DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 19 -> Sytuacja Dharmy w Rosji

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

Sytuacja Dharmy w Rosji

Sasza Koibagarow
_________


W październiku 1997 r. w Rosji (WNP jest konfederacją dawnych republik Związku Radzieckiego, obecnie nie funkcjonującą) weszła w życie nowa ustawa dotycząca wolności wyznania i organizacji religijnych . Ustawa przeszła absolutną większością głosów obu izb rosyjskiego parlamentu i została natychmiast podpisana przez Jelcyna. Komuniści, którzy ją stworzyli, kościół prawosławny, dla którego powstała oraz Jelcyn najwyraźniej doszli do zgody. Było to praktycznie to samo prawo, które Jelcyn odrzucił trzy miesiące wcześniej i przeciwko któremu walczyły od czerwca 1997 r. różne wspólnoty religijne i organizacje broniące praw człowieka. Co więcej, późniejsza forma tej ustawy została poprawiona i odesłana do Dumy przez samego prezydenta.
Chociaż prezydent został przekonany przez deputowanych, niektórych liderów religijnych oraz swoich prawników, że nowe prawo nie łamie rosyjskiej konstytucji, nie jest sprzeczne z prawodastwem innych krajów oraz międzynarodowymi porozumieniami dotyczącymi praw człowieka podpisanymi przez Rosję, w rzeczywistości jest inaczej. Ustawa ta ma charakter dyskryminujący i wyraźnie przypomina czasy tłumienia przez komunizm wszelkiej wolności. "Nietradycyjnym" religiom, które nie mogą dowieść, że są zarejestrowane w Rosji od co najmniej piętnastu lat, zakazano praktycznie każdej aktywności. Jednocześnie autorzy ustawy zapomnieli, że wszystkie aktualnie działające "tradycyjne" religie również przybyły do Rosji z zagranicy.
Ustawa została poparta przez kościół prawosławny. Obecnie uznaje ona za legalny rosyjski kościół prawosławny, islam wyznawany przez muzułmanów z regionu Kazania i Tatarii, Żydów z całego kraju oraz buddystów Gelugpy z Ułan - Ude w Buriacji. Żadne inne grupy nie mogą już zapraszać zagranicznych nauczycieli, wydawać ani rozprowadzać religijnej literatury oraz materiałów audio i wideo. Nie wolno im również zakładać wydawnictw, instytucji kulturalnych i edukacyjnych, instalować stacji telewizyjnych i radiowych, nauczać w szkołach, szpitalach i więzieniach.
" Nietradycyjne" religie nie mogą również starać się o odroczenie służby wojskowej dla swoich duchownych. Jedynym istotnym elementem, który odróżnia tę ustawę od czerwcowej, jest to, że religijne organizacje działające w Rosji krócej niż piętnaście lat, nie zostaną pozbawione nabytej już własności.
Nie jest to szczególnie szkodliwe dla nas - rosyjskich buddystów Karma Kagyu - ponieważ od XIII wieku jesteśmy obecni w Rosji, w regionie Wołgi i Donu, na terytorium zajmowanym przez plemię Kałmuków. Od początku XX wieku jesteśmy obecni nawet w Sankt Petersburgu, dawnej stolicy Rosji. Zbudowano tam wtedy buddyjską świątynię, w której nauczali kałmuccy lamowie razem z lamami innych buddyjskich narodów Rosji. Dlatego nikt nie może powiedzieć, że nie było w tym zgromadzeniu lamów Karma Kagyu. Aby dostać odpowiednie dokumenty od kałmuckiego rządu, zadziałaliśmy szybko i sprawnie - o tym na końcu artykułu.
Niemniej ustawa ta jest niekorzystna dla kraju jako całości i dla jego obywateli, którym ponownie odebrano wolność wyboru. Jeszcze raz potraktowano Rosjan jak dzieci. Przed wejściem ustawy w życie i nawet teraz, rząd kontroluje gazety, telewizję i stacje radiowe. Razem z komunistyczną prasą władza próbuje odmalować potworny obraz totalitarnych i faszystowskich sekt najeżdżających Rosję. Używa technik prania mózgu udoskonalonych w czasach komunizmu, starając się połączyć w oczach ludzi praktyki religijne z chorobami psychicznymi. Opisuje wyimaginowane krwawe morderstwa i seksualne perwersje nowszych wspólnot, arbitralnie łącząc skandale związane z sektami działającymi w innych częściach świata z rosyjskimi grupami i przypadkami.
Głównym zarzutem jest to, że sekty zmuszają ludzi, aby oddawali im swą własność, zabraniają przyjmowania pomocy medycznej, pozbawiają swych członków praw cywilnych, niszczą ich rodziny i oddzielają ich od przyjaciół i społeczeństwa. Mówi się o tym nie podając żadnych uzasadnionych dowodów. Wszystkie rodzaje praw człowieka, włączając w to prawo wolności wyznania, były łamane w Rosji nie tylko za panowania komunizmu, lecz również w czasach carów, które zresztą z tego słynęły. Przed rewolucją październikową zwyczajową praktyką kościoła i rządu w radzeniu sobie z religijnymi odmieńcami było zsyłanie ich na Syberię albo za granicę i oddawanie ich dzieci na "reedukację" do prawosławnych klasztorów. Brak możliwości wolnego wyboru i otwartego praktykowania wybranej religii jest głównym powodem, dla którego pojawiło się w Rosji ostatnio tyle dziwacznych sekt, z których niektóre dokonują na przykład autokastracji z powodów religijnych czy przeprowadzają rytuały seksualne.
Wśród osób określanych mianem członków sekt istnieje duża ilość rozsądnych i dobrych ludzi. W przeciwieństwie do wielu innych Rosjan i typowych dla nich życiowych błędów, uczynili oni abstynencję, uczciwość, nieagresję i ciężką pracę głównymi regułami swego życia religijnego. Poza moskiewskim procesem Shoko Asahary, który rozpoczął się jeszcze przed atakiem gazowym w tokijskim metrze, nikt w Rosji nie słyszał o sprawie sądowej wytoczonej jakiejkolwiek sekcie, może poza "Białym Bractwem" mającym zresztą siedzibę w Kijowie na Ukrainie i prawie nieznanym w Rosji.
Najbardziej skandalicznym przykładem prania mózgu, z jakim się spotkałem, jest artykuł skierowany przeciwko "Vissarion Church", grupie, która czerpie zarówno z chrześcijaństwa jak też z New Age i posiada charyzmatycznego "słodkiego" lidera. Jedna z gazet nie zostawiła na "Vissarion Church" suchej nitki. Twierdzi, że lider grupy uważa się za nowego Chrystusa, krytykuje ich idee na temat właściwej diety itd. Można się z tym zgodzić zwłaszcza, że wiele dzieci członków sekty jest osłabionych, prawdopodobnie z powodu diety. Można nawet uznać wyznawców "Vissarion Church" za pomylonych, ponieważ sprzedają swoje mieszkania i przeprowadzają się do Krasnojarska na Syberii, by zbudować raj na ziemi. Jest jednak jedna rzecz, której nie można zrobić - nie można zmusić ludzi, aby byli rozsądni - mają wolną wolę.
W całym artykule jedyną osobą godną sympatii i współczucia, zdaje się być żona jednego z członków sekty, która wynajęła płatnych morderców, aby zabili jej męża, bo nie mogła go już znieść. Teraz oczywiście odpowiada za to przed sądem. W oficjalnym raporcie rosyjskie ministerstwo zdrowia mówi o sześciu tysiącach totalitarnych sekt działających obecnie w Rosji. Czytając statystyki można odnieść wrażenie, że sektami są wszystkie organizacje religijne z wyjątkiem kościołem prawosławnego. Zabawne, że oskarżenia ekspertów medycznych skierowane przeciwko sektom mogą z łatwością opisywać przeciętną chrześcijańską regułę klasztorną: wolna wola pojedynczych członków jest ograniczana (tak jak w przypadku mnichów-nowicjuszy) , ludzie są oddzielani od normalnego życia społecznego (dokładnie tak samo jak robi się to w klasztorach) , rozbija się rodziny i wstrzymuje się od prokreacji (celibat) . Gdyby postępować wedle logiki owych ekspertów, wówczas chrześcijaństwo lub przynajmniej praktykowanie go w klasztorach, powinno zostać zakazane.
Czy to nie dziwne, że w rosyjskiej prasie nigdy nie można znaleźć takich sugestii lub chociażby dyskusji na ten temat? Co więcej, kościół jest teraz obecny wszędzie, nie ma takiej oficjalnej ceremonii, podczas której nie widać czarnych strojów pomiędzy VIP-ami. Błogosławią statki, nowe pomniki, wojskowe sztandary, banki, kasyna i restauracje. Heroicznie pobłogosławili nawet pociski nuklearne mające chronić Rosję przed zgubnym wpływem Zachodu. Kilka lat temu księża prawosławni zaczęli prowadzić interesy związane z ropą naftową, alkoholem i papierosami, teraz ochoczo zabrali się za politykę - stwierdzili widocznie, że mają w tym kierunku większe zdolności. Oprócz tego, z nieznanych nikomu powodów blokują przeprowadzenie pogrzebu szczątków ostatniej carskiej rodziny, nakładają cenzurę na telewizję, próbują zakazać wyświetlania filmu Martina Scorsese " Ostatnie kuszenie Chrystusa" oraz wywierają nacisk w sprawie niektórych reklam telewizyjnych.
Czymś, co ukazuje arogancką potęgę Kościoła jest ekskomunika publicznego prokuratora Wołgogradu, będącego, nawiasem mówiąc, ateistą. Oto co się wydarzyło: arcybiskup Wołgogradu, lokalny burmistrz i szef tamtejszej policji postanowili wesprzeć renowację cerkwi w zadziwiający sposób - zmuszano pijanych kierowców pod groźbą utraty prawa jazdy, aby dawali na to pieniądze. Tak więc więcej niż 3500 kierowców zostało obciążonych grzywną na łączną kwotę przekraczającą 300 tys. dolarów. Prokurator rozpoczął więc śledztwo, podczas którego wykryto, że część pieniędzy została zdefraudowana. Wkrótce potem oskarżyciel został potępiony za "wrogie działanie przeciwko rosyjskiemu Kościołowi Prawosławnemu". Sprawa ta nie wymaga chyba żadnych komentarzy.
Prawosławni duchowni są wszędzie zapraszani i doceniani, ich książki są publikowane, a kazania transmitowane w radiu i telewizji. Jednak kościół nie jest usatysfakcjonowany, ponieważ nie przyłączają się do niego nowi wyznawcy. Starzy ludzie oraz ateiści w średnim wieku mają wyostrzony instynkt mówiący, że państwowa propaganda jest zawsze kłamstwem, niezależnie od tego czy gloryfikuje, czy znieważa. Młodzi ludzie z kolei próbują znaleźć sobie miejsce w pełnym walki świecie nowego biznesu. Kościół prawosławny jest oczywiście zirytowany, gdyż wciąż uważa rosyjskie terytorium i populację za swoją własność, przynajmniej duchową. Najwyraźniej próbuje nie zauważyć tego, że według najbardziej godnych zaufania badań opinii publicznej jedynie dziesięć do piętnastu procent dorosłych Rosjan uważa się za chrześcijan.
Rzeczywistą postawę ludzi wobec kościoła może zilustrować zdarzenie, które miało miejsce w Wieszeńskiej wiosce, gdzie urodził się w 1865 r. noblista Michaił Szołochow. Tutaj, nad Donem, w raczej konserwatywnej okolicy, miejscowy prawosławny opat zabronił ludziom uczestnictwa w seansie pewnej uzdrowicielki i jasnowidzącej. Oskarżył ją w cerkwi o to, że jest wysłannicą szatana. Nikt nie zwrócił jednak uwagi na jego rewelacje, a ona stała się nawet bardziej popularna. Potem popi wysłali swoich posłańców do starcia z szatanem. Straszyli oni zebranych ludzi wszelkimi klęskami, pożarami, powodziami, głodem, okrutnymi epidemiami i najgorszym z najgorszych - klątwą. Ponownie bez rezultatu. Wreszcie popi przeszli samych siebie stawiając czoła Bestii w otwartym polu i walcząc z nią zza uzdrawiających ikon. Jednak zamiast spodziewanego zwycięstwa spotkały ich zarzuty o sprzeniewierzanie pieniędzy i hipokryzję - w końcu wyrzucono ich z sali.
Od 1917 r. w mentalności cerkwi nie zmieniło się zbyt wiele. Duchowieństwo prawosławne wciąż myśli, że Rosjanie wpadną w sidła każdej religii czy zabawnej sekty, jeśli tylko pozwoli im się na jakąkolwiek wolność myśli i wyznania. Zdaniem popów istnieje tylko jeden sposób, by temu zapobiec: zamknięcie w więzieniu wszystkich liderów religijnych, zakazanie publikacji książek, głoszenia nauk itd. Dzięki temu miliony zagubionych owieczek mają powrócić do swoich pasterzy. Wydaje się, jakby właśnie wyskoczyli z lodówki, w której siedzieli od osiemnastego wieku i teraz chcieli rządzić krajem razem z carami.
Generalnie rzecz biorąc, pracownicy administracji i wszystkie rodzaje małych i dużych rządzących są komunistami i myślą, że wiara jest pewną odmianą choroby psychicznej. Dlatego, gdyby tylko mogli, z pewnością skierowaliby wszystkich wierzących na obowiązkowe leczenie, zaczynając - zależnie od powagi choroby - od publicznych reprymend, a kończąc na umieszczaniu ich w szpitalach i więzieniach. Tolerowali dotąd obecność tradycyjnej religii w głównym nurcie procesu demokratyzacji, nikt z nich nie traktował jej jednak poważnie. Teraz natomiast wysocy urzędnicy, tacy jak prezydent i premier są przykładnymi wierzącymi. Chodzą do cerkwi podczas dużych świąt, żeby zapalić świece i mile pogawędzić z popami.
Co zatem stało się z Jelcynem i jego "wewnętrznym kręgiem" w rządzie? Nauczyliśmy się w ciągu ostatnich lat, że oni (lepiej powiedzieć "oni" niż "on") nigdy nie oddają nawet odrobiny swojej władzy komukolwiek, o ile nie jest to korzystne bądź nieuniknione. Dlatego musi istnieć jakiś plan. Świat ma nadzieję, że prezydent jest twardy, zrozumiał wagę zachodnich wartości i będzie walczyć o nie do końca. Jednakże obecna droga rozwoju wolnego rynku, płacenia podatków i kreowania dobrze prosperującego społeczeństwa nie przynosi dobrych efektów lub są one zbyt krótkotrwałe. Uparty naród w większości nie chce lub nie potrafi rozwijać małych przedsiębiorstw i gospodarstw rolnych.
Ci, którzy ośmielają się to robić i są do tego wystarczająco wykształceni i bogaci - od półprzestępców do profesorów - ukrywają swoje zyski, przekupują lub zabijają biurokratów, oszukują rząd i dokonują transferów pieniędzy za granicę. Świetnie rozwijająca się, przesycona kulturą zachodnią Moskwa, dosyć dobrze mający się Petersburg oraz piracko-zawadiacki Władywostok nie zmienią bezbarwnego obrazu tego ogromnego, bezwładnego kraju. Byli liderzy nomenklatury powracają teraz do jedynych metod , jakich zostali nauczeni - do stosowania sprzecznego z ekonomią przymusu. To dosyć dziwne mówić o przymuszaniu do wolności, ale politycy nie są logikami ani filozofami, lecz wytrawnymi graczami i psychoterapeutami. Może myślą, że jeśli udało się doprowadzić do ponownego wybrania Jelcyna, chociaż kilka miesięcy wcześniej miał niskie notowania, to również byłoby możliwe zmobilizowanie Rosji do inicjatywy, produktywnej pracy i tworzenia dobrobytu, do obniżenia przestępczości i zniesienia zazdrości dziewięćdziesieciu dwóch procent biednych o powodzenie ośmiu procent nuworyszów, przy pomocy rządowej, chrześcijańskiej ideologii, policji podatkowej i sloganów w telewizji.
Władze potrzebują do tego pieniędzy, kontroli nad mediami i porozumienia z Kościołem - wszystkie te rzeczy albo już mają, albo wkrótce będą miały. Możliwe również, że decyzja o wyborze Jelcyna na trzecią kadencję już zapadła. Jeżeli tak jest, to obecne dziwaczne manewry polityków łatwiej można zrozumieć. Jednym z pomysłów, mających umożliwić przeprowadzenie prawie nielegalnej elekcji, jest przekształcenie Rosji w monarchię z Jelcynem jako rządzącym regentem. Z tego lub innego powodu przeprowadzono już rozmowy na najwyższym szczeblu z przebywającymi za granicą krewnymi carskiej rodziny Romanowów. Z tego lub innego powodu zapłacono Kościołowi ułamkiem władzy, aby uzyskać jego poparcie. Jeżeli nic się nie dzieje, władze stwarzają iluzję tego, że mają na coś wpływ. To, co wydarza się teraz w Rosji, wydarza się w Moskwie oraz w telewizji. Naprawdę nikt nie troszczy się o realne życie poniżej poziomu przetrwania na wsi, gdzie ludzie próbują utrzymać się z sześciu arów na głowę. Nikt nie dba o naród, który śpi, w przeważającej większości czeka na pieniądze od rządu i polega na opiniach wygłaszanych w telewizji. O naród, który nie ma chęci, umiejętności, ani środków, by oddziaływać na polityków i własne życie. Ciekawe, czy to przebudzenie nastąpi wkrótce i czy będzie cywilizowane.
Rosja, formalnie demokratyczna, w umysłach ludzi wciąż jest monarchią (oby konstytucyjną) ze znacjonalizowanym typem gospodarki. Nawet car (Jelcyn) ze swoimi demokratycznymi tendencjami jest osobą ograniczoną przez własną przeszłość, rzeszę samolubnych biurokratów, nadętą, nieskuteczną armię, zmilitaryzowany i zmonopolizowany przemysł i konserwatywny, przeważnie bezrobotny lub nieopłacany, żyjący w nędzy naród. Desperacko stara się zatem pozyskać sprzymierzeńców. Wydaje się, że prezydent postrzega lub chce postrzegać patriarchę Kościoła prawosławnego jako pomocnika w oddziaływaniu na naród i jednoczeniu go.
Mniejsza jednak o możliwości realizacji nadziei Jelcyna i ambicje Cerkwi. Rosyjska tak zwana niezależna prasa, reprezentująca pozarządowe grupy nacisku, zareagowała już ostrymi artykułami na dążenie Cerkwi do władzy. Zmagania nie zostały jeszcze zakończone.
Co oznacza jednak to wszystko dla nas buddystów? Oczywiście uzyskamy oficjalny status uznanego związku wyznaniowego, tak szybko jak to tylko możliwe. Potem związek będzie chronić i ponownie rejestrować lokalne ośrodki. Prawa tego kraju nie są jednak po prostu prawami, lecz raczej okazją do przeprowadzenia następnej kampanii politycznej i sugerowania, które grupy społeczne należy nienawidzić, biorąc je za przyczynę wszelkich kłopotów. Najbardziej bolesnym faktem dla organizacj i nie popieranych przez rząd jest to, że biurokraci traktują nowe prawo jako sygnał do wymierzania kar i rabowania. Jeśli będą kierowani z wysokości Moskwy, użyją do tego celu wszystkich oficjalnych i nieoficjalnych sił: policji, sądów, badań medycznych, podległej rządowi prasy i telewizji, faszystowskich i nacjonalistycznych grup. Jeśli biurokraci nie będą kierowani odgórnie, to spróbują uzyskać w zamian za dokumenty tak wiele pieniędzy, jak to tylko możliwe od grup będących poza nawiasem. Wprowadzenie nowego prawa w życie może być dla nas nawet korzystne, gdyż będzie skierowane przede wszystkim przeciwko innym niż główny, prawosławnym Kościołom (jest ich ponad osiem), które sprawiają kłopoty głównej cerkwi. Powód: są również rosyjskie i tradycyjne, ale nie mają rąk splamionych kolaboracją z komunistami i krwią niewinnych ludzi. Prawo zostanie następnie skierowane przeciwko innym chrześcijanom - katolikom, których bogate i teatralnie piękne rytuały, podobne do prawosławnych, wydają się najbardziej konkurencyjne i niebezpieczne. Potem przyjdzie kolej na protestantów i mormonów z powodu ich energii i zachodnich pieniędzy, które sprawiają, że są najbardziej irytujący, oraz na świadków Jehowy, prawiących kazania na ulicach i wpychających się do cudzych mieszkań. Ostatnie grupy, podlegające tej ustawie, a łatwe do zwalczenia to ruch Hare Kriszna oraz grupy ekumeniczne i wywodzące się z New Age, takie jak Kościół Moona, itd. Sektom takim jak scjentologia, które rzeczywiście szkodzą społeczeństwu, nic się nie stanie, bo w Rosji są uznane za organizacje edukacyjne, a nie religijne. Pojawiły się plotki, że władze przygotowują nową ustawę czy ustawy skierowane przeciwko pseudopublicznym i niekomercyjnym organizacjom, ukrywającym się pod innym statusem. Ponadto, prawdziwe grupy kryminalne pozostają poza jurysdykcją, ponieważ nie rejestrują się i unikają rozgłosu.
Co gorsza, Rosji brakuje konsekwencji w walce przeciwko czemukolwiek. Z tego powodu system prawny wpada w poślizg. W więcej niż w dwudziestu regionach ustanowiono prawa, które ograniczają działalność religijną, chociaż zgodnie z konstytucją kwestie te podlegają ogólnopaństwowemu prawodawstwu. Ograniczenia te zmuszają misjonarzy (czytaj: nauczycieli wszystkich organizacji religijnych), do starania się o dodatkowe pozwolenia na jakąkolwiek działalność publiczną, rejestrowania się w departamencie policji, uzgadniania programów wystąpień z lokalną administracją i wnoszenia corocznej opłaty w wysokości siedmiuset lub więcej dolarów. Oczywiście, trzeba przedstawić niezliczoną ilość odpowiednio potwierdzonych dokumentów, z których każdy może zostać uznany za źle zredagowany lub niewystarczający. Mówiąc krótko, jest to całkowite szaleństwo i terror. W czasie naszych podróży z Lamą Ole przez Rosję nie spotkaliśmy się jednak z żadnym z tych problemów - ani w Tuwie i Kałmucji, przyjaznych buddyzmowi, ani we Władywostoku, Chabarowsku i Kaliningradzie (to znaczy w regionach, w których ustawy te są prawomocne). O odwieczna rosyjska beztrosko!
Najwyraźniej nawet przy poparciu Cerkwi obecna kampania jest tylko kampanią i nie przetrwa dłużej niż dwa lata lub do pierwszej porażki w sądzie. Ważne jest również to, że jesteśmy zbyt słabi by wzbudzać zainteresowanie strażników religijnej monotonii kraju. Realne niebezpieczeństwo może stanowić nagła rezygnacja Jelcyna i zwycięstwo konserwatywnej reakcji. Tego jednak nie można przewidzieć, jest to również mało prawdopodobne.
Reasumując, pomimo napiętej sytuacji polityczno - religijnej mamy teraz silną pozycję, jednakże w przeciągu najbliższych dwóch lat musimy być bardzo uważni, by móc wygrać walki z lokalnymi biurokratami. Nawet jeżeli stanie się to, co niemożliwe i rosyjskie władze nie uznają potwierdzenia wystawionego nam przez rząd Kałmucji, a Trybunał Konstytucyjny ugnie się pod presją prawosławia, wciąż będziemy medytować, zakładać ośrodki, zapraszać nauczycieli, organizować wykłady i publikować książki, jeździć na poła do Kałmucji, a do Polski lub Czech na inne duże kursy, czekając przez następne siedem - osiem lat na pełną legalizację. Najsprytniejsi buddyści przeprowadzą się do USA albo Europy, gdzie będą prowadzić dobrze sytuowane życie religijnych dysydentów. Pozostali pogłębią swe doświadczenie w praktykowaniu cierpliwości i zrozumienie nietrwałości. Będą też mieli większą motywację do wyzwolenia siebie i wszystkich rosyjskich czujących istot od dodatkowego cierpienia spowodowanego brakiem wolności.
Wasz Sasza Koibagarow