiednie poglądy, które odrodziły się wraz z buddyzmem. Na przykład medytować może tylko mnich. W języku mongolskim nie spotkałem się ze słowem "medytacja", ani z odpowiednikiem tybetańskiego "gompo", wyrabianie nawyku. Mówi się tam jedynie o czytaniu ksiąg, recytacji tekstów lub biciu pokłonów. Do osiągnięcia oświecenia konieczne jest przyjęcie mnisich wskazań oraz nierzadko odrodzenie w męskim ciele. Z rozmów z ludźmi świeckimi wynikało, że kobiety nie osiągają w tym życiu oświecenia wyłącznie dlatego, że są kobietami. Mogą jedynie ciężko pracować (składać bogate ofiary, bić dużo pokłonów), żeby zebrać pozytywny potencjał dla męskiego odrodzenia. Inne zjawisko, z którym się zetknąłem, to niechęć, a czasem nawet lęk przed przyjmowaniem w prezencie przedstawień form buddów. Pewna osoba wyjaśniła mi, że rozdawanie zdjęć Dalaj Lamy (zabrałem ze sobą kilka na prezenty do kraju Gelugpy), stanowi wielki grzech. W końcu jest on Bogiem.
Wśród ludzi świeckich istnieje pogląd, że każdy ma swojego prywatnego buddę. W związku z tym na ołtarzyku domowym (zdarzają się coraz częściej, również w kombinacji z telewizorami) możemy zobaczyć wizerunki buddów taty, mamy i dzieci. Religijna rodzina dostaje od lamy tekst do stałego powtarzania. Okazało się po odfiltrowaniu zniekształceń językowych, że przeważnie jest to formuła schronienia czasem uzupełniona o mantry Wyzwolicielki i Kochających Oczu.
Po mongolsku buddę nazywa się "Burchan", co oznacza zarówno Oświeconego, jak i (w starszym znaczeniu) bóstwo. Dla dokładności ludzie wykształceni mówią "Burchan Bagsz", co oznacza Budda Nauczyciel. Chociaż mnisi są o wiele lepiej wykształceni w sprawach buddyjskich od przeciętnego obywatela, rozróżnienie to dla wielu z nich było trochę niejasne. Przechodząc na rosyjski uparcie tytułowali Buddę bogiem.
Najnowocześniejszym akcentem, z jakim się zetknąłem w związku z mongolskim buddyzmem, była ciężarówka. Spoczywała na niej figura Buddy Majtrei w czasie ceremonii rozpoczęcia wiosny, odprawianej w klasztorze Erdeni Zuu, niegdyś najświetniejszego klasztoru Mongolii znajdującego, się obok niegdysiejszej stolicy Czyngiz chana, Karakorum.
W rzeczywistości zainteresowanie Mongołów buddyzmem spada. Po pierwsze wraz z upadkiem rządów partii robotniczej kraj ten zaczęły infiltrować wszelkie możliwe sekty i organizacje misjonarskie. Bardzo popularni stają się babtyści. Ich misjonarze, znakomicie mówiący po mongolsku, reprezentują najważniejsze marzenie ludzi ubogich, amerykański dobrobyt. Statystyki mówią o stałym spadku liczby ludzi, którzy otwarcie przyznają się do związków z buddyzmem. Mnisi naciskają na rząd, aby wprowadził ograniczenia na podobieństwo rosyjskiej ustawy o religiach, a nad przyczynami tego zjawiska zastanawiają się i dyskutują na łamach prasy wykształceni buddyści. Prezes Organizacji Astrologów i Buddyjskich Lekarzy, Sandziedordż, w wywiadzie dla anglojęzycznej gazety stwierdził, że buddyzm mongolski niechybnie upadnie, o ile się nie zreformuje. Wskazuje tu na doświadczenia Kagyupów (po mongolsku Gaadziudw), którzy stali się największą szkołą buddyjską poza Azją. Tylko życiowy i praktyczny, całkowicie współczesny buddyzm ma, jego zdaniem, szansę przyciągnąć z powrotem najwartościowszych ludzi. Czytając to przypomniałem sobie pewnego Mongoła, którego spotkałem kilka lat temu na wykładzie Lamy Ole w Warszawie. Nazywał się tak samo.
Gdzieś wśród piasków pustyni Gobi, niedaleko od granicy chińskiej stoją sobie dwa maleńkie budyneczki, pozostałości wielkiej rezydencji lamy Dandzarawdży. Odbudowało je i obsługuje kilku lamów, joginów. Przyznali się, że jeden domek służy Gelugpie, zaś w drugim odprawiają ceremonie Czerwonych Czapek. Wśród tych niezbyt czystych, ubranych w podarte dżinsy sympatycznych panów i ich partnerek poczułem się, jakbym siedział w gompie w Kucharach. Czyli jak w domu.