DIAMENTOWA DROGA JEST WEWNĘTRZNYM CZASOPISMEM BUDDYJSKIEGO ZWIĄZKU DIAMENTOWEJ DROGI LINII KARMA KAGYU

Diamentowa Droga -> Nr 11 -> "Jedu ja na rodinu" - czyli trochę o Dharmie w Rosji i o Rosji

-> TU MOŻNA KUPIĆ NAJNOWSZY NUMER DIAMENTOWEJ DROGI

"Jedu ja na rodinu" - czyli trochę o Dharmie w Rosji i o Rosji

Wojtek Tracewski
_________


Każdy wyjazd z Polski w kierunku, innym niż zachodni, północny czy południowy, zaczyna się tak samo - wsiada się do brudnozielonego wagonu ozdobionego zupełnie nieaktualnym napisem CCCP i świat od razu trochę się zmienia. Pierwsza pojawia się "prowadnica", czyli dama, na której barkach (często rzeczywiście imponujących) spoczywa cały honor i dyshonor poradzieckiej "żeleznoj darogi". Pani ta robi w czasie kolejnych dwudziestu sześciu godzin, między Warszawą a Petersburgiem prawie wszystko: wydziela wrzątek z publicznego samowara, sprząta, zmusza podróżnego do wypełnienia wszystkich możliwych deklaracji celnych lub uczuciowych, uśmiecha się albo nie, jest bardzo miła, albo usiłuje sprawić wrażenie, że należy się jej trzydzieści lat Kołymy bez wyroku.
Potem pociąg rusza i do białoruskiej granicy nic się nie dzieje, jeśli nie liczyć tego, że światło w przedziale nie działa, wszystkie okna są zabite na głucho, a do toalety strach wejść bez szczudeł i maski przeciwgazowej. Na samej granicy polscy celnicy i żołnierze trzymają europejski fason i nie męczą rodaków, za to białoruscy starają się ostatkiem sił kultywować beznadziejne zwyczaje minionej epoki i sprawdzaja wszystko, z miejscem na bagaż pod dolnym łóżkiem włącznie - a nuż schował się tam jakiś Polaczek, żeby poprosić o azyl w Mińsku. Wreszcie po kolejnych, pełnych humoru doświadczeniach granicznych (Litwa, Łotwa, Rosja) dociera się do celu.
W Petersburgo prosto z dworca pojechaliśmy do Wsiewołożska szosą, którą w czasie blokady Leningradu dowożono do miasta żywność - Rosjanie nazywają ją "Drogą Życia". W miejscu, w którym ciężarówki wjeżdżały pod ostrzałem na zamarznięte jezioro Ładoga, stoi pomnik - odciśnięte w betonie ślady kół giną w wodzie.
Sanga we Wsiewołożsku składa się głównie z członków milicji i innych specjalistów od walki z mafią. Glówne tematy rozmów indywidualnych to Mahakala, chronienie życia, Wu-szu, Tai-chi itd.
Po dwóch dniach wróciliśmu do Petersburga - stolicy stworzonego przez Lamę Ole w ciągu siedmiu lat w Rosji prawdziwego "Imperium Kagyu" (ponad czterdzieści ośrodków). Już samo miasto jest zupełnie fantastyczne - nazywa się je często "Wenecją północy". Piotr Wielki zbudował swoją stolicę na bagnach i rozlewiskach Newy z wielkim rozmachem, ale bez szczególnego współczucia - chłopi i więźniowie kopiący kanały i wbijający w grunt drewniane pale pod fundamenty, ginęli całymi tysiącami. Z drugiej strony, Petersburg naprawdę robi wrażenie - co prawda komuniści przez osiemdziesiąt lat próbowali tu zrujnować wszystko, co nie było fabryką albo pomnikiem Lenina, ale - jak zwykle - nie bardzo się im udało i teraz miasto powoli znowu zaczyna przypominać to, które było stolicą carów.
Na wykłady przyszło sporo ludzi "Piter", jak go nazywają Rosjanie, był pierwszym ośrodkiem założonym przez Olego w Rosji i ma teraz największa grupę praktykujących. Wielu z nich medytuje dużo od kilku lat - naprawdę traktują Dharmę jak coś bardzo cennego, najważniejszego w życiu.
Po trzech wspaniałych wieczorach w ośrodku pojechaliśmy (Olga, Lena, Jowita, Rafał + Wojtek) na północ, do Archangielska nad Morzem Białym. Na ulicach leżał tam jeszcze całkiem uczciwy śnieg, mimo że był już początek maja, za to przyjęcie zgotowano nam naprawdę gorące. Rosjanie są rzeczywiście niezwykle gościnni - nie chcą słyszeć o żadnych pieniądzach za jedzenie czy mieszkanie, w naturalny sposób dzielą się wszystkim, co mają.
W pociągu do Moskwy, którym odjechaliśmy po kilku dniach, podeszły do nas w pewnej chwili dwie kobiety i zapytały, czy nie znamy przypadkiem Lamy Ole Nydahla z Danii. Przyjęły kiedyś od niego schronienie, a my "wyglądaliśmy jak buddyści", to znaczy próbowaliśmy coś czytać albo pisać przy kiepskim świetle, podczas gdy reszta "pasażyrów" przewracała się ciężko z boku na bok na brudnych materacach, z trudem próbując odzyskać tlen z mieszanki różnych gazów wypełniającej pozbawiony przedziałów wagon.
W Moskwie królują intelektualiści wielu przyjaciół z ośrodka studiowało w K.I.B.L, lubią dyskutować i nie wierzą byle komu od razu na słowo. Zatrzymaliśmy się w ośrodku u Andrieja, którego mieszkanie przypomina raczej hotel na godziny - co chwila przetacza się przez nie jakiś Manfred, Tadeusz czy inny Wojtek. Po trzech dniach wykładów i zupełnie symbolicznej prywatce trzeba było się pożegnać - Jowita i Rafał wracali autostopem do Polski, Olga i Lena do Petersburga, a my z Leną ze Lwowa - będącą bez wątpienia wypromieniowaniem Marpy (naprawdę świetna i urodziwa tłumaczka), znaleźliśmy się w pociągu jadącym do Magnitogorska i jego wielkich, opiewanych przez poetów, pieców.
Magnitogorsk nas nie rozczarował: dookoła tylko fabryki, buty, kominy dymiące różnokolorowa trucizną, pył i huk. Do ośrodka pojechaliśmy limuzyną (nie powstydziłby się jej chyba sam Breżniew) po moście łączącym Europę z Azją (dworzec jest w Europie a ośrodek w Azji).
Każda medytująca grupa, również w Rosji, ma jakąś szczególną cechę, specjalność. W Magnitogorsku panuje niepodzielnie oddanie. Zupełnie nam się nie chciało stamtąd wyjeżdżać, mimo całego dymu i hałasu.
W Czelabińsku było bardzo podobnie, na wewnętrznym i zewnętrznym poziomie: na pierwszym dużo otwartości i oddania, a na drugim setki kominów, dym i radioaktywność wyjątkowa nawet jak na Rosję (w latach pięćdziesiątych pod miastem wyleciał w powietrze magazyn materiałów promieniotwórczych - kładziono beczki jedne na drugich aż przekroczona została masa krytyczna; władze przyznały się do tego dopiero w czasie pieriestrojki).
Na całym Uralu najmocniejsze wrażenie robi jednak Jekatierinburg (dawniej Swierdłowsk) - miasto o największym wskaźniku przestępczości w całym byłym ZSRR, a to naprawdę można uznać za dobry wynik. Tuż przed naszym przyjazdem miał tu miejsce udany zamach na dyrektora jednego z większych przedsiębiorstw, sprzedających na Zachód metale kolorowe - podobne atrakcje są tu na porządku dziennym.
Do następnego ośrodka (Nowy] Urengoj) dostaliśmy się prawie cudem - bilety na pociąg były wysprzedane na miesiąc z góry. Pomogły jednak jak zwykle typowo rosyjskie układy sangowo-milicyjno-szemrane i dwa bilety się znalazły. Z Jekatierinburga do Nowego Urengoja jedzie się w sumie prawie trzy doby. Wagon trafił nam się tym razem znowu bez przedziałów, ale w końcu do wszystkiego można, albo trzeba się przyzwyczaić. Na przykład do karaluchów łażących po ścianach i nogach, zamkniętych wiecznie okien, bezsensownie włączonego mimo upału ogrzewania, wyjących z nad ryby i wódki współpodróżnych itd, itp. Z drugiej strony, podróżowanie rosyjskim pociągiem jest bardzo przyjemne - ma się po prostu dużo czasu na tłumaczenie, czytanie i inne rozkosze.
Po pierwszej dobie jazdy na północ widok za oknem zaczął się stopniowo zmieniać - drzewa malały z każdą chwilą i nawet psy na stacjach były inne - coraz bardziej podobne do wilków. Prócz tego, wszędzie straszyły góry złomu - starych maszyn, ciężarówek i jakichś dziwacznych konstrukcji. Wreszcie zaczęła się tundra - po prostu mech po horyzont, jak okiem sięgnąć.
W samym mieście też rzuciło nam się w oczy kilka ciekawostek - na przykład ludzie mieszkający w olbrzymich beczkach po ropie, stojących wśród nieprawdopodobnego wręcz śmietniska. Nowyj Urengoj ta taki rosyjski "dziki wschód" - wydobywa się tam gaz. Ludzie przyjeżdżają na zimę do pracy za stawki wielokrotnie wyższe niż gdzie indziej, po czym latem uciekają "na ziemliu" - na południe.
Tamtejsza grupa składa się tylko z kilku osób, ale jest zupełnie stabilna. Niestety nie mieszkaliśmy w beczce, tylko w mieszkaniu pewnej Tatarki, ale atrakcji i tak było dosyć - na przykład słońce na niebie przez całą dobę bez przerwy.
Po kilu dniach byliśmy już w Nowosybirsku. Funkcjonują tam aż dwa ośrodki Kagyu - jeden w samym mieście, a drugi w osiedlu akademickim oddalonym od niego o godzinę jazdy autobusem. Mafio brakowało, a cała nasza szlachetna misja zakończyłaby się właśnie tutaj. Drugiej nocy w mieszkaniu Mariny miałem zupełnie nieciekawe sny: ktoś mi bez przerwy kradł samochód, a ja odbierałem mu go tylko po to, żeby zaraz mógł ukraść go znowu. Kiedy więc rano wsiedliśmy do autobusu, przerobionego z ciężarówki (miejsc trzydzieści, ale pasażerów pięćdziesięciu), od razu zacząłem się trzymać za portfel. Kiedy "nasi" Rosjanie to zauważyli, stanęli bliżej oddzielając mnie trochę od tłumu. Wtedy przestałem uważać i na efekt nie trzeba było długo czekać - po paru minutach pieniądze "wyparowały". Na szczęście tłok był taki, że złodziej nie mógł uciec, szybko więc został zdemaskowany i bez współczucia pozbawiony z takim trudem i zręcznością zapracowanej dniówki.
W mieście pierwszy wykład odbył się w przedszkolu pełniącym rolę bazy charakterystycznego, rosyjskiego "New Age". Wszyscy byli tam bardzo mili, ale bez przerwy rozmawiali z aniolami (głównie z Gabrielem), otrzymywali z kosmosu przekaz nowego alfabetu, oczyszczali wibracje na Syriuszu itd. W pewnej chwili jedna z miłośniczek Gabriela pokazała nam portret swojej inkarnacji sprzed trzech tysięcy lat. Obrazek przedstawiający egipską księżniczkę namalowało dziecko medium. Mój komentarz, że w tym czasie ja byłem psem na Syberii, został przyjęty z powagą i nie pozbawionym lekkiego uczucia wyższości zrozumieniem. Przez kilka kolejnych dni robiliśmy pokłony i Dordże Sempa, ale już we własnym gronie - anioły zostały w przedszkolu.
Po Nowosybirsku trafiliśmy do Baranaułu - zupełnie ładnego miasta na Ałtaju. Na wykładzie na uniwersytetcie nie było tłumów i szału zainteresowania, ale pojawiło się kilka osób, które być może stworzą tam ośrodek. Wracając z wycieczki po mieście, kupiliśmy w jednym z kiosków miejscową specjalność - "balzam Ałtaj" w eleganckich glinianych butelkach. Mieliśmy zamiar ofiarować ową amritę przyjaciołom w Polsce, ale los zrządził inaczej...
Z Barnaułu po "krótkiej", tylko jednodobowej podróży, dotarliśmy do Krasnojarska. Kiedyś próbowano tam zbudować metro, ale okazało się, że grunt jest tak radioaktywny, iż żaden robotnik nie przeżyje budowy, wykopy zostały więc zasypane.
Gospodarze ośrodka byli znowu, we wspaniały sposób, gościnni. Drugiego dnia popłynęliśmy wodolotem w górę Jeniseju, do bardzo pięknego, małego miasta położonego u podnóża gór tuż nad rzeką - pojawiła się tam niewielka grupa zainteresowana Dharmą.
Po Krasnojarsku przyszła kolej na Sajańsk, gdzie zatrzymaliśmy się w mieszkaniu wyczarowanym jakby z zupełnie innej bajki - wszystko było w nim czyste. Wanna nie wyglądała tak, jakby przed chwilą wyprała w niej onuce kompania Armii Czerwonej po powrocie z poligonu, na stojącym obok tronie można było usiąść, a po kuchni nie biegały tam i z powrotem stada karaluchów. Po prostu cud.
Po wykładzie, w bardzo eleganckim domu kultury, wskoczyliśmy w ostatniej chwili do pociągu do Irkucka (Lena była pod takim wrażeniem łazienki gospodarzy, że zapomniała o zabraniu z mieszkania biletów musieliśmy po nie wrócić).
Irkucka grupa jest chyba jedną z najsilniejszych w całej Rosji. Ludzie dużo medytują, zadają dobre pytania (przy czym interesują ich również odpowiedzi), są samodzielni. Większość pracuje pod wodzą
Saszy w świetnie prosperującej remontowo budowlanej firmie o nazwie "Marga". W tej chwili stać ich już na zbudowanie ośrodka, ale na razie szukają dobrego miejsca.
W Irkucku nie obeszło się bez obowiązkowych ablucji w Bajkale. Padał co prawda deszcz, w Sajanach na drugim brzegu leżał jaszcze śnieg, a woda była równie zimna jak zawsze, ale jak tradycja to tradycja (Ole kąpie się tam co roku w styczniu).
W Ułan-Ude pierwszym punktem programu była wizyta w "dacanie", czyli miejscowym klasztorze Gelugpy - Buriacja jest od dawna buddyjskim krajem. Nieobytego z miejscowymi zwyczajami turystę zdziwiłyby być może pieluchy suszace się między domami "mnichów", albo stojące wszędzie w oknach dziesiątki butelek po wódce, ale co kraj, to obyczaj... W sumie jest to jednak bardzo ciekawe miejsce, z kilkoma salami do medytacji, stupami, młynkami modlitewnymi itd. W głównym lakhangu zobaczyliśmy nawet na ołtarzu posążek podarowany klasztorowi rok temu przez Olego.
Na spotkanie w ośrodku przyszło również kilku Rosjan studiujących w "dacanie", ale nie mogli się jakoś u nas odnaleźć. Po moim krótkim przemówieniu na temat wyższości motywacji nad podziałem działań na cnotliwe i niecnotliwe i paru przykładach, więcej się już nie pojawili. Kilka osób ma jednak w Ułan-Ude bardzo silny związek z Kagyu i Lamą Ole - niektóre z tamtejszych skośnookich dam naprawdę posiadają zdolność obdarowywania bardzo głęboką inspiracją...
Po Ułan-Ude przyszła kolej na Biełogorsk, gdzie prosto z pociągu zawieziono nas do "bani", czyli rosyjskiej (publicznej) sauny. Mieliśmy w niej doskonałą okazję do praktykowania czystego widzenia - poziom higieny i wystrój wnętrza bez trudu zapewniłyby owemu lokalowi pierwszą nagrodę w konkursie pod hasłem: "Miejsce w którym na pewno nigdy i za nic nie chciałbym się znaleźć." Ale czego się nie robi dla Dharmy.
Za to sanga znowu wspaniała, jak zawsze. Wszyscy dawniej oblewali się przez cały rok zimną wodą na ulicy, w ramach rosyjskiej szkoły jogi niejakiego Iwanowa i teraz wyraźnie wypoczywają w strumieniu błogosławieństwa Karmapy. Naprawdę czuliśmy się u nich świetnie.
Z Biełogorska pojechaliśmy do Błagowieszczeńska na chińskiej granicy. Po drugiej stronie Amuru widać było dowody tego, że Chińczycy ostatnio dobrze radzą sobie
z ekonomią, mimo cienia wielkiego przewodniczącego Mao - nowoczesne, dobrze zaprojektowane wieżowce wyraźnie różniły się od ciężkiej i niezgrabnej komunistycznej architektury rosyjskiej części miasta. Po kilku dniach wykładów i medytacji pod Blagowieszczeńskiem pojechaliśmy do Chabarowska. Jest to chyba jedyne rosyjskie miasto, w którym przed dworcem nie stoi pomnik Wlodzimierzailiczawiecznieżywego, tylko zupełnie zwyczajnego Kozaka Chabarowa, który dwieście lat temu zdobył te ziemie dla Rosji. W Chabarowsku spędziliśmy trzy dni, w doskonałym towarzystwie i nastroju, po czym wsiedliśmy do pociągu, który miał nas zawieźć do Władywostoku nad Morzem Japońskim - ostatniego przystanku całej dwumiesięcznej pielgrzymki.
Władywostok to bardzo szczególne miasto - właściwie bardziej amerykańskie niż rosyjskie, pełne energii, japońskich i amerykańskich samochodów (wśród miejscowych mafiozów panuje teraz moda na Chevrolety i Chryslery - Toyoty już się przeżyły), ryzyka i możliwości. Niedługo na wysokiej górze, z której widać całe miasto, port i morze, postanie ośrodek Kagyu pozwolenie na budowę już jest, trochę pieniędzy też.
Sama grupa też jest świetna - na wykłady i medytacje przez sześć dni z rzędu przychodziło około czterdziestu osób. Również tematy rozmów indywidualnych były tam barwniejsze niż w pozostałych miastach: "Czy mam współpracować z mafią, czy zamknąć interes i uciec?", albo "Czy w tym, że mam trzy żony, jest coś złego?"
Na życie jednego z naszych rangowych przyjaciół w zeszłym roku odbyły się cztery zamachy. Innemu, który prowadzi ośrodek resocjalizacji narkomanów, złożono propozycję "ochrony" obiektu. Została ona jednak bardziej niż zdecydowanie odrzucona i goście więcej się już nie pojawili.
Po sześciu dniach, poświęconych nyndro i IX Karmapie, popłynęlismy zaprzyjaźnionym kutrem na wycieczkę po okolicznych wyspach - jest to naprawdę bardzo piękna część świata.
Wieczorem odbyło się kolejne skromne i spokojne przyjęcie, a rano musieliśmy już wracać do Europy - na szczęście samolotem (pociągiem jedzie się, z Władywostoku do Moskwy, siedem dni). Udało nam się uzyskać bardzo korzystną cenę za bilet lotniczy, dzięki drobnemu zabiegowi paszportowemu poleciałem jako Sasza Wolkow, grażdanin Rosiji.